czwartek, 11 czerwca 2009

Podła demokracja

 Daleki jestem od pomstowania na osoby polityków w naszym kraju. Tym bardziej jakoś nie chce mi się wierzyć w skrajne teorie spiskowe o nowym porządku światowym. Zaletą tych teorii jak i ogólnego narzekania jest to, że skłaniają do myślenia, buntu przeciwko złu oraz poszukiwania lepszych rozwiązań. Wadą ich jest to, że dzielą swoich wyznawców na frakcje „wierzące” bądź „wyznające” te lub inne paradygmaty takich teorii. W efekcie stają się wentylem bezpieczeństwa w systemie. Ludzie z dużym potencjałem intelektualnym kłócą się między sobą czy Amerykanie wylądowali faktycznie na księżycu jakby od tego miało cokolwiek zależeć. Nie twierdzę, że poszukiwanie prawdy jest zajęciem nie wartym poświęcenia mu czasu. Jednak niektóre kwestie nie są kluczowe i można nad nimi przejść do porządku dziennego w imię zmiany tu i teraz na lepsze.

Politycy i ich partie to także bardzo wdzięczny temat zastępczy. Cała para politycznego zainteresowania obywateli idzie w gwizdek partyjnych przepychanek. Ludzie kręcą się w kółko lub podążają za odwiecznym wyborczym wahadłem, któremu rytm wyznaczają kadencje władz, gubiąc istotę problemu.

Istotą jest to, że nasz system ewoluuje bez żadnej kierującej nim rozumnej siły. Miast być głęboko przemyślanym porządkiem społecznym jest sumą niezliczonych kompromisów zawieranych w imię krótkoterminowych korzyści. Całość zaś pędzi przed siebie niczym szalony zwierz bez celu i rozumu. Nasz (polski, a ten na wzór tzw. demokratycznego świata) system polityczny nie jest w żaden sposób „pomyślany”. Należałoby raczej powiedzieć, że jest on wyewoluowany. Jak wiemy ewolucja nie jest logiczna ani celowa. Jej naturą jest, że powoduje przetrwanie organizmu jako całości, ale nie daje żadnej gwarancji na powodzenie, tym bardziej nikt nie jest w stanie przewidzieć kształtu następnej mutacji. Niestety ewolucja ta nie idzie w pożądanym dla nas kierunku. III Rzeczypospolita nie została oparta na dobrych fundamentach. Wolne wybory przeprowadzane wg dającej złudzenie wolności ordynacji stały się przekleństwem obywateli, którym teraz szkoda nawet zelówek na spacer do lokalu wyborczego. Partie mające proponować alternatywne pomysły na państwo, stały się niewolnikami słupków sondaży wyborczych. To zniszczyło jakąkolwiek ideowość ugrupowań politycznych. Lewica promuje rozwiązania liberalne jeśli tylko jest taka społeczna inklinacja, prawica chętnie używa populizmu za radą speców od marketingu politycznego, a centrum – najbardziej bezwyrazowa i nijaka siła polityczna zazwyczaj zawiaduje, nieproporcjonalnie do preferencji wyborczych, dużym zakresem spraw wykorzystując efekt języczka u wagi.

Narzekać na polityków? Karać ich za to jakimi są? Są oni wytworami wadliwego systemu, niczym więcej. Gdyby pan Y nie wykorzystał szansy, zrobiłby to pan X. System promuje lojalność dla wodza, ponieważ wódz decyduje o tym kto zasiądzie w parlamencie, w ministerstwie, w sejmiku, w administracji itd. Lojalność i oportunizm przeciera szlaki na wyżyny, a najbardziej skuteczne jednostki są najbliżej władzy. Rządzenie i tworzenie praw powierzamy ludziom których charakteryzują przymioty jakimi się brzydzimy w codziennym życiu. Czy z tego może wyniknąć coś dobrego? Odpowiedź jest za oknem, na szarej polskiej ulicy.

Często słyszę, że każdy naród ma takiego Napoleona na jakiego sobie zasłużył. Nie wierzę, że jakikolwiek naród mógłby być tak podły jak polski. Coś jest jawnie sprzeczne z logiką w takim stwierdzeniu, gdy wokół siebie widzę samych uczciwych, zdroworozsądkowych , dobrych ludzi, którymi od dziesiątek lat rządzą tak beznadziejni Napoleonowie. To nie jest tak, że ci wspaniali ludzie wybierają beznadziejnych przywódców. Raczej jest tak, że mają złudzenie wybierania, które wpycha im do głów propaganda (celowa czy nie), a przywódcy upaprani w brudzie pilnują przede wszystkim by nikt nie przejął od nich władzy.

Idąc po nitce do kłębka. Do partii wstępują różni ludzie. Niektórzy chcą coś zmienić inni pragną władzy, jeszcze inni pieniędzy. Z tych ludzi w strukturach partii pną się do góry konformiści, oportuniści i zwyczajni kolesie ciągnięci za uszy do góry. Ta negatywna selekcja odsiewa ludzi uczciwych, ideowych i pragnących służyć. Mając do dyspozycji taki panteon „talentów” władze partii wybierają swoich kandydatów na urzędy umieszczając ich na listach wyborczych. Czy można winić ludzi za to, że wybrali łajdaka gdy mieli do wyboru łajdaka albo drania? Jakby tego było mało, to jeśli nawet czasami zdarzy się wśród kandydatów ktoś godny poparcia to jeśli jest na dalszym miejscu na liście wyborczej (ustalanej – przypomnijmy – przez partyjnych tuzów), to głos na niego oddany przyczynia się do wyboru ludzi z pierwszych miejsc na tejże liście. Tak „dobrane” towarzystwo następnie uchwala prawa, w tym prawa ustrojowe, utrzymujące status quo (przede wszystkim ordynacja wyborcza, ale także szereg innych ustaw).

Podsumowując, zamiast powierzać skomplikowaną i trudną rolę kierowania państwem jednostkom wybitnie moralnym (co się stało z tym słowem?), inteligentnym i gotowym do poświęceń, czyniąc z rządzenia zadanie dysjunktywne, pozwalamy by do szczytów władzy dostawały się jednostki o wątpliwej reputacji, ciągle wywołujące skandale, korupcję i, co najgorsze zobojętnienie, czyniąc z rządzenia zadanie koniunktywne.

Wiem, że nie odkryłem tutaj żadnej Ameryki, chcę jednak jeszcze zwrócić uwagę na pewną prawidłowość, która rzuca mi się ostatnio w oczy. Otóż mamy wiele różnych ruchów, partii czy stowarzyszeń widzących i próbujących szukać odpowiedzi na te patologie. Jednak ludzie są bardzo ostrożni w pomocy takim inicjatywom. Jak długo trwa narzekanie, można liczyć na poparcie i oklaski, jednak z chwilą gdy ktoś proponuje swój własny program, typową reakcją jest nieufność (słusznie!) i zniechęcenie nawet przed przemyśleniem argumentów (niesłusznie!). Agitacja kojarzy się negatywnie, a każdy proponujący zmiany jest utożsamiany z kolejnym kandydatem do koryta. Margines ludzi naprawdę zaangażowanych jest bardzo podzielony. Tworzą go małe partyjki, ruchy i stowarzyszenia celowe, luźno zrzeszone grupki oraz pojedyncze osoby szukające usprawiedliwienia w teoriach spiskowych. Czy społeczeństwo musi naprawdę osiągnąć masę krytyczną niezadowolenia i obrzydzenia do rządzących bo upomnieć się o zmiany? Czy ktoś jest w stanie zagwarantować co wyniknie z kolejnego wybuchu społecznego? Z pewnością znowu nie będzie to nic przemyślanego, i znowu rozpocznie się kolejna złowroga przypadkowa ewolucja molocha w jeszcze jednym wydaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz