sobota, 10 stycznia 2009

Mnie troje

Czasami poddaję w wątpliwość wszystko co uważałem za prawdę. Pytam się raz po raz: Co jeśli się mylę we wszystkim? Co jeśli rozwiązanie wszystkiego jest o jeden krok zwątpienia dalej?

- Nie potrafię wtedy odrzucić z góry żadnej, nawet najbardziej nonsensownej koncepcji

- Badam wiele dróg i wyjść, gubię się w ich plątaninach i zaczynam od nowa - bardzo męczące

- Poważnie naruszam swój system myślowy.

Podczas ostatniej takiej nocy, w skrócie doszedłem do czegoś takiego:

Składam się z trzech obszarów (ciągłości):

- to co mówię

- to co myślę

- to co robię

Kiedy niedawno przeczytałem u Covey'a jego drugą zasadę "Zacznij od końca w swojej głowie" (w skrócie - polega to na tym, że należy wyobrazić sobie swój pogrzeb i mowy pożegnalne wygłaszane przez przyjaciół i rodzinę, w ten sposób wyśledzić gdzie wiedzie nas nasze dzisiejsze życie), wywarła ona na mnie duże wrażenie, ale potem utknąłem w martwym punkcie. Nie bardo wiedziałem jak uchwycić koniec w mojej głowie. Wykonać symulację, jak on to proponuje? Próbowałem, ale nie przemawiało to do mnie.

Tutaj spotkała mnie koncepcja trzech ciągłości. Uzmysłowiłem sobie, że cierpimy na swoiste roztrojenie jaźni. Nie mówiąc już o tym, że ja cierpię na totalny brak pomysłu na siebie.

- To co myślę, traktuję jako oazę prywatności, w której pozwalam sobie na wszystko (oprócz prawdy). Ciekawym spostrzeżeniem tutaj było to, że te wszystkie bzdury o autosugerowaniu i autoafirmowaniu zablokowały u mnie szczere samokrytyczne spojrzenie, bo jeszcze mógłby się zasugerować samokrytyką. Tym samym zablokowałem uczenie się na własnych błędach.

- To co mówię jest propagandową tubą doskonałości mojego ja - jeśli coś mówię - lub jego skromności - jeśli akurat milczę. Mówiąc projektuję przed sobą obraz mnie do którego niekiedy nawet nie zamierzam dążyć (abstrahując od tego, że nie wiem co zamierzam). Zamiast prowokować wymianę, komunikację i więzi, moja mowa jest jak billboard - pusta i bez treści, intelektualnie może i czasami wyrafinowane, ale jeśli chodzi o jakość relacji międzyludzkich brutalne i niszczące narzędzie.

- To co robię jest dzielone między to co myślę, to co mówię, a to gdzie akurat popycha mnie wiatr. Czasami mówię to co myślę (że mi w jakiś sposób to pomoże), potem staram się robić to co mówiłem (kompletnie nieefektywnie bo przecież tak nie myślę). W międzyczasie zachowuję się całkowicie reaktywnie.

Takie roztrojenie stanowi poważny problem. Jak w tym galimatiasie mam zacząć od końca? Tutaj nawet nie ma początku. Jest tylko jeden, wielki, destruktywny chaos. Zanim zacznę planować wycieczki na koniec, muszę robić co mówię, mówić co myślę, myśleć co mówię, mówić co robię, robić co myślę i myśleć co robię. Amerykanie (szczęściarze) mają na to jedno określenie: Walk your talk. Pojawiający się pozorny paradoks (jak mówić co myślę zanim wymyślę co mówię?), rozwiązuję tak: Mogę zacząć od czegoś prostego np. proaktywności. Sama ta zasada może służyć jako niezły początek scenariusza o "końcu w mojej głowie".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz