piątek, 4 grudnia 2009

Zostań Mistrzem w godzinę ZA DARMO (teraz).

Proponuję dzisiaj potężne ćwiczenie wykorzystujące kilka technik NLP. Ile czasu tracimy na bezsensowne czynności, ile zasobów idzie na coś czego nikt nigdy nam nie wynagrodzi? Namawiam do znalezienia godziny – tyle zajmuje to ćwiczenie – na metamorfozę siebie w Mistrza. Jeśli nie masz czasu – przeczytaj to i zdecyduj czy warto poświęcić ten czas gdy go znajdziesz. Ćwiczenie jest mojego autorstwa, ale wykorzystuje techniki tak znane, że nie warto nawet zastanawiać się, czy naprawdę ja jestem jego autorem. Najważniejsze jest to, że działa. Zanim zaczniesz ćwiczyć, spróbuj szczerze reagować na to co jest poniżej napisane. Chodzi o to, że ćwiczenia dotyczą sytuacji pozorowanych, podczas gdy my chcemy być Mistrzami w świecie realnym.
Czy wyobrażasz sobie NARZĘDZIE tak potężne i wszechstronne, że za jego pomocą do zdobycia byłoby wszystko? Jeśli istniało by takie NARZĘDZIE co za nie byłbyś w stanie oddać? Powiedzmy, że ktoś ma do sprzedania zaklęcie – formułę, która otwiera przed Tobą każde drzwi na tym świecie. Czy istnieje dostatecznie wysoka cena? Ja dzisiaj rozdaję je ZA DARMO.
Rozwijając stary dylemat wędki i ryby. Dobrze zastanowić się co sami wybieramy z tej pary. Czy wolał(a)byś luksusowy samochód od zaraz, czy może większą wartość przedstawia dla Ciebie sam sposób, droga do zdobycia go? Czy więcej satysfakcji dostarczy Ci gotowy dom od developera wygrany na loterii, czy zbudowany za własne pieniądze i według własnego pomysłu? Itd. przykłady można mnożyć. Jeśli w tym równaniu stoisz po stronie wędki – czytaj dalej.
Każda wędka ma swojego producenta, a on uważa ją za produkt finalny. Jeśli masz dość sprytu by zrobić wędkę niepotrzebny ci dylemat ryby i wędki – strata czasu. Możesz mieć i wędki i ryby. Jeśli jeszcze nie wiesz jak robi się wędki czytaj dalej.
Człowiek jako gatunek jest producentem wszystkich wędek na świecie. Jest także producentem wszystkich samochodów i dóbr których pragnie. Sam produkuje i potrzebuje swojej produkcji. Jest więc w tym zakresie w pewnym stopniu schizofrenikiem. Z jednej strony produkuje dobra, które wytwarzają potrzeby, a te z kolei powodują odczucia braków. Jeśli ta niespójność zostanie przeniesiona na poziom jednego człowieka, staje się wyzwaniem uzyskania dobrego miejsca u kurka dystrybucji dóbr. Pamiętajmy, że ilość dóbr jest ograniczona, a ilość potrzeb nie. Jeśli uważasz, że należy Ci się dobre miejsce w kolejce, musisz zmienić sposób myślenia. Tak bowiem działa tłum, a w tłumie liczą się silne łokcie. Niestety silne łokcie zapewnić może tylko matka natura, ale do tamtej kolejki raczej już nie wrócisz. Dlatego dajemy spokój zbiorowej schizofrenii – nie bijemy się o dostęp do kurka, tylko kopiemy własną studnie, to jest właśnie przymiot mistrzów, ale o tym niebawem.
Zastanówmy się tymczasem znowu nad wędką – potężnym NARZĘDZIEM do realizacji wszystkich Twoich marzeń, jakie pojawiły się do tej pory w Twoim życiu. By nauczyć się robić wędki – towar powszechnie dostępny w sklepach (omijamy je szerokim łukiem – my chcemy wszystko ZA DARMO), potrzeba:
a) znaleźć kogoś kto nas nauczy je robić (jeśli masz kogoś kto gotów Cię nauczyć możesz już przestać czytać, jeśli chcesz płacić krocie za niepewne rezultaty takiego nauczania za X godzin na seminariach – także przestań. My tutaj chcemy wszystkiego ZA DARMO. Teraz.),
b) podpatrzeć kogoś kto to potrafi i spróbować bezczelnie zmodelować jego poczynania (trochę NLP nie zaszkodzi – w rzeczy samej programujemy się tutaj na osiągnięcie wszystkiego).

Punkt a odpada w przedbiegach. Punkt b wymaga rozszerzenia metafory. Wiadomo, że pisząc 'wędka' nie mam na myśli żadnej wędki, mam na myśli wszystkie wędki świata wraz z wszystkim co na tym świecie zostało kiedykolwiek wyprodukowane. Mam na myśli ostateczne NARZĘDZIE do spełnienia wszystkich marzeń jakie kiedykolwiek miał(a)(e)(m)(ś). Zatem potrzebujemy cechy wspólnej wszystkich mistrzów świata, producentów wszystkiego – po to by móc przejąć je i zawładnąć ich umiejętnościami. W tym celu zwężamy znowu metaforę, wracamy do wędki.
Co miał producent wędki zanim miał wędkę, zanim miał materiały na wędki, zanim miał pomysł na wędkę? Stop. Zastanów się teraz, równie głęboko jak ja: Czy miał jakiś materialny zasób, którego ty teraz nie masz? Oczywiście że nie miał niczego więcej. W takim razie coś nas musi jednak różnić od wszystkich mistrzów tego świata. W przeciwnym razie bylibyśmy już mistrzami i nie rozważali jak nimi zostać. Jeśli nie mieli na początku DROGI niczego materialnego więcej ode mnie i od Ciebie to może miał coś w swojej głowie? Było tam NARZĘDZIE, którego szukamy. Ultymatywny klucz do wszelkich pragnień tego świata. Już wiemy gdzie jest, i że jest to wiedza radosna. Dlaczego? Bowiem cokolwiek zrodziło się w mistrzowskiej głowie, może się także zrodzić w naszej! Tego zasobu nie musimy zdobywać – mamy go w obfitości!

Zastanówmy się teraz jak może wyglądać NARZĘDZIE do osiągnięcia wszystkiego? Jak ono brzmi? Jak pachnie i jakie sprawia wrażenie? Co czuł(a)być, gdybyś mógł(a) tego dotknąć i posmakować? Czy jest duże? Czy jest ciepłe? Czy jest elastyczne? Czy jest harmonijne? Daję nam teraz dziesięć minut na zamknięcie oczu i wyobrażenie sobie w detalach tego cuda wymyśl jak najwięcej szczegółów, nawet jeśli będą Ci się wydawać śmieszne, to najważniejsze by Ci się podobały, bo to narzędzie będzie skuteczne tylko jeśli będzie Ci się podobać. Pamiętaj, że jeśli to ma być tym co mieli mistrzowie, musi być wszechpotężne i piękne, powinno angażować każdy zmysł. Reszta należy do wyobraźni. Dziesięć minut (ustaw budzik), w pełnym skupieniu i koncentracji. Teraz.

Mamy więc jasny i klarowny obraz tego co nam potrzeba, ale jeszcze trochę drogi przed nami. Wiem dokładnie jak wygląda NARZĘDZIE. Teraz potrzebuję zdecydować do czego chcę użyć mojego NARZĘDZIA. Tutaj niech dojdzie do głosu moja święta wolność. Skoro mam wszechpotężne NARZĘDZIE, głupotą byłoby ograniczać swoje wymagania. Czego mi dzisiaj najbardziej brakuje? Jakie mam teraz marzenie? Ustanów sobie wspaniały cel, na który zasługujesz i który będzie Ciebie godny. Jeśli nie wiesz co mogłoby to być, lub masz tych marzeń za wiele naraz – wybierz jedno na próbę – ale powinno być godne Mistrza. Jeszcze raz będziemy musieli posłużyć się wszystkim co mamy do dyspozycji, i co wszyscy mamy ZA DARMO – wyobraźnią. Po tym etapie będziesz mieć w swojej głowie bardzo ładnie uporządkowane swoje życie. Wiesz już jak wygląda Twoje cudowne NARZĘDZIE do spełniania wszystkich marzeń. Teraz dowiesz się do czego chcesz go użyć (potem dowiesz się jak). Odpowiedz sobie szczerze na pytania: Jak wyobrażałbym siebie czyniącego(cą) pierwszy mały, ale przemyślany, KROK ku mojemu marzeniu? Co by nim było, gdybym wiedział(a) dokładnie jak to zrobić i gdybym miał(a) 100% pewności, że mam dostatecznie dużo motywacji i energii? Może to byłby jakiś plan, może jakieś nowe ćwiczenie swoich umiejętności, albo zobowiązanie się do czegoś? Gdzie zaczynał(a)bym moją nową DROGĘ jako mistrz? Jeszcze raz: Jaki jest mój cel jako mistrza, gdzie leży moja DROGA i jaki powinien być pierwszy KROK. Jeśli wydaje Ci się, że nie wiesz, spróbuj coś wymyśleć, wyobraź sobie, że wiesz, albo wyobraź sobie co być pomyślał gdybyś wiedział. Drugie dziesięć minut z budzikiem i koncentracją.

Teraz już mamy niemal wszystko co potrzeba. Wiemy już co takiego miał mistrz, co pozwoliło mu zostać mistrzem, ale nie rozważyliśmy jeszcze możliwości, że być może czegoś NIE MIAŁ, co my teraz mamy i co nam nie pozwala nim zostać. Czy Twoja wyobraźnia jest dosyć dobra by się tego podjąć? Teraz zastanowimy się, czym jest to co przeszkadza nam zostać mistrzami. Poprzednio musieliśmy stworzyć coś czego nie znaliśmy przedtem, teraz natomiast musimy pozbyć się czegoś co już mamy. Nie trzeba tworzyć niczego nowego. Trzeba jedynie troszkę popracować wyobraźnią i zobaczyć swoje wnętrze w nowym, jasnym świetle. Potrzebujemy odpowiedzi na dwa pytania: Jeśli miał(a)bym opisać cechy PRZESZKÓD, które przeciwstawiają się mojemu spełnieniu jako mistrza (sugeruję, że będą to przymioty odwrotne do tych, które posiada Twoje nowe NARZĘDZIE) to jakie to będą cechy?, oraz które ze swoich dotychczasowych części Ciebie lub Twoich nawyków obdarzył(a)byś tym podłym mianem i tym samym wszystkimi tymi obrzydliwymi przymiotami? Na pewno będzie to wszystko co stoi na Twej DRODZE, wszystko co uniemożliwia zrobienie KROKU, ale może coś jeszcze? Znowu budzik, dziesięć minut i koncentracja. Działajmy.

Skoro już dostatecznie mocno to sobie wyobrazimy – będziemy gotowi do ostatecznej metamorfozy w Mistrza. Wszystko co do tej pory zrobiliśmy razem w swoich głowach jest tym samym co robili przed nami wszyscy mistrzowie (co prawda nie byli pewnie nawet tego świadomi). Jak zrobić pierwszy krok i mieć pewność, że będziemy mieć siłę by dojść do drugiego? Uświadom sobie, że Twoje NARZĘDZIE (przypomnij sobie je w całej okazałości, we wszystkich szczegółach) użycza swoich wszystkich cudownych cech Twojej DRODZE do mistrzostwa i Twoim KROKOM na niej. Twoje NARZĘDZIE staje się tym samym co Twoje KROKI i Twoja DROGA. Ostatnie dziesięć minut do finiszu. Potem otwórz oczy i uszy. Przed Tobą całkowicie nowy świat.

Za tydzień, kiedy wrócisz do tego tekstu, bycie mistrzem będzie dla Ciebie czymś zupełnie nowym, ponieważ będziesz KROK dalej na swojej DRODZE, i będziesz potrzebował nowego KROKU.

czwartek, 11 czerwca 2009

Podła demokracja

 Daleki jestem od pomstowania na osoby polityków w naszym kraju. Tym bardziej jakoś nie chce mi się wierzyć w skrajne teorie spiskowe o nowym porządku światowym. Zaletą tych teorii jak i ogólnego narzekania jest to, że skłaniają do myślenia, buntu przeciwko złu oraz poszukiwania lepszych rozwiązań. Wadą ich jest to, że dzielą swoich wyznawców na frakcje „wierzące” bądź „wyznające” te lub inne paradygmaty takich teorii. W efekcie stają się wentylem bezpieczeństwa w systemie. Ludzie z dużym potencjałem intelektualnym kłócą się między sobą czy Amerykanie wylądowali faktycznie na księżycu jakby od tego miało cokolwiek zależeć. Nie twierdzę, że poszukiwanie prawdy jest zajęciem nie wartym poświęcenia mu czasu. Jednak niektóre kwestie nie są kluczowe i można nad nimi przejść do porządku dziennego w imię zmiany tu i teraz na lepsze.

Politycy i ich partie to także bardzo wdzięczny temat zastępczy. Cała para politycznego zainteresowania obywateli idzie w gwizdek partyjnych przepychanek. Ludzie kręcą się w kółko lub podążają za odwiecznym wyborczym wahadłem, któremu rytm wyznaczają kadencje władz, gubiąc istotę problemu.

Istotą jest to, że nasz system ewoluuje bez żadnej kierującej nim rozumnej siły. Miast być głęboko przemyślanym porządkiem społecznym jest sumą niezliczonych kompromisów zawieranych w imię krótkoterminowych korzyści. Całość zaś pędzi przed siebie niczym szalony zwierz bez celu i rozumu. Nasz (polski, a ten na wzór tzw. demokratycznego świata) system polityczny nie jest w żaden sposób „pomyślany”. Należałoby raczej powiedzieć, że jest on wyewoluowany. Jak wiemy ewolucja nie jest logiczna ani celowa. Jej naturą jest, że powoduje przetrwanie organizmu jako całości, ale nie daje żadnej gwarancji na powodzenie, tym bardziej nikt nie jest w stanie przewidzieć kształtu następnej mutacji. Niestety ewolucja ta nie idzie w pożądanym dla nas kierunku. III Rzeczypospolita nie została oparta na dobrych fundamentach. Wolne wybory przeprowadzane wg dającej złudzenie wolności ordynacji stały się przekleństwem obywateli, którym teraz szkoda nawet zelówek na spacer do lokalu wyborczego. Partie mające proponować alternatywne pomysły na państwo, stały się niewolnikami słupków sondaży wyborczych. To zniszczyło jakąkolwiek ideowość ugrupowań politycznych. Lewica promuje rozwiązania liberalne jeśli tylko jest taka społeczna inklinacja, prawica chętnie używa populizmu za radą speców od marketingu politycznego, a centrum – najbardziej bezwyrazowa i nijaka siła polityczna zazwyczaj zawiaduje, nieproporcjonalnie do preferencji wyborczych, dużym zakresem spraw wykorzystując efekt języczka u wagi.

Narzekać na polityków? Karać ich za to jakimi są? Są oni wytworami wadliwego systemu, niczym więcej. Gdyby pan Y nie wykorzystał szansy, zrobiłby to pan X. System promuje lojalność dla wodza, ponieważ wódz decyduje o tym kto zasiądzie w parlamencie, w ministerstwie, w sejmiku, w administracji itd. Lojalność i oportunizm przeciera szlaki na wyżyny, a najbardziej skuteczne jednostki są najbliżej władzy. Rządzenie i tworzenie praw powierzamy ludziom których charakteryzują przymioty jakimi się brzydzimy w codziennym życiu. Czy z tego może wyniknąć coś dobrego? Odpowiedź jest za oknem, na szarej polskiej ulicy.

Często słyszę, że każdy naród ma takiego Napoleona na jakiego sobie zasłużył. Nie wierzę, że jakikolwiek naród mógłby być tak podły jak polski. Coś jest jawnie sprzeczne z logiką w takim stwierdzeniu, gdy wokół siebie widzę samych uczciwych, zdroworozsądkowych , dobrych ludzi, którymi od dziesiątek lat rządzą tak beznadziejni Napoleonowie. To nie jest tak, że ci wspaniali ludzie wybierają beznadziejnych przywódców. Raczej jest tak, że mają złudzenie wybierania, które wpycha im do głów propaganda (celowa czy nie), a przywódcy upaprani w brudzie pilnują przede wszystkim by nikt nie przejął od nich władzy.

Idąc po nitce do kłębka. Do partii wstępują różni ludzie. Niektórzy chcą coś zmienić inni pragną władzy, jeszcze inni pieniędzy. Z tych ludzi w strukturach partii pną się do góry konformiści, oportuniści i zwyczajni kolesie ciągnięci za uszy do góry. Ta negatywna selekcja odsiewa ludzi uczciwych, ideowych i pragnących służyć. Mając do dyspozycji taki panteon „talentów” władze partii wybierają swoich kandydatów na urzędy umieszczając ich na listach wyborczych. Czy można winić ludzi za to, że wybrali łajdaka gdy mieli do wyboru łajdaka albo drania? Jakby tego było mało, to jeśli nawet czasami zdarzy się wśród kandydatów ktoś godny poparcia to jeśli jest na dalszym miejscu na liście wyborczej (ustalanej – przypomnijmy – przez partyjnych tuzów), to głos na niego oddany przyczynia się do wyboru ludzi z pierwszych miejsc na tejże liście. Tak „dobrane” towarzystwo następnie uchwala prawa, w tym prawa ustrojowe, utrzymujące status quo (przede wszystkim ordynacja wyborcza, ale także szereg innych ustaw).

Podsumowując, zamiast powierzać skomplikowaną i trudną rolę kierowania państwem jednostkom wybitnie moralnym (co się stało z tym słowem?), inteligentnym i gotowym do poświęceń, czyniąc z rządzenia zadanie dysjunktywne, pozwalamy by do szczytów władzy dostawały się jednostki o wątpliwej reputacji, ciągle wywołujące skandale, korupcję i, co najgorsze zobojętnienie, czyniąc z rządzenia zadanie koniunktywne.

Wiem, że nie odkryłem tutaj żadnej Ameryki, chcę jednak jeszcze zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, która rzuca mi się ostatnio w oczy. Otóż mamy wiele różnych ruchów, partii czy stowarzyszeń widzących i próbujących szukać odpowiedzi na te patologie. Jednak ludzie są bardzo ostrożni w pomocy takim inicjatywom. Jak długo trwa narzekanie, można liczyć na poparcie i oklaski, jednak z chwilą gdy ktoś proponuje swój własny program, typową reakcją jest nieufność (słusznie!) i zniechęcenie nawet przed przemyśleniem argumentów (niesłusznie!). Agitacja kojarzy się negatywnie, a każdy proponujący zmiany jest utożsamiany z kolejnym kandydatem do koryta. Margines ludzi naprawdę zaangażowanych jest bardzo podzielony. Tworzą go małe partyjki, ruchy i stowarzyszenia celowe, luźno zrzeszone grupki oraz pojedyncze osoby szukające usprawiedliwienia w teoriach spiskowych. Czy społeczeństwo musi naprawdę osiągnąć masę krytyczną niezadowolenia i obrzydzenia do rządzących bo upomnieć się o zmiany? Czy ktoś jest w stanie zagwarantować co wyniknie z kolejnego wybuchu społecznego? Z pewnością znowu nie będzie to nic przemyślanego, i znowu rozpocznie się kolejna złowroga przypadkowa ewolucja molocha w jeszcze jednym wydaniu.

niedziela, 24 maja 2009

Współodpowiedzialność

Wiki: „Synergia, efekt synergiczny - współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań.” Zastanówmy się nad pewną bardzo specyficzną konsekwencją wynikającą z efektu synergii w dziedzinie kontaktów interpersonalnych. Współpracując z ludźmi osiągamy większe korzyści niż gdybyśmy coś robili sami. Dzieje się tak gdy każdy z partnerów doda swój wkład. Każdy zatem powinien być odpowiedzialny za tą swoją działkę np. jakiego projektu, która jest mu przydzielona i oczekiwać, że każdy inny też jest odpowiedzialny za swoją. Jednak moim zdaniem tutaj strefa odpowiedzialności się nie kończy. Prawdziwy efekt synergii jest dużo łatwiejszy do osiągnięcia i jest też większy, jeśli każdy kooperant czuje się odpowiedzialny nie tylko za swój wkład, a także za całość przedsięwzięcia. By tak było musi więc czuć się odpowiedzialny za pracę innych kooperantów. Z początku wydaje się to niedorzeczne. Przyjęło się bowiem uważać, że odpowiedzialność powinna być jasno rozgraniczona i zdefiniowana. Wcale nie neguję takiego podejścia, ale tylko jeśli mam na myśli odpowiedzialność prawną. Oczywistym jest, że w prawie musimy mieć jasny podział odpowiedzialności. W przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie wyegzekwować pożądanych zachowań od jednostek nie mających wewnętrznej do nich motywacji. To paraliżowałoby życie społeczne.

Mówiąc jednak o współodpowiedzialności w celu osiągnięcia efektu synergii, mam na myśli jednokierunkowe poczucie odpowiedzialności (bez wymagania jej od innych stron). Pomyślmy co by się stało, jeśli przy tworzeniu np. samochodu każdy projektowałby swoją działkę bez uwagi na efekt końcowy. Dochodziłoby do serii konfliktów i nieporozumień. Dlatego takie projekty są koordynowane, a projektanci muszą trzymać się wytycznych narzuconych przez szefa projektu. Przy wielu tego typu projektach wzgląd taki jest egzekwowany za pomocą reguł i norm. Jednak w życiu mamy często sytuację gdy nie stosujemy współodpowiedzialności, bo nie zauważamy jej istotnej roli. Pomyślmy o zwykłych codziennych sytuacjach, takich jak prowadzenie samochodu. Kierowca jest odpowiedzialny za bezpieczną podróż, ale współpasażerowie także mają na to olbrzymi wpływ. Powinni stworzyć atmosferę sprzyjającą skupieniu się kierowcy. Powinni także reagować gdy kierowca narusza zasady bezpieczeństwa – czyli właśnie przejmować odpowiedzialność za końcowy efekt. Gdy przyjrzymy się wszelkim sytuacjom w życiu codziennym, w pracy, na ulicy, w szkole – wszędzie odnajdziemy takie elementy niezbędnej współodpowiedzialności. Czasami jest ona oczywista i wyraźna, a czasami trzeba się głębiej przyjrzeć by ją odnaleźć. Jednak to tam właśnie najbardziej opłaca się jej szukać. Ponieważ jeśli jej nie widzimy to oznacza, że do tej pory robiliśmy coś nieefektywnie i znalezienie jej pozwoli nam bardzo szybko uzyskać lepsze rezultaty.

piątek, 8 maja 2009

Rezultaty których nie chcemy

W moich rozważaniach nad motywacją natknąłem się na bardzo mylącą rzecz. Przyjęło się uważać, że jeśli będziemy dostatecznie dużo oczekiwać od życia to życie odwdzięczy się tym tego oczekujemy. Jeśli będziemy wystarczająco mocno zmotywowani to osiągniemy wszystko. Dzisiaj odpowiedziałbym na to: Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego jak wiele oczekujemy i czy te nasze oczekiwania są prawidłowo wyrażone. Wyobraźmy sobie biegacza, który regularnie trenuje i ma wysokie oczekiwania względem siebie. Mianowicie założył sobie, że co miesiąc będzie pobijał swój życiowy rekord. Od razu widać, że takie oczekiwanie nie jest na dłuższą metę utrzymywalne. Z początku idzie łatwo, ponieważ bardzo szybko widać pierwsze postępy. Jednak w miarę upływu czasu biegacz ten przekonuje się, że bywają dni lepsze i gorsze, a forma fizyczna polepsza się i pogarsza bez wyraźnych przyczyn. W końcu dojdzie on do punktu w którym będzie musiał uznać, że jego oczekiwania są nierealne, lub zniechęcony zaprzestanie treningu.

Niestety zauważyłem, że w moim życiu bardzo często zachowuję się jak taki biegacz. Nie mam sprecyzowanych celów, a jedynie kierunki w których chciałbym się poruszać. Na pytanie ile chciałbym zarabiać odpowiadam – więcej. Ile chciałbym wiedzieć? Więcej. Ile chciałbym zwiedzić? – Więcej itd. Oczekiwania te są oczywiście tyle niedoprecyzowane co nieutrzymywalne. W rzeczy samej brak konkretnej odpowiedzi na takie pytania prowadzi do zatarcia motywacji. Pomijając w tej chwili inne ograniczenia jakie zatrzymują mnie – bezzasadne oczekiwanie „więcej, ale na pewno nie mniej” wręcz zniechęca do wysiłków.

Wracając do biegacza – wyobraźmy sobie jego ulepszoną wersję. Tym razem biegacz ten przyjął realne i konkretne założenie wyniku jaki chce osiągnąć. Trenuje ciężko by dopiąć swego i albo to osiąga albo jest zmuszony skorygować swe oczekiwanie w dół. Pytanie jakie się jednak nasuwa brzmi: Co dalej, jeśli biegacz osiągnie zadany sobie wynik? Oczywiście może zadowalać się utrzymywaniem w odpowiedniej formie, ale intuicyjnie wiemy, że utrzymywanie dokładnie takiej samej formy nie jest realne. Musi ona się polepszać i pogarszać więc dlaczego nie przyjąć nowego, wyższego celu? W ten sposób znajdujemy się albo w ślepej uliczce (wynik osiągnięty i koniec treningów) albo z powrotem w sytuacji pierwszej (ciągłe podwyższanie celów w nieskończoność, tym razem w formie metody kija i marchewki).

Widzimy na tym przykładzie, że o ile sytuacja druga jest lepsza od pierwszej, to jednak nie jest dobrym rozwiązaniem w dłuższym terminie. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem problem leży nie w tym gdzie postawimy sobie poprzeczkę, ale w tym, że chcemy ją za wszelką cenę stawiać. Wynik jaki osiągamy (w jakichkolwiek jednostkach go nie mierzyć) jest jedynie skutkiem naszych działań. Wynik na mecie jest skutkiem treningu, a nie odwrotnie. Złapałem się na tym, że często stawiam sprawy na głowie właśnie przedstawiając sobie skutek jako przyczynę (pracuję bo chcę zarabiać, biegam bo chcę być w formie itd.). Czy jednak tak musi być? Moim zdaniem nie. Najpiękniejsze w czynnościach, które uwielbiam wykonywać jest samo ich wykonywanie. Jeśli naprawdę czegoś chcę to cieszę się na samą myśl, że mnie to czeka. W ten właśnie sposób odróżniam to co mnie pasjonuje od tego do czego jestem zmuszony. Nie przyszłoby mi do głowy ustanawiać sobie poprzeczek w czynnościach których wykonywanie jest dla mnie czystą radością. Niemniej – jeśli zauważam w nich swój postęp – cieszę się jeszcze bardziej. W żadnym zaś razie brak takiego postępu nie zraża mnie do ich wykonywania, a co najwyżej do przemyślenia sposobu w jaki je wykonuję.

Oczywiście są sytuacje w których postawienie sobie poprzeczki jest niezbędne. Czasami gonią nas terminy, oczekiwania, zobowiązania. Nie pozwólmy jednak by wszystko co robimy było robione pod takie dyktando. Cała sztuka polega na właściwym sformułowaniu swojej motywacji. Jasne i przejrzyste cele motywują nas do działania, ale cele źle postawione mogą nad z tego działania odebrać całą przyjemność.

Tak zatem tłumaczę przewrotny tytuł. Jeśli podejmujemy jakieś działanie tylko i wyłącznie ze względu na oczekiwany konkretny wynik, a nie pasję i przyjemność – odbieramy sobie tą przyjemność utrudniając osiągniecie wyniku, a kiedy już go osiągniemy to będzie to puste zwycięstwo w wyniku którego znajdziemy się w pustym zaułku lub wyścigu szczurów.

niedziela, 3 maja 2009

Granice do pokonania

Mechanizm podejmowania decyzji nie jest trudny do zgłębienia. Decyzjami kierują nasze emocje. Jeśli nasza „emocjonalna aparatura” działa bez zakłóceń to jesteśmy w stanie podejmować decyzje krótko i długoterminowe zgodnie z tym co uważamy za słuszne. Bardziej ciekawi mnie mechanizm wdrażania tych decyzji w życie. Często jest tak, że mimo wiedzy o dobrych skutkach danego postępowania nadal nie jesteśmy w stanie wdrożyć decyzji o jego podjęciu. W miarę prosto da się to wytłumaczyć w przypadku nałogów. Rzucenie palenia jest trudne. Palacz wie, że sobie szkodzi, że palenie pogarsza jakość jego życia, a jednak trudno mu wdrożyć decyzje o zmianie swego postępowania. Można to tłumaczyć fizycznym i psychicznym uzależnieniem od substancji i rytuału i w ten sposób problem rozwiązać. Niestety wiele więcej decyzji przed którymi stoimy każdego dnia nie poddaje się takiemu prostemu wytłumaczeniu. Odchudzanie, nauka języków obcych, pójście do dentysty, oszczędzanie zamiast zadłużania się i wiele innych. Okazuje się, że sama wiedza o niekorzystnym wpływie status quo nie wystarcza do jego zmiany. Odkrycie banalne, ale pozwala nam przyjrzeć się bliżej tej „niemocy”.

Klucz leży nie tyle w samej decyzji co w zmianie paradygmatu. Przesunięcie od „dobrze by było, gdyby było inaczej” do „co powinienem zrobić by było inaczej”. W pierwszej wersji po prostu uznajemy fakt, że nie jest tak jakbyśmy chcieli. Jednak nie robimy nic by to zmienić. Być może tłumaczymy to niedostatkiem zasobów takich jak czas lub pieniądze, a być może czekamy na jakiś opad losu, który postawi nas w żądanej sytuacji bez żadnej inicjatywy z naszej strony.

W ten sposób docieramy do dwóch granic, które uważam za kluczowe w motywowaniu siebie. Pierwszą granicą jest wspomniane wcześniej uznanie stanu bieżącego za niekorzystnego i identyfikacja stanu pożądanego. Po przejściu tej granicy człowiek odczuwa napięcie ponieważ uświadomił sobie, że jego położenie nie jest takie jakiego by oczekiwał. To napięcie osiąga różne natężenie. Może to być lekkie, pojawiające się od czasu do czasu wyobrażenie o stanie pożądanym, któremu towarzyszy westchnienie. Może to być bardziej intensywna irytacja i odpływanie w marzenia. Napięcia te pogarszają nasze samopoczucie i często powodują pogorszenie relacji z najbliższymi (tym bardziej, jeśli ich bezpośrednio dotyczą).

Podjęcie konkretnego działania i próba złagodzenia napięcia wymaga przekroczenia drugiej granicy. Jest to granica „nigdy więcej”. Po osiągnięciu tego punktu człowiek jest zdeterminowany i rozpoczyna działanie. Dlaczego nazywam to granicą, a nie po prostu podjęciem decyzji? Ponieważ chcę uchwycić płynność tego zdarzenia i podatność na wiele czynników zewnętrznych. Podjęcie decyzji sugeruje, że osiągnęliśmy pewien stan, dojrzałość do niej. Przekroczenie granicy następuje czasami w nieoczekiwanych momentach. Tutaj dochodzę to trzeciego ważnego punktu: Wyzwalacza zmian.

Wyzwalacz zmian to zdarzenie, okazja, szansa, uświadomienie sobie czegoś, wszystko to co popycha nas do działania. Często wyzwalaczem jest okazja. Okazję rozumiem jako stanięcie przed wyborem, którego jedną z możliwych alternatyw jest ułatwione przejście do stanu pożądanego. By okazja mogła stać się wyzwalaczem, musi być dostatecznie atrakcyjna by dosięgnąć nas na kontinuum dwóch decyzji. Czasami, jeśli napięcie wywołane stanem niepożądanym nie jest dostatecznie duże, stosunkowo atrakcyjna okazja nie stanie się wyzwalaczem. Innym razem, gdy będziemy o krok od osiągnięcia drugiej granicy, wyzwalaczem może być okazja o wiele mniejszej potencjalnej sile wyzwalania zmian.

Teraz, gdy mniej więcej wiemy jak to działa, należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego tak wielu ludzi nie przeprowadza konsekwentnie zmian w swoim życiu. Powyższy teoretyczny opis nie oddaje trudności z jaką ludzie przechodzą te dwie granice. Pierwsza granica to przeważnie konieczność przyznania się do porażki. To nikomu nie przychodzi łatwo. To także wytworzenie napięcia, które łatwiej jest stłumić lub odsunąć (za pomocą alkoholu, hobby, zaprzeczenia, usprawiedliwiania się itd.) niż przejść do szukania dróg do lepszego życia. O ile jednak pierwsza granica zostanie osiągnięta, to droga do drugiej jest o wiele dłuższa, a samo osiągnięcie jej bardziej problematyczne. Wiąże się to często z pójściem pod prąd. Złamaniu stereotypów, przekroczenia barier społecznego przyzwolenia, status quo. Do tego już potrzeba albo wielkiej determinacji, albo wielkiej siły. Skąd przecież wziąć tą siłę, skoro przez całe życie tkwiło się w marazmie, poddając się losowi?

środa, 29 kwietnia 2009

Hałasujący mózg

Postanowiłem spróbować medytacji. Pierwsze co zauważyłem to: hałas. W książce o medytacji vipassana, którą czytałem ostrzegano, że każdy początkujący na początku przygody z medytacją dostaje „małpiego rozumu”. Z pierwszymi oznakami wyciszenia w naszych skołatanych głowach nadchodzą głosy i obrazy bez żadnego porządku. Słyszy się głosy ludzi, słyszane podczas całego dnia, a często z odległej przeszłości, urywki zdań, całe wypowiedzi. Ten hałas początkującym nie tylko uniemożliwia medytowanie – zazwyczaj jest on powodem zarzucenia dalszych ćwiczeń. Jak tu się wyciszyć jeśli mózg zamiast się wyciszyć „podgłaśnia się”.

Patrząc na to z drugiej strony dopiero po takim doświadczeniu możemy zobaczyć (usłyszeć) jak skołatane i zabałaganione są nasze mózgi. Dziesiątki spraw, często nieskończonych, setki spotkanych ludzi, mnóstwo problemów, rozmów i zarzuconych myśli. To wszystko gdzieś tam zostaje i próbuje dostać się na powierzchnie, by móc zostać przemyślanym, rozważonym. Jednak życie jest szybkie i brutalne. Nie przetrawiamy tego wszystkiego, zagłuszamy to następnymi rozmowami, sprawami, spotkaniami, a te z kolei jeszcze następnymi. Tego właśnie można doznać próbując medytacji. „Małpi rozum” to właśnie jest wysypisko spraw porzuconych w biegu, które nie pozwalają nam na osiągnięcie spokoju. Chyba, ze przez zagłuszanie innymi sprawami, alkoholem, muzyką, czymkolwiek. To nie tylko sprawia, że nie jesteśmy w stanie doznać życia na najbardziej podstawowym poziomie (przywalonym tysiącem śmieci), to także zmusza nas do jeszcze szybszego biegu i jeszcze bardziej nerwowego poszukiwania jakiegoś sensu.

Chciałbym napisać co jest dalej, ale póki co jestem na pierwszym, podstawowym poziomie. Próbuję przeczekać mój „małpi rozum” ponieważ podobno walka z nim jest beznadziejna. Tymczasem zauważyłem duże polepszenie się zdolności koncentracji.

Zachęcam do 20 minut wyciszenia. Zamiast telewizora, komputera, książki nawet. 20 minut sam na sam z samym sobą może czasami doprowadzić nas do zaskakujących wniosków.

sobota, 25 kwietnia 2009

Przestrzeń dzięki której rządzisz

Istnieje pewna przestrzeń, która jest kluczowa dla naszej wolności. Na pierwszy rzut oka to jest chwila, ale gdy o tym pomyślę, to widzę ją bardziej jako stan, niż okres czasu. Pojęcie tej przestrzeni wytworzyło się u mnie pod wpływem książki Seven habits of highly effective people. Oczywiście żadnej idei nie da się przyswoić po prostu ją czytając. Musi ona znaleźć odpowiednie miejsce w naszej głowie, dojrzeć tam i wpasować się w pozostałe myśli, tak byśmy mogli ją przyjąć i w pełni zrozumieć.
Kto czytał książkę pewnie wie już o czym piszę, ale to co napiszę dalej jest moim własnym rozwinięciem tego pomysłu. Chodzi o uzmysłowienie sobie faktu, że pomiędzy każdym bodźcem a odpowiedzią na niego istnieje maleńka przestrzeń. Czasami w kategoriach czasu ta przestrzeń jest nie do zauważenia. Kiedy pojawia się nagłe zagrożenie (np. na drodze podczas prowadzenia samochodu), czas naszej reakcji jest liczony w milisekundach, a nam się wydaje, że reagujemy „natychmiast”. Oczywiście w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia najlepiej jest jeśli ten czas jest krótszy, a zakres reakcji jak najwęższy, przy jednoczesnym założeniu, że nasza reakcja będzie prawidłowa (co często nie jest oczywiste i wymaga długiego treningu). Jednak większość decyzji jakie podejmujemy na co dzień nie dotyczy bezpośredniego zagrożenia zdrowia. Są to zwykłe decyzje typu czy posmarować kromkę chleba masłem, czy położyć na nią tłusty kawałek baleronu itp. Niestety często te zwykłe decyzje traktujemy tak samo jak te zagrażające nam życiu – dokonujemy całkowicie mechanicznych wyborów bez kontemplacji ich następstw. Tak się dzieje w domu, w pracy, w relacjach międzyludzkich czy wreszcie podczas wyboru własnego nastroju na najbliższy wieczór (tak, tak, to też jest kolejny bezmyślny automat). Odbywa się to na zasadzie: Coś mnie zdenerwowało więc jestem zdenerwowany. Ten facet jest taki wkurzający, że zepsuł mi nastrój na cały dzień. W tych warunkach nie da się pracować. Ręce mi opadają jak na ciebie patrzę. Ludzka kreatywność w zakresie wynajdowania takich mechanizmów jest godna podziwu.
Teoria przestrzeni między bodźcem a reakcją mówi, że te mechanizmy są zupełnie sztuczne, a swoje istnienie zawdzięczają tylko nam samym. Jesteśmy zbyt leniwi by zatrzymać ten automat i skorzystać z wielkiej szansy jaką reprezentuje ta decydująca chwilka. W kategoriach czasu może to być zarówno sekunda jak i godzina, nie ma to znaczenia dla kogoś, kto i tak korzysta z tego samego wyuczonego mechanizmu (pamiętacie piosenkę Republiki „Psy Pawłowa”?), jednak w kategoriach horyzontalnego zakresu możliwych opcji, istnieje wielka różnica, gdzie wielość takich opcji niewątpliwie ma potencjał przejścia w jakość samej decyzji (reakcji). Innymi słowy osoba z niewielką przestrzenią bodziec –reakcja w odpowiedzi na np. „nierozumne” zachowanie partnera ma:
a) zrugać go
b) wyjść trzaskając drzwiami
Osoba z dużą horyzontalną przestrzenią bodziec – reakcja może:
a) jedna z powyższych opcji
b) próbować zrozumieć motywy takiego zachowania
c) wytłumaczyć swoje uczucia w sposób spokojny, nie wywołujący dalszego łańcucha negatywnych reakcji
d) inne warianty ograniczone tylko wyobraźnią.
Widzimy zatem jak przestrzeń bodziec – reakcja może wpłynąć na nasze życie. Jak zatem wykorzystać tą wspaniałą możliwość? Z początku wydaje się to być bardzo idealistycznym podejściem – nierealnym w rzeczywistym świecie, gdzie rządzą nasze emocje. Tymczasem w tym właśnie leży klucz. Przestrzeń bodziec – reakcja pozwala nam przejąć kontrolę nad emocjami, a nie odwrotnie.
Jak poszerzać swoją przestrzeń bodziec – reakcja? Poprzez myślenie. Złamanie każdego mechanizmu wymaga uwagi i innych mechanizmów gotowych do zastąpienia starego schematu. Takie nowe mechanizmy nie powstaną spontanicznie. Należy „na sucho” wyobrazić siebie w różnych sytuacjach przeszłych i przyszłych i zastanowić się: Jakie miałem – będę miał wyjścia. Czy można zareagować inaczej? Jaka reakcja byłaby lepsza od tej, która nasuwa mi się jako pierwsza? Początkowo niewielki obszar zacznie rosnąć i pęcznieć, aż zdamy sobie sprawę z oceanu różnych dróg jakie przed nami stoją. Czy nie tak właśnie wyobrażamy sobie wolność?
Kolejnym pomocnym punktem jest już całkiem dobrze udowodniona teza, że każda podejmowana decyzja w naszym życiu ma podłoże emocjonalne. Nawet wybory, które wydają się całkowicie logiczne i niezwiązane z emocjami jak np. wynik działania matematycznego, rodzą się za pomocą emocji (prawidłowy wynik na najbardziej podstawowym poziomie bardziej się nam „podoba”). Jeśli zatem każda decyzja ma związek z emocjami, to wszystko co musimy zrobić to „nafaszerować się” pozytywnymi emocjami, oczyścić się z niszczącego działania negatywnych uczuć takich jak zawiść, nienawiść, stres itp.
Osiągnięcie takiego zadania to nie lada wyczyn i pewnie nie udało się to nikomu w 100%, ale każdy krok w dobrą stronę wywrze ogromny wpływ na jakość życia.

sobota, 11 kwietnia 2009

Umarł faszyzm, niech żyje demokracja

Nasza „demokracja” jest nią tylko z nazwy. Po pierwsze w wyborach decyduje zazwyczaj jakieś 20-30% ogółu społeczeństwa (uprawnieni do głosowania minus niegłosujący). Po drugie listy wyborcze są tworzone odgórnie przez ludzi, którzy są już u władzy i tylko zmieniają barwy partyjne. Po trzecie Bez machiny partyjnej, która promuje karierowiczów i chamów, nie ma szans na przebicie się do władz (chyba, że jako niezależny rodzynek bez żadnej siły przebicia). Po czwarte dzisiaj o wyniku już i tak zawężonych wyborów decydują specjaliści od PR, czyli magicy socjotechnik lasujący mózgi telewidzów (95% populacji). Nie istnieje wybór pomiędzy programami wyborczymi (wyborcy ich nie czytają), spór w kampanii toczy się o ceny jabłek, a niezależnie od wybranej opcji kierunek jest ustalony z góry (np. kierunek UE). Partie, które nie zgadzają się z kierunkiem są wykluczane przez dziennikarzy i innych polityków z życia publicznego. Bez zaistnienia w życiu publicznym nie ma możliwości zmiany kierunku.

Wyższość narodu została zastąpiona wyższością kultury i „kierunku”. Właśnie dlatego wprowadzamy i finansujemy wprowadzanie tzw. demokracji wszędzie tam, gdzie to się jeszcze nie udało. Wychodząc z założenia, że nasz ustrój jest najlepszy na świecie, a nasza kultura prawna społeczna najbardziej rozwinięta, najeżdżamy zbrojnie lub izolujemy ekonomicznie bądź politycznie kraje nie chcące się przystosować (np. Iran, Białoruś, Kuba). Wróg dzisiaj nazywa się „terroryzm”. Podobnie jak w propagandzie komunistycznej wroga widać tylko w wiadomościach. Nikt nigdy terrorysty nie widział, ale bardzo się go boi. Dlatego od 13 kwietnia 2009 r. UE wprowadza kontrolę wszystkich emaili i rozmów przeprowadzonych przez Internet (rozmowy przez telefony stacjonarne i komórkowe już są rejestrowane od jakiegoś czasu). Wroga można rozpoznać po śniadej cerze. Oczywiście obezwładnienie go natychmiast byłoby krokiem zbyt pochopnym, ale szybkie oddalenie się i powiadomienie władz jest jak najbardziej wskazane. Obrona kraju, narodu i kulturowych wartości wymaga jedności w społeczeństwie, dlatego godzimy się ochoczo na ograniczenia naszych wolności.

Nikt dzisiaj (nawet prawnicy) nie jest w stanie objąć regulacji i przepisów jakie na co dzień trzymają nas w ryzach. Prawnicy muszą się wąsko specjalizować, żeby móc być obeznanymi chociaż w swoim zakresie zagadnień prawnych. Same przepisy podatkowe to gąszcz, który obejmuje każdą dziedzinę życia. Życie w przeregulowanym społeczeństwie wprowadza permanentny niepokój i obawę. Wszechwładne urzędy skarbowe i ZUS-y sieją postrach, patrząc na każdego obywatela jak na potencjalnego przestępcę. Jedno jest pewne: każdy z nas dzisiaj, wczoraj lub przedwczoraj w jakiś sposób złamał prawo. Jeśli niemożliwe jest życie bez łamania prawa to jedynym sposobem by uniknąć kary jest pozostawać niezauważonym przez organy ścigania. Tym właśnie charakteryzuje się państwo totalitarne.
Jeśli coś w międzyczasie nie wyjdzie to za każdym razem jest to powód by zwiększyć regulacje a winą obarczyć resztki wolności jakimi się jeszcze cieszymy. Przykładem jest obecny kryzys do którego doprowadzono lekkomyślną polityką ingerującą w prawa wolnego rynku, ale jako lekarstwo oferuje się dalsze jego ograniczanie.

Nienawiść i pogarda dla innych kultur i stylów życia jest głoszona cały czas przez środki masowego przekazu. Kiedyś potrzebą wojenną był przemysł ciężki i zbrojeniowy. Dzisiaj kładzie się nacisk na miękkie działania wojenne, takie jak wywiad, inwigilacja, grupy uderzeniowe, kontyngenty wojskowe. O wiele łatwiej i taniej jest zmylić ludność lokalną by sama połknęła haczyk niż, tak jak to robiono w pierwsze połowie XX, wpychać haczyk na siłę komuś do gardła.

Faszyzm zmienił imię i ma się coraz lepiej. Korporacje ręka w rękę z aparatem przymusu państwowego monopolizują globalną gospodarkę. Ceną jest skażone środowisko i produkty, które na siłę przystosowuje się do logistycznych wymogów korporacji (chemiczne wydłużone terminy ważności by produkt przetrwał długą drogę do hipermarketu, genetycznie modyfikowane rośliny by lepiej je było uprawiać mechanicznie i seryjnie, fermy drobiowe, których produktem jest twór mięsopodobny itp.). Lokalna przedsiębiorczość i spontaniczna ludzka kooperacja są podkopywane przez socjalne systemy solidarności społecznej i absurdalną redystrybucję dochodów, które stanowią coraz większy ciężar dla społeczeństw. Redystrybucja to oczywiście slogan mający na celu ukrycie prawdziwego celu opodatkowania – dostarczenia pożywki dla pasożytniczej klasy biurokratów i polityków. Jeśli przy okazji sprawia, że ludzie pracują od rana do nocy by móc po opłaceniu danin publicznych utrzymać swe rodziny to jest to jak najbardziej w interesie systemu.
Podstawowym błędem zwykłego człowieka jest to, że daje sobie za każdym razem wmówić, że władza wie lepiej.

niedziela, 15 marca 2009

Przemoc zrehabilitowana

Ostatnio myślałem trochę o celach jakie sobie stawiamy i decyzjach o wyborze kierunku w którym chcemy podążać. Zawsze kiedy myślałem o zrównoważonym oddziaływaniu na otaczającej nas środowisku, wykluczałem z tego obrazu przemoc. Wydawało mi się, że jeśli podejmujemy słuszne decyzje przemoc musi być wykluczona jako zła z natury. Tak byłoby gdyby światem rządziło „boskie przeznaczenie”, a bieg wypadków jest z góry ustalony, a takie myślenie jest jednym z reliktów pokrętnej chrześcijańskiej logi, który należy tępić i wykorzeniać. Świat nie jest ułożony wg żadnego boskiego porządku. Dobra i słuszna droga nigdy zaś nie jest usłana różami. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcesz coś przeprowadzić według własnej woli, musisz walczyć. Walka to przemoc. Przemoc, którą rozumiem jako nadawanie rzeczywistości swojego własnego piętna. Bynajmniej nie chodzi mi o agresje, ani o przemoc szkodliwą dla kogokolwiek. Wyobraźmy sobie człowieka doskonale łagodnego, który brzydzi się przemocą do tego stopnia, że nie jest w stanie niczego zmienić. Nie może narzucić swojej woli nikomu, a często po prostu bycie obecnym jest jakąś formą narzucania czegoś (np. norm zachowania się). Tak więc człowiek pozbawiony tak rozumianej zdolności do przemocy byłby powietrzem, przeźroczystym bytem nie do zauważenia. Kluczowe w tym rozważaniu jest rozdzielenie pojęcia przemocy od kontinuum dobra i zła. Czy istnieje dobra przemoc? Oczywiście że tak. Dobrą przemocą jest w moim przekonaniu uświadomienie komuś wyborów jakie przed nim stoją. Jest sprawienie by podupadająca firma stała się kwitnącym przedsiębiorstwem. Rozumiem to jako formę przeciwstawiania się rzeczywistości i „naturalnemu" biegowi wypadków (który w tym rozumieniu jest po prostu czymś co się stanie jeśli nie zainterweniujemy). W tym sensie naprawa samochodu też jest przemocą. Jak najbardziej pozytywną.
Wracając do podejmowania decyzji. Uświadomienie sobie konieczności istnienia pierwiastka przemocy w każdej próbie zmiany rzeczywistości jest bardzo istotne. Wyobraźmy sobie, że mamy wspaniałą wizję jakiegoś przedsięwzięcia, może weźmy jakiś realny przypadek – WOŚP. Naturalnym stanem rzeczy jest „nie-WOŚP”, czyli brak takiej fundacji i akcji w Polsce. Wyobraźmy teraz sobie ile barier w ludzkich głowach należało połamać, ile przejść pod prąd by utworzyć WOŚP. To jest dokładnie to o czym piszę tutaj, i nazywam to z premedytacją przemocą. Piętno jakie masz zamiar odcisnąć na świecie musi być jednak efektem świadomego działania i decyzji, a nie przypadku i płynięcia z prądem. Jeśli będę zachowywał się tak jak wszyscy, robił i myślał to co wszyscy – niczego nie zmienię i nie zostanę zauważony. Jeśli będę świadomie próbował zmienić rzeczywistość – będę musiał pokonywać bariery i kształtować rzeczywistość według siebie. Często robimy rzeczy, których wynik jest daleki od tego co byśmy chcieli. Nakrzyczymy na partnera bo „nic nie rozumie”. Z jednej strony wydaje nam się, że działamy w słusznej sprawie uświadomienia mu czegoś – efektem jest brak zrozumienia między nami i jeszcze większy opór jaki stawia partner. Mamy tutaj wszystko o czym pisałem wcześniej, ale w wersji gdzie rzeczy poszły źle. Stan niepożądany – przemoc – stan niepożądany. Dlaczego? Ponieważ działanie było nieświadomym pójściem na łatwiznę. Próbą naprawienia drugiego człowieka prostym wciśnięciem guzika, czy też wypowiedzenia kilku magicznych zaklęć odpowiednio głośno by wzmocnić efekt. Cały nasz wysiłek idzie wtedy w to wzmocnienie efektu, wynajdowanie coraz lepszych argumentów na to jak bardzo druga strona jest nieświadoma, naiwna, nierozumna czy jeszcze tam coś innego. Jak należałoby tutaj zastosować przemoc? Przedewszystkim na sobie. Zmusić się do opanowania własnej reakcji agresji i gniewu oraz chęci natychmiastowego naprawiania partnera. Drugim krokiem musiałaby być próba nawiązania porozumienia, czyli wymiany prawdziwych motywów naszego postępowania. Rozwiązanie problemu może leżeć w prostym wyjaśnieniu sobie kilku spraw, nie jest to łatwa droga i wymaga więcej wysiłku, ale też o wiele więcej można nią zmienić – jest to przemoc bardziej efektywna.
Drugim bardzo ważnym czynnikiem w tej materii jest konsekwencja. Jeśli zamierzamy coś zmienić i odcisnąć to piętno na rzeczywistości – musimy liczyć się z barierami i sprzeciwem ludzi. Musimy się z nimi liczyć, ale nie wolno nam im ulegać. Oczywiście należy wysłuchać kontrargumentów i przemyśleć je w swojej głowie, ale jeśli uznamy, że nie są słuszne, należy to otwarcie powiedzieć i dalej przeć w swoją stronę. Będzie to sprawiało problemy, będziesz uznany za kłopotliwego człowieka, mąciwodę, krzykacza, może nawet burzyciela porządku, dywersanta. Jakkolwiek nie będą chcieli cię nazwać, wolno ci słuchać tylko rzeczowych argumentów. Tutaj pojawia się konsekwencja jako kluczowy wskaźnik tego czy jesteś mąciwodą czy prawdziwym liderem zmian. Jeśli będziesz zmieniał zdanie, wahał się bez wyraźnego powodu, rezygnował bez podania przyczyn, jedyne co osiągniesz to zamieszanie i spadek zaufania do ciebie w przyszłości. I odwrotnie. Jeśli będziesz konsekwentny, rzeczowy i będziesz robił do końca to co uważasz za słuszne – ludzie uznają cię za kogoś godnego zaufania i uwagi, ale to nie jest cel – a jedynie efekt uboczny.
Tak więc świadome i konsekwentne stosowanie przemocy jest kluczowe dla ludzi czynu. Pamiętajmy, że wiele z rzeczy, które dziś uważamy za wielkie osiągnięcia naszej cywilizacji, kiedyś były przestępstwami. Wielcy ludzie też zazwyczaj byli burzycielami porządków by potem ich przykład mógł stać się kanonem porządków nowych. Nie nawołuję tutaj do mieszania dla samego mieszania, ale do mieszania bez zahamowań, gdy jesteśmy przekonani co do własnej słuszności.

sobota, 14 marca 2009

Adam i Ewa

Oczywiście wszyscy znamy historię kuszenia Ewy przez szatana a potem Adama przez Ewę. Ja zapytałem się siebie co takiego oferuje nam Ewa dzisiaj? Dlaczego ta historia jest taka nośna, że przez tyle tysięcy lat przetrwała? Żebym mógł odpowiedzieć sobie na te pytania, przeanalizuję symbole występujące w tej historii. Pierwsze pytanie jakie mi się nasuwa brzmi: Czy wąż jest zły? Czy z punktu widzenia wolnej woli, samoposiadania i ciekawości wąż jest złym charakterem w tej przypowieści? Wydaje mi się, że nie do końca. Jeśli spojrzymy na sytuację tych dwojga zamkniętych, nieświadomych, ale opływających w dostatek ludzi, widzimy coś, czymś nie chcielibyśmy się stać we własnym życiu. Propozycja węża jest dla mnie nie tyle kusząca, co wręcz porywająca. Nasuwa mi się blue i red pill z Matrixa. Z jednej strony mamy do wyboru cierpienie, wolność, wiedzę do których prowadzi ciekawość. Drugim wyborem jest nieświadomość, niewola, ale też wygoda i „słodka ignorancja” do których prowadzi posłuszeństwo i trzymanie się narzuconych przez „górę” schematów. Czy komuś przyszłoby do głowy potępiać Morfeusza za przedstawienie Neo wyboru? Mamy tutaj do czynienia z podstawowymi paradygmatami naszej cywilizacji, nauki i kultury. Wolność, nauka i świadomość kontra niewola i ciemnota. Bóg w przypowieści gra rolę dobrego faceta, który jednak chce mieć posłuszne narzędzia w osobach swoich stworzeń, a nie wolne jednostki. Czymś zupełnie innym jest jednak ocenianie opcji jakie zostały przedstawione Ewie od próby oceny motywów jakimi się kierowała. Moje robocze hipotezy są takie: 1. Wąż wybrał Ewę ponieważ wiedział, że łatwiej ją będzie nakłonić do skosztowania jabłka. 2. Wężowi zależało by ludzie skosztowali jabłko. Myślę, że wąż celowo wybrał Ewę. Pamiętajmy jednak, że ludzie nie do końca byli świadomi. Jak mówi pismo nie potrafili odróżniać dobra od zła. Być może dlatego wąż musiał uciec się do fortelu by nakłonić ich do przekroczenia granicy. Teoretycznie mógł przedstawić tą opcję obojgu i pozwolić im się naradzić. Widocznie obawiał się, że to nie doprowadziłoby do pożądanego przez niego rezultatu. Powodowana więc ciekawością Ewa podaje Adamowi jabłko. Opór Adama nie będzie już taki mocny. Teraz, gdy Ewa już zjadła swoją część zaangażowane są też i jego emocje. Zje jabłko, co zresztą wyjdzie im obu na dobre. Tak zwany grzech pierworodny jest pierwszym prawdziwie ludzkim aktem wyzwolenia się i decyzji o własnym losie. Powinien być świętowany i fetowany w religii, która tak często odnosi się do wolnej woli, jaką zostaliśmy obdarzeni. Jaka z tego płynie nauka? Ciekawość to pierwszy stopień do wolności. Nawet jeśli trzeba czasami porzucić swoje sztywne reguły.

środa, 4 lutego 2009

Czas uciekł

Zauważyłem, że gdy zastanawiam się co robić, planuję dzień, lub po prostu przepuszczam czas przez palce, jestem go bardzo świadomy. Niemal czuję jego upływ. Natomiast z chwilą gdy rozpocznę jedną z moich ulubionych aktywności, czas przestaje istnieć. Gdy spoglądam wstecz, nie widzę czasu, widzę chwile pomiędzy uświadamianiem go sobie, przeplatane bezczasowymi "dziurami", gdy wydaje mi się, że minęło 5 minut, a tak naprawdę minęły 2 godziny. Czy nie oznacz to dla mnie, że upłynęło tylko 5 minut? Dla mnie czas nie istniał. Nie jestem pewien, ale to powinno mieć coś wspólnego z prawą półkulą mózgową, która nie bardzo radzi sobie z czasem, za to wyśmienicie radzi sobie z kreatywnością.

Największy problem z czasem jest taki, że czasu nie ma. Dosłownie. Coś takiego jak czas nie istnieje. Dlatego też tak trudno jest zarządzać czasem. Nim się zarządzać po prostu nie da, jak każdą ideą bez ciała i sensu. Zamiast zarządzania czasem możemy mówić o zarządzaniu sobą, działaniami, zasobami, projektami, nigdy zaś czasem. Coś co potocznie ludzie nazywają czasem, ja nazywam znormalizowaną zmianą. Dlatego właśnie nieistotne jest, ile "czasu" poświęcisz danej czynności, bo ta nieistniejąca kategoria nie jest w stanie nam niczego konkretnego powiedzieć. Kluczowym pojęciem jest zmiana. To zmiana jest istotna w tym co robimy, a nie czas. Można robić coś bardzo długo nie popychając danej sprawy do przodu, albo w pięć minut dokonać rzeczy wielkich. Czy ktoś będzie pytał o czas? Ilość poświęconego "czasu" jest tylko wtedy miarodajna, jeśli unormujemy zmianę w stosunku do czasu. Robotnik przy maszynie może wykonywać 10 elementów na godzinę. O ile nie zdarzy się nic niespodziewanego, możemy liczyć, że robotnika czas jest tożsamy ze zmianą jaką on wprowadza. Jednak jeśli pracujemy nad czymś twórczym, gdzie kreatywność odgrywa dużą rolę, ilość spędzonego czasu nie mówi nam nic o osiągniętych efektach.

Pokażę to na trochę innym przykładzie. Powszechnie wiadomo, że samochody w pustynnym, suchym klimacie wolniej korodują niż w klimacie wilgotnym. Gdy zostawimy te same dwa samochody na działanie warunków atmosferycznych na Mazurach i na Saharze, po dziesięciu latach pierwszy będzie wrakiem, a drugi będzie miał się całkiem dobrze. Czy to oznacza, że czas mijał inaczej dla tych dwóch przedmiotów? Oczywiście że nie. Według powszechnie narzuconego nam zegara, ilość jego tyknięć dla obu będzie taka sama. Różnica polega na tym, że wilgoć na Mazurach przyśpieszyła korozję (zmianę). Wyobraźmy sobie ten sam samochód po spędzeniu 10 lat w doskonałej próżni, w doskonałej ciemności, w doskonałej ciszy. Według mojej wiedzy, taki samochód nie zmieniłby się w ogóle, albo bardzo niewiele. Wciąż przy takiej samej ilości tyknięć narzuconego nam zegara.

Dlatego właśnie twierdzę, że czas nie istnieje. Nauczyliśmy się odmierzać czas zmianą znormalizowaną, którą nazwaliśmy sekundą. Sekunda jest podyktowana szerszym kontekstem "czasowym" czyli prędkością naszej planety i szybkością jej ruchu obrotowego. To z kolei zależy od grawitacji. Nie mówmy więc o czasie jako o uniwersalnym bycie, którego nam brakuje. To jest wewnętrzna sprzeczność. Najwyraźniej brakuje nam zmian, a nie czasu. Zamiast tego proponuję mentalne przejście. Niech nie sekundy, a zmiana wprowadzana przez nas wyznacza nam rytm. Co jestem w stanie dzisiaj jeszcze zmienić?

sobota, 10 stycznia 2009

Mnie troje

Czasami poddaję w wątpliwość wszystko co uważałem za prawdę. Pytam się raz po raz: Co jeśli się mylę we wszystkim? Co jeśli rozwiązanie wszystkiego jest o jeden krok zwątpienia dalej?

- Nie potrafię wtedy odrzucić z góry żadnej, nawet najbardziej nonsensownej koncepcji

- Badam wiele dróg i wyjść, gubię się w ich plątaninach i zaczynam od nowa - bardzo męczące

- Poważnie naruszam swój system myślowy.

Podczas ostatniej takiej nocy, w skrócie doszedłem do czegoś takiego:

Składam się z trzech obszarów (ciągłości):

- to co mówię

- to co myślę

- to co robię

Kiedy niedawno przeczytałem u Covey'a jego drugą zasadę "Zacznij od końca w swojej głowie" (w skrócie - polega to na tym, że należy wyobrazić sobie swój pogrzeb i mowy pożegnalne wygłaszane przez przyjaciół i rodzinę, w ten sposób wyśledzić gdzie wiedzie nas nasze dzisiejsze życie), wywarła ona na mnie duże wrażenie, ale potem utknąłem w martwym punkcie. Nie bardo wiedziałem jak uchwycić koniec w mojej głowie. Wykonać symulację, jak on to proponuje? Próbowałem, ale nie przemawiało to do mnie.

Tutaj spotkała mnie koncepcja trzech ciągłości. Uzmysłowiłem sobie, że cierpimy na swoiste roztrojenie jaźni. Nie mówiąc już o tym, że ja cierpię na totalny brak pomysłu na siebie.

- To co myślę, traktuję jako oazę prywatności, w której pozwalam sobie na wszystko (oprócz prawdy). Ciekawym spostrzeżeniem tutaj było to, że te wszystkie bzdury o autosugerowaniu i autoafirmowaniu zablokowały u mnie szczere samokrytyczne spojrzenie, bo jeszcze mógłby się zasugerować samokrytyką. Tym samym zablokowałem uczenie się na własnych błędach.

- To co mówię jest propagandową tubą doskonałości mojego ja - jeśli coś mówię - lub jego skromności - jeśli akurat milczę. Mówiąc projektuję przed sobą obraz mnie do którego niekiedy nawet nie zamierzam dążyć (abstrahując od tego, że nie wiem co zamierzam). Zamiast prowokować wymianę, komunikację i więzi, moja mowa jest jak billboard - pusta i bez treści, intelektualnie może i czasami wyrafinowane, ale jeśli chodzi o jakość relacji międzyludzkich brutalne i niszczące narzędzie.

- To co robię jest dzielone między to co myślę, to co mówię, a to gdzie akurat popycha mnie wiatr. Czasami mówię to co myślę (że mi w jakiś sposób to pomoże), potem staram się robić to co mówiłem (kompletnie nieefektywnie bo przecież tak nie myślę). W międzyczasie zachowuję się całkowicie reaktywnie.

Takie roztrojenie stanowi poważny problem. Jak w tym galimatiasie mam zacząć od końca? Tutaj nawet nie ma początku. Jest tylko jeden, wielki, destruktywny chaos. Zanim zacznę planować wycieczki na koniec, muszę robić co mówię, mówić co myślę, myśleć co mówię, mówić co robię, robić co myślę i myśleć co robię. Amerykanie (szczęściarze) mają na to jedno określenie: Walk your talk. Pojawiający się pozorny paradoks (jak mówić co myślę zanim wymyślę co mówię?), rozwiązuję tak: Mogę zacząć od czegoś prostego np. proaktywności. Sama ta zasada może służyć jako niezły początek scenariusza o "końcu w mojej głowie".

wtorek, 6 stycznia 2009

Jak zostać dobrym hubem

Jak to się dzieje, że jedni ludzie to położone gdzieś z boku ślepe nici do nikąd, podczas gdy inni stają się hubami w centrum sieci? Jakie są moje kontakty z innymi?

Tylko dając można czegoś oczekiwać. Do tej pory traktowałem swoje znajomości niczym bilans handlowy. Powinien wyjść mniej więcej na zero. Ja wykonuje do kogoś telefon - czekam na jego kolej. Ja kogoś zapraszam - czekam aż mnie zaprosi. Niestety. Przyjmując realistycznie około 50% takich "zwrotów" nie dochodziło do skutku. Mój bilans był więc wciąż na minusie i ciągle czułem się niedowartościowany. Między innymi po lekturze bloga Alexa Barszczewskiego doszedłem do wniosku, że tak po prostu jest i basta. Ludzie rzadko pamiętają /mają ochotę /zdają sobie sprawę z tego, że to ich kolej na oddanie uprzejmości. Dlatego często nasze kontakty interpersonalne są bardzo ubogie. Z każdym kolejnym cyklem teoretycznie mamy 50% mniej szans na podtrzymanie więzi z innym człowiekiem na zasadzie prostej wzajemności. Jeśli wyobrazić sobie hub o tak niskiej skuteczności, pracujący w sieci komputerowej - krzywa jego aktywności schodziłaby niemal pionowo w dół. Szybko musiałby zostać wymieniony.

Co więcej 100% skuteczność w przekazywaniu połączeń dalej - to dobry wynik, ale tylko dla urządzeń pasywnych. Chcąc być aktywnym i nie tylko podtrzymywać, ale także rozbudowywać sieć - muszę nawiązywać połączenia z własnej inicjatywy, a nie tylko przekazywać /oddawać te które otrzymałem. Jak to odnieść do rzeczywistości? Tylko aktywnie rozpoczynać łańcuszki uprzejmości nie zważając na to, że ten czy ów może trafić na "ślepą odnogę". To natomiast wymaga bewzględnego pozbycia się merkantylistycznego spojrzenia na kontakty interpersonalne. Poświęcenie w znaczeniu prawdziwego zaangażowania się w relację z innym człowiekiem jest tutaj kluczem. To nic, że czasami na moje gesty zareaguje 10% odbiorców. Jeśli będzie tych gestów wystarczająco dużo - to 10% może stanowić całkiem sporą liczbę - a o to chodziło mi na początku tego wpisu - jak zostać hubem.

piątek, 2 stycznia 2009

Dlaczego nie jestem pępkiem świata

Punkt widzenia, czyli perspektywa danego cżłowieka jest zmienną uwzględniającą bardzo wiele czynników. Doświadczenie, nastrój, nastawienie do danego otoczenia i warunków itp. Zwykle rozmawiając z kimś o czymkolwiek, nie zdajemy sobie sprawy jak różne są dla adwersarza realia, o jak odległych światach rozmawiamy udając, że chodzi nam o to samo. Odmienna perspektywa może tak zmienić rozmowę, że w założeniach zgadzający się ze sobą ludzie, będą toczyć zażarte kłótnie, po których na samym końcu uznają, że w gruncie rzeczy chodziło im o to samo. Jeśli tak uznają to jeszcze pół biedy. Zwykle rezygnują zanim to się stanie. To co napisałem powyżej może dla wielu wydawać się banałem. Ja jednak zawsze powtarzam, że zbyt często niedostatecznie przyglądamy się banałom, szukając drugiego i trzeciego dna tam, gdzie pierwsze tłumaczy wszystko.

Co nam daje spojrzenie na problem z perspektywy adwersarza? Przede wszystkim musi to być próba szczera. Prawdziwa zmiana skóry i wczucie się we wszelkie okoliczności, jakie nam są znane. Często w tym zadaniu najtrudniejsze jest to, że powinniśmy przyjąć, że osoba ta ma dobre intencje, a jedynie inaczej patrzy na problem (przykład odwiecznej wojny socjalistów z kapitalistami, gdzie szczerzy propagatorzy obydwu kierunków mają naprawdę na względzie dobro ogółu, a czasami tego nawzajem u siebie nie widzą). Podejmując taką próbę mamy wiele do wygrania. Po pierwsze rozszerzamy horyzonty o nowe sposoby myślenia. Jeśli wydaje ci się, że twój świat jest ciekawy, to najlepiej porównać go z innym światem, a to właśnie umożliwia takie "wejście w skórę" kogoś innego. Często też zyskujemy nowe światło na problem. Być może zauważymy coś nowego, aspekt którego nie widzieliśmy wcześniej, a być może dzięki nowemu spojrzeniu będziemy lepiej wiedzieć jak przekonać adwersarza do swoich pomysłów. Jak to zrobić? Niestety jest tylko jedna droga ku temu. Należy założyć, że nasz dyskutant ma rację. Tymczasowo - może, ale szczerze. Wtedy odkrywają się przed nami dotychczas nieznane obszary.

Jest jeszcze coś, bardzo ważnego. To świadomość, że nasz punkt widzienia nie jest jedyny i najlepszy (ogólnie nie można stopniować tak subiektywnej kategorii). To jest właśnie prawdziwe otwarcie na świat i nowe idee. Pozbycie się zbędnego balastu konieczności okopywania się na swoich pozycjach za wszelką cenę to otwarcie oczu na nową lekcję od życia. Nie twierdzę, że od dzisiaj będę ulegał w każdym sporze. Będę jednak próbował zrozumieć drugą stronę, zanim na siłę zacznę próbować urabiać ją by zrozumiała mnie. Jeśli po tym wszystkim uznam, że jednak mam rację. Będę miał nowe narzędzia do udowodnienia jej.

Jakie to wszystko różne od tzw. tolerancji, która jest brakiem odrzucenia. Najczęściej tolerancja oznacza brak agresji w stosunku do inności. Moim zdaniem to jest ślepa uliczka. Jeśli będziemy tolerować wszystkich i wszystko bez próby zrozumienia i postawienia się w czyjejś sytuacji, to zaczniemy dochodzic do coraz większych absurdów (no i odwieczny dylematy tolerancyjnych ludzi: gdzie kończy się tolerancja a zaczyna przyzwolenie na zło, czy należy tolerować nietolerancję, itp).