Projekt o którym już pisałem rozwija się w mojej głowie. Jest to w pewnej mierze projekt tożsamościowy, pomysł na bycie czy jakoś tak. Nie jest to jednak droga którą możnaby określić jakoś prosto, czy nawet nie prosto. Starałem się już to zdefiniować, niestety (a może właśnie stety?) bezskutecznie. Być dzieckiem swoich czasów? Dojrzałym do swego czasu? Dojrzałym emocjonalnie? O dużym poczuciu własnej wartości? Nic z tego nie pasuje, każde z tych określeń coś charakterystycznego wyciąga z tego o czym myślę.
Przedewszystkim chodzi o projekt bycia sobą, jednostką całkowicie niezależną (lub też na tyle niezależną na ile to jest możliwe), maksymalnie więc wolną, jednostką myślącą, nie dającą się ponieść zwykłym oszustwom, matniom zagadek mających zbić z tropu, czy też najzwyklejszym niejasnością, niezamierzonym aktom ukrywania rzeczywistości. Znowu jednak nie całkiem. Życie nie może polegać przecież tylko na odkrywaniu prawdy. W Życiu najwięcej jest życia. Właśnie życie według wzorca bez wzorców. Własną oryginalną świadomą drogą. Świadomość, lub raczej samoświadomość odgrywa w tym projekcie dużą rolę. Chodzi tutaj o prostą wiedzę co jest moje, a co jest obce. Chodzi też o to, by niezależnie od tego co robię i co czuję miał świadomość (samoświadomość) reperkusji tożsamościowych moich poczynań. Nawet jeśli nie jestem w stanie na bieżąco obliczać wszystkich czynników, podejmować właściwych decycji, zabierać głosu w swoim imieniu. Muszę być zdolny do późniejszej świadomej oceny samego siebie, tak bym mógł zawsze mieć szansę zwalczyć, zmienić, zachowania obce, narzucone. Takie, które podjąłem nie pod wpływem projektu własnego ja, ale pod wpływem innych czynników. Funkcjonowanie w tłumie jako jednostka to wyzwanie do jakiego nie wystarczy deklaracja „ potrafię iść pod prąd” Pod prąd iść jest łatwo, oznacza to proste stawianie znaków przeciwnych przy wszystkim na co się natkniemy. Problem pojawia się, kiedy przyznasz sobie władzę do stawiania własnych znaków przed wszystkim i przyjmiesz wyzwanie oceniania rzeczy własną miarą, bez skrzywienia społecznego.
Obraz jaki mógł się wyłonić z tego co napisałem powyżej może wydać się ponury. Trochę diaboliczna perspektywa samotnika w tłumie, który jest sam dla siebie sędzią, i autorytetem, trochę na podobieństwo Zaratustry. Jednak ten projekt zawiera w sobie także część dotyczącą życia w świecie który został zastany. Wyraźne i własne określanie rzeczy może być fundamentem do budowy nowej, jasnej i świeżej tożsamości. Znającej swoje miejsce na płaszczyźnie buntu – przyzwolenia społecznego, ale również korzystającej z życia, z cudownych chwil bycia wszystkim czym można być (trywialne – właśnie chodzi o zdolność do trywializowania, unikania przegadanych, smutnych kawałków jakim jestem indiwidualistą).
Człowieka, który stworzył własną definicję rzeczy nie da się dotknąć. Nie da się określić, zdefiniować jego dumy, jak więc ją urazić? Unikanie bycia zranionym jednak nie może być jedynym celem życia. Co może być tedy jego najwyższym celem w świetle tego co wiem i znam? Jasno i rześko przebyte życie swojego autorstwa.
piątek, 22 grudnia 2006
Poważnie o życiu
środa, 1 listopada 2006
Dobre pomysły
Wieje i zimno, a do tego śnieg pierwszy w tym roku (tzn. tej zimy). Wczoraj coś zauważyłem i mam znowu o czym napisać tutaj. Myśl, której potrzebowałem by przepchnąć ten dziennik o krok dalej. Skupienie. Zauważyłem, że by osiągnąć jakikolwiek sukces, a do tego jeszcze móc się z niego cieszyć potrzebne jest skupienie uwagi na tym co się robi. Jest to banalne i dosyć prozaiczne stwierdzenie, a przynajmniej takie się wydaje na pierwszy rzut oka, ale niesie za sobą kilka ważnych konsekwencji. Po pierwsze może to, że nie da się zrobić czegoś bez robienia tego, bez ustawienia się na robienie tego. W każdy problem należy wejść do środka, zbadać, przejrzeć i zrozumieć. Ustawić swoją głowę w tym, na samym początku i do samego końca trzymać się problemu, nie odpuszczać. Każde sumienne działanie, każda zaczęta podróż wymaga wytrwałości i prawdziwej chęci dokończenia tego co się robi. Np. w pracy: nie mogę udawać, że pracuję, albo liczyć na swoje wyjątkowe zdolności, że przyjdą i wybawią mnie z opresji. To co zapewnia sukces to... zapewnienie sobie sukcesu. Do tego potrzeba odważnych ludzi. Ludzi, takich jak ja właściwie. Kilka wniosków z tego dziennika, postawionych wcześniej i wyartykułowanych całkiem szczegółowo, jest logicznym ciągiem. Dlatego też warto pisać ten dziennik. Dobre pomysły to wynik olśnienia, ale kazdy dobry pomysł musi mieć za fundament inny dobry pomysł. Seria olśnień, które nakładają się na siebie tworząc coś naprawdę wyjątkowego jest możliwa tylko dzięki ciągłości i wytrwałości. Tego własnie mi potrzeba. Nie piszę tutaj tylko o pisaniu dziennika czy nauce angielskiego. Mówię tutaj o całkowitym, totalnym i bezkompromisowym ustawieniu się na pokonywanie przeszkód, mówię tutaj o zaistnieniu jako jednostka odznaczająca się własną, bardzo wyraźną odpowiedzialnością i wolą. W to może wchodzić (musi) zarówno zachowanie w pracy, jak i inne formy aktywności. Chodzi o wszelkie spotkania, kreowanie własnego wizerunku, tworzenie własnego życia, takiego jakim chciałbym by było. Chodzi tutaj o aktywne działanie, kształtowanie świata, ale w zgodzie z nim.
Skupienie – olśnienie – opadanie.
Co ja na to?
Cokolwiek robię:
- Jestem sobą, jestem odpowiedzialny za to co robię i jestem gotów przyjąć tą odpowiedzialność w każdej chwili.
- Skupiam się na tym i daję z siebie wszystko by robić to dobrze.
- Robię to w zgodzie z samym sobą. Jestem człowiekiem o silnych emocjach, wiem na czym polega ich równoważenie, ale to one są moim drogowskazem.
- Bardziej bardziej i nigdy dosyć odznaczam swoje piętno.
- Oczywiście można zrobić to lepiej, ale nikt inny tego nie potrafi.
poniedziałek, 30 października 2006
Miasto duchów z morza
Śniło mi się, że ja i moich trzech towarzyszy (nierozpoznaję ich), byliśmy przybyszami w mieście na wybrzeżu. Miasto było strasznie zaniedbane i brudne, a wszędzie unosił się dym z kominów. W chwili kiedy przybyliśmy do tego miasta, wydawało się całkiem opuszczone i ciche. Wysiedliśmy z samochodu i chodziliśmy po ponurych ulicach. W pewnym momencie zauważyliśmy żołnierza w masce gazowej. W jednej chwili dotarło do nas, że w mieście musi obowiązywać godzina policyjna. Zaczęliśmy uciekać. Zgubiłem swoich towarzyszy. Uciekając wpadłem do jakiejś ciemnej sieni, i ukryłem się pod jakimiś brudnymi schodami. Leżał tam już ukrywając się, mały chłopiec. Leżeliśmy tam cicho, starając się nie oddychać zbyt głośno, i słyszeliśmy jak do sieni wchodzi żołnierz. Nasza kryjówka została odkryta i żołnierz zabrał nas na górę (ale nie jestem do końca pewien, czy żołnierz nas zabrał, czy sami tam poszliśmy). Na górze było kilka pomieszeń. W jednym z nich kilkanaście starszych kobiet odmiawiało różaniec. Weszłem tam i spytałem się kogoś co tutaj się dzieje. Dowiedziałem się, że miasto nawiedziły duchy z morza. Wszyscy się ich bali i ukrywali przed nimi, szczególnie nocami. Starsze kobiety modliły się by odegnać duchy z miasta. W drugim pomieszczeniu – znacznie większym od pierwszego, odbywała się impreza. Było tam dużo ludzi, pijących i palących. Ogólnie panowała wesoła atmosfera i ludzie zdawali się nie przejmować duchami, które nawiedziły miasto. Poczułem nagłą potrzebę, by przemówić właśnie do tych ludzi. Podobało mi się w jakiś sposób ich podejście do zagrożenia. Przemawiałem do nich lekko i płynnie. Czułem się naprawdę świetnie, a słowa same wychodziły mi z ust. Żartowałem z duchów, mówiłem coś w stylu: „Więc nie boicie się strasznych zjaw z morza? Nie drżycie przed duchami?” Drwiłem z duchów trochę. Ludziom się to bardzo podobało. Nie pamiętam co działo się potem.
Nie wiem, czy odnajdę sens w tym śnie, ale spróbuję. Jakkolwiek wiem, że na gorąco nie ma sensu nawet próbować zabierać się do rozmyślania nad sensem snu.
niedziela, 15 października 2006
Bez oparcia
Chyba cos jakby obudziła się wyobraźnia. Wracając do emocji; widzę wiele powiązań i ważnych problemów wynikających z nowego podejścia. Przedewszystkim chodzi mi o czas, czyż nie? Czas, który na przykład musiałbym zmarnować (no właśnie-to słowo już świadczy o moim słabym współczynniku reformowalności) na rozwijanie tzw. kontaktów społecznych. Inna sprawa czy tego naprawdę chcę, czy to jest to czego potrzebuję. Jeśli zaś (a przecież tak się stało wczoraj) stwierdzę, że tak właśnie jest, to muszę odżałować ten czas. Co więcej (dużo więcej), muszę sam siebie przekonać, że ten czas nie tylko nie jest marnowany, ale, że jest wykorzystywany z dziką rozkoszą i posuwa mnie (zaiste) naprzód.
Przedewszystkim nie mogę (tak piszę nie mogę, muszę, powinienem, wiem, że nie powinienem, ale czasami trzeba [wiem, że nie]) stwierdzić, że oto znalazłem problem, znalazłem rozwiązanie i mogę dać sobie spokój. W ten sposób zarzucę wszystko do czego doszedłem z takim trudem (oj, żebym sie nie przemęczył), w myśl zasady (nie ma żadnych zasad); jeśli nie idziesz naprzód to się cofasz.
Czy jest sens ustalać, czy cokolwiek z tego co udało mi się osiągnąć ma jakiś sens? Oczywiście, że nie. Po pierwsze brakuje kryteriów, a po drugie jeszcze mógłbym odkryć, że nie ma.
sobota, 14 października 2006
I jeszcze emocje
Ta cała praca u podstaw, u fundamentów. Całe biadolenie o tym, że nie można wpuszczać pod swój dach zła... To wszystko jest bardzo ciekawe. Mam bardzo dużo fajnych pomysłów jak uleczyć swoje życie (siebie), ale nie bardzo pamiętam, bym siebie diagnozował. Tym samym przewróciłem wszystko do góry nogami. Próba leczenia bez diagnozy skończyła się stwierdzeniem, że: Ogólnie wszystko trzeba naprawiać, a najlepiej zacząć od początku. Trochę przejaskrawiam, ale sens uchwyciłem. Zamiast punktować co należy zrobić, żeby naprawić „mnie”, należałoby zacząć od punktowania co należy „we mnie” naprawiać. Zadanie jest trudne i wymagające. Trudne, bo trudne jest określenie co we mnie jest złe (zwłaszcza, że sam muszę o tym zdecydować), a co jest tylko efektem tego co jest złe. Podświadomie skupiałem się w próbach naprawiania samego siebie na życiu społecznym, i życiu emocjonalnym. Czy naprawdę życie społeczne jest moim slabym punktem. Nigdy nie byłem dobry w takim zwyczajnym obiegowym pieprzeniu kto z kim i dlaczego, a to jest, jak się wydaje esencja wielu społecznych spotkań. Takie tzw. gadanie o niczym, jako wyraz nieskrępowania (jakie to sztampowe). Nie chcę tak i jeśli tak miałbym się zmieniać to byłby to raczej krok w tył. Nie mniej problem pozostaje...
Emocjonalnie. Emocjonalnie nie jest dobrze. Problem jaki zauważyłem ostatnio u siebie jest taki, że nie zawsze potrafię szybko zareagować właściwie na sytuację (powinienem, i dodam coś takiego do autoafirmacji, i to na końcu bądź na początku). Chodzi o to, że wiem dokładnie, albo w miarę dokładnie jaki chcę być, tylko kiedy pojawia się szansa, okoliczność by zrobić coś w zgodzie z tym to czasami (nie zawsze) zawodzi mój refleks, bądź szybkie rozeznanie sytuacji i nie robię nic, bądź robię na opak. Wczoraj była taka sytuacja. Nie wiem jak mogłem nie zareagować. Dopiero potem doszło do mnie, co powinienem zrobić, by czuć się ok. Trudne to jest, ale o to chyba chodzi. By szybko reagować na sytuacje i potrafić się do nich dostosowywać. Na razie jedyne rozwiązanie jakie widzę, to mieć to cały czas na uwadze i ze świadomością zadawać sobie to pytanie: czy czuwam, czy jest dobrze, czy nie zapominam się i pozwalam sytuacji się kontrolować. Temu też będzie służyć dodanie tekstu do autoafirmacji. Całe to zamieszanie z reagowaniem, to na pewno jest sprawa właśnie emocji. Emocje powinny dać mi drogowskaz i najczęściej dają. Tyle, że za późno. Może to jest tak, że po prostu ich nie słucham i tłumie, bo się ich wstydzę, albo raczej boję? Prawdopodobnie tak właśnie jest. To jest prawdziwe zadanie, i to brzmi jak wyzwanie: Wyzwolić się z lęku przed własnymi emocjami. Pokochać je, i dać się im ponieść, to właśnie oznacza słuchanie swego serca, o którym pisałem już w tym i poprzednim miesiącu. Jeśli tłumię emocje, to może one gdzieś tam tworzą napięcie, na zasadzie hydraulicznego zbierania się ciśnienia (zalatuje to Freudem, ale chodzi o coś innego), i to napięcie musi znaleźć ujście i znajduje właśnie w innych sferach, gdzie nie jest to pożądane. Całkiem prawdopobne, jednak nieweryfikowalne (a może jednak...?). Tak czy owak to jest wyzwanie i temat do popracowania nad. Tak mi jeszcze wpadło do głowy, dlaczego miałbym bać się swoich emocji? Czyżbym obawiał się reakcji środowiska? Czy może być inny powód? Raczej nie. Więc znowu dochodzimy do pewności siebie. Zatem klucz do emocji leży w nich samych. Wyrażenie siebie bez strachu przed reakcją, znajdywanie siebie w odniesieniu do sytuacji i świata (pisałem już o tym. Nie mogę istnieć ja bez sytuacji, bez punktu odniesienia). Czy istnieje na to prosta i szybka recepta? Może i nie. Widzę to raczej jako drogę. Jeden z pierwszych kroków może być taki: Nauczyć się znajdywać przyjemność w tym czego się bałem. Kontakty interpersonalne i wyrażanie siebie. Tak naprawdę nie znam nawet siebie. Ponieważ nigdy nie dałem poznać siebie, ani sobie, ani nikomu innemu. Powinienem przestać rozmyślać tyle jaki powinienem być i co powinienem robić (jakkolwiek to nie brzmi).
Generalnie doszedłem do tych wniosków (zarzucenie prymatu koncepcji pracy u podstaw), kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie zbuduję żadnych fundamentów i umrę próbując. Życie jest wolnym opadaniem, jeśli ktoś próbuje w czasie opadania budować fundamenty, żyje w świecie iluzji. Nie oznacza to, że rezygnuję z tego całkowicie. Jakieś podstawowe wyobrażenie o sobie mam zamiar zbudować. Jednak praca nad szczegółami i ciągłe reagowanie na sytuacje jest nieodzowne i nie można tego zarzucać tłumacząc się jakąś enigmatyczną pracą u podstaw.
poniedziałek, 2 października 2006
Pewność siebie
Pewnie nie odkryłem Ameryki, ale dlaczego by tego nie napisać. Pewność siebie jest bardzo ważna. Właściwie bez niej nie można zrobić wiele. Nawet rady zawarte w najlepszej broszurze, najbardziej trafne, nic nie znaczą gdy nie można ich zastosować, a często nie można właśnie z powodu braku pewności siebie. Jeśli nie jestem pewien siebie, swojej wartości, planów itd. Nie mogę sprawnie zacząć ich wdrażać. Pytanie więc nie brzmi czy, ale jak? Czy pewność siebie można osiągnąć jakąś techniką, świadomą drogą, czy jest to może raczej wynik predyspozycji danej osoby, a może efekt jakiegoś trendu wznosząco – opadającego?
Rytm – niewątpliwie tak. Czasami czuję jakbym mógł wszystko i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Innym razem jestem o wiele mniej pewien swojej wartości i oczywiście przekłada się to na moje zachowanie. Chcę zaznaczyć, że pewność siebie nie jest remedium na wszelkie zło i oto znalazłem złoty środek na wszystko. Jest to tylko jedna z wielu zmiennych, mająca wpływ na zachowanie i jego jakość. Samą pewnością też wiele nie możemy osiągnąć. Sedno sprawy leży w tym, by znać swoją wartość i nie przeceniać jej, ale także nigdy jej nie niedoceniać. W świetle tego, że nie ma żadnej obiektywnej miary ile wart (i czego wart?) jest człowiek, ja sam mogę ustalić swoją wartość, i to w dowolnych jednostkach.
Dlaczego się tak dzieje, że w miłości jestem tak bardzo pewien siebie? Jeśli chodzi o związek nie mam żadnych wątpliwości ile jestem wart, kiedy się przeceniam a kiedy niedoceniam. Zawsze jeśli popełniam błędy to mam ich świadomość. Przełóżmy to na społeczeństwo. Przełóżmy to na wszelkie relację z innymi.
Pewność siebie to nie tylko świadomość swojej wartości, ale także umiejętność stania przy niej. Oznacza to, że nikt nie może być w stanie wmówić mi, że jestem gorszy niż uważam, że jestem (pomijając problem braku skali).
Pewność siebie to także o wiele większa odpowiedzialność. Jeśli nie dam sobie narzucić odgórnie swojej wartości, to znaczy, że będę musiał potrafić o nią walczyć. Do tego zaś potrzebne są argumenty, by je zdobyć niezbędna jest z kolei praca. Wytrwałość i dyscyplina w narzucaniu sobie własnej marszruty musi być podstawą tego podejścia. Nie mogę wymagać od innych by wierzyli we mnie, jeśli sam w siebie nie wierzę. Droga przekonywania ludzi czynami jest trudniejsza (nie mówię, że zbyteczna, jestem daleki od tego), ale czasami (szczególnie wobec wspomnianego wyżej braku skali), może prowadzić do niepotrzebnej straty czasu (kiedy chcę udowodnić coś czynem, podczas gdy jestem tego pewien i równie dobrze mógłbym przekonać kogoś słowem), a niekiedy jest nawet nie możliwe (kiedy nie tylko brak skali ustalonej, ale nawet jakielkolwiek).
sobota, 30 września 2006
Przesłanki działań i decyzje
Czy to jest tak, że najważniejsze są fundamenty i to co leży u podstaw mnie, czy to jest tak, że pozory tworzą esencję mnie (czyli „esencja” nie istnieje). Z jednej strony moc autoafirmacji, która ma służyć zaaplikowaniu sobie z zewnątrz odpowiednich bodźców, odpowiednich „programów”, które mają zostać zasymilowane i odbijać w czynach mniej świadomych założenie przemycone w autoafirmacji. Z drugiej stony to jaki jestem naprawdę, moje wewnętrzne życie odbija to jaki jestem na zewnątz. Myślę, że jest to droga dwukierunkowa. Mogę odbierać i nadawać sygnały i jeśli te wrota są otwarte, to wrota te mogą służyć zarówno do nadawania jak i odbierania sygnałów.
Taka myśl: Nie sądź, że zło raz wpuszczone pod twój dach może pozostać pod nim niezauważone. Zło czające się w kącie, skrywane wstydliwie, kiedyś wyjdzie. Nie można stosować wybiórczej taktyki. Akceptować złe rzeczy i jednocześnie zaprzeczać, że mają na ciebie jakikolwiek wpływ. To jest główny argument przeciw Machiavelizmowi, jak sądzę. Nie można bratać się z szubrawcem dla osiągnięcia szczytnego celu, ponieważ nie można mieć pewności jaką rolę szubrawiec odegra w całym przedsięzięciu. To tylko przykład. Nie można robić złych rzeczy w imię dobra. Ta idea jest bardzo pociągająca i wydaje się atrakcyjna, jako że oferuje nam skrótowe przejście do dobrego celu, jako, że zazwczyaj bardziej radykalne, złe uczynki wydają się drogą szybką i bardziej skuteczną. Jednak tym sposobem można dojść do dużych absurdów. Jak daleko można się posunąć w służbie dobra? Jak wiele zła można uczynić czyniąc dobro, zanim szala nie przeważy się na drugą stroną i okaże się, że zrobiliśmy w efekcie więcej zła niż dobra? Nie traktuję tutaj dobra i zła w tradycyjnym zrozumieniu. Chodzi o zmienne, niezdefiniowane kategorie. Zatem droga na skróty nie jest w porządku. Oznacza to konieczność bezkompromisowych rozwiązań. Jeśli mam np. Zamiar nauczyć się angielskiego, to nie mogę udawać, że się uczę (nawet przed sobą), tylko robić to jak mogę najlepiej i najskuteczniej (tym bardziej, że wybór metod jest ogromny, a i świadomość ich istnienia nie jest ukryta). Myślę, że problemem nie jest układanie planów, ale ich wykonywanie. Rzetelna praca nad sobą i wyznaczonymi celami nie jest łatwa ani prosta. Jednak nie można jej zarzucić dążąc do perfekcji. Pytanie, czy dążenie do perfekcji jest na miejscu i warte wysiłku, jest kwestią osobną. Cóż jednak innego może być godne wysiłku i co innego jeśli nie to? Życie w szarości i kieracie nie jest żadną alternaywą. Utrzymywanie raz zdobytych pozycji to tkwienie w marasmie. Z drugiej strony mamy tylko upadek, czyli stopniowe staczanie się (lub gwałtowne).
Pozycja nr. 1. – Myślenie sercem. Jest to technika (no nie wiem), sposób dochodzenia do decyzji, rozważania problemów, opierający się tak samo na czysto logicznym osądzie co na emocjach. Z jednej strony należy rozważać wszelkie za i przeciw, kalkulować szanse i obliczać korzyści, jednak trzeba też zdać sobie sprawę, że rozum nie ma dostatecznej siły obliczeniowej by wszystko objąć. Tutaj wchodzą do akcji emocje. Ostatecznie należy mieć zawsze na uwadze także emocjonalny aspekt. Nie robić niczego „wbrew sobie”. Czasami to właśnie emocje zapewniają sukces. Weźmy przykład banalny: kupno laptopa. Rozważywszy wszelkie za i przeciw mogę stwierdzić, że taka zabawka byłaby bardzo przydatna i wygodna. Z drugiej strony oszczędność czasu (główny argument za), nie byłaby taka duża (biorąc pod uwagę, że takie urządzenie samo w sobie jest dużym pożeraczem czasu). Finansowo mógłbym sobie na to pozwolić, jednak z drugiej strony obecność jakichś oszczędności na koncie też byłaby mile widziana. Sprawa wydaje się patowa. Drąży mnie i wciąga, aż w końcu dla świętego spokoju kupuję laptopa, tylko po to by się przekonać, że miałem rację we wszelkich rozważaniach. Należy pamiętać, że 99% (jeśli nie 100%) wszelkich spraw nie ma konkretnego dobrego rozwiązania. Kupno laptopa może być dobre i może być złe, zależy kto to będzie oceniał i jakie kryteria weźmie pod uwagę (i nie jest to relatywizm). Tutaj wkraczają emocje. Wystarczy zastanowić się nad różnymi alternatywami i poczuć co ma dla mnie większą wartość. Posiadanie oszczędności, czy laptopa (w wielu wariaciach, kombinacjach itp.) Nie piszę tego by dać sobie odpowiedź na to pytanie, to miał być tylko przydkład. Funkcje, które miałby spełniać laptop (oszczędność czasu i mobilność nauki języka, i tego dziennika) może z powodzeniem spełnić karta SD (do tego przyda się do aparatu), jednak nie o to chodzi. Sedno sprawy tkwi w tym, by ostatecznie rozwiązać męczący problem i zamknąć go do czasu aż pojawią się nowe okoliczności.
Pozycja nr. 2. – Życie społeczne. Wyrażanie siebie jest jedyną drogą zaistnienia w społeczeństwie. Od tej strony, sięgam głębiej w temat niż poprzednim razem (broszura). Wyrażanie siebie jest takie jakim ja jestem. Dwie sprawy: Jak wyrazić siebie, oraz jak pracować nad sobą, by polepszyć życie społeczne i wyrażanie siebie?
Pracę nad sobą na razie odkładam. W jaki sposób zatem wyrażać siebie. Czasami próbuję uchwycić moment swojego stanu umysłowego i wyrazić go społecznie, jednak nie jest to dobra droga (zawsze uchwytuję tylko pustkę). Jeszcze nigdy nic z tego nie wyszło. Może jest tak dlatego, że wyrażanie siebie nie może być wyrażeniem siebie samego w sobie, musi mieć jakąś treść. Jaką treść bowiem może mieć „ja tu i teraz”? Ja tu i teraz jest pustką, ale ja w konkretnej sytuacji społecznej, w zestawieniu z osobą , wydarzeniem, konkretnym problemem może mieć już jakiś wydźwięk. Ja tu i teraz musi mieć nadaną treść, niczym samochód musi mieć paliwo by ruszyć, i pokazać swoje możliwości. Tego nie da się dalej teoretyzować, spróbuję.
Pozycja nr. 3. – Rzetelna praca. Została już wyłożona wcześniej. Rzetelna praca i bezkompromisowość. Jeśli chcę osiągnąć efekt muszę zaangażować wszystkie dostępne siły by ten efekt osiągnąć. Inaczej ryzykuję, że siły które angażuję utracę bezpowrotnie, jeśli mi się nie uda. Wszystkie dostępne siły nie mogą natomiast oznaczać wszelkich dostępnych środków. Ważne jest jak dochodzi się do celów. Nie tylko cel, ale i droga do niego określa człowieka i staje się jego częścią (niczym w protestanckiej etyce pracy).
Tym razem nie będzie nic o duchach, zjawach i problemach globalnych (bo niby dlaczego miałoby być).
czwartek, 28 września 2006
Podsumowanie niczego
Nadszedł czwartek w którym miałem przeczytać ostatnie dni i zrobiłem to. Pierwszy wniosek jest taki: Powtórzenia za powtórzeniami. Mało postępu widać w tym moim pisaniu, tak jakbym codziennie zaczynał wszystko od nowa. Jednego dnia moje mysli mają wyższe loty, innego trzymają się uporczywie ziemi, ale generalnie są bardzo podobne do siebie nawzajem. Czyżby alternatywą było trzymanie się uporczywie wątku tego czy owego, pieszczenie go i popychanie ciągle do przodu, czy to jeszcze byłby dziennik, a nie jakiś projekt kilku wątków? Trudne zadanie, zdefiniowanie czym jest dziennik. Chyba rozmyślam teraz trochę też o sensie prowadzenia dziennika. Odkrywania kieratu, pętli codzienności prowadzącej do śmierci.
Pisanie moje dla mnie, więc trochę też dla samego pisania, jeśli uznam (a uznaję), że nie wszystko jest takie potrzebne w tym dzienniku. Moim prawem jest jednak błądzić – zwłaszcza na prerii gdzie nie ma żadnej ścieżki (czy możliwe jest błądzenie tam gdzie nie ma drogi ani celu?). Pisanie dla pisania da się jeszcze przeżyć, ale potem się zmuszam, żeby to czytać, a to nie jest już takie przyjemne. W sumie dziennik może też pełnić funkcję zbiornika na pomyje. Mogę się w nim wygadać, wypłakać i wyżyć się, tylko po to by poczuć się lepiej. Nie chcę jednak używać swojej głowy w służbie jakiejś psychoterapii, chciałbym by służyła wyższym celom. Kiedy chcę się lepiej poczuć wolę posłuchać muzyki.
Pisanie dziennika, jak zauważyłem również ma taką funkcję zwiększenia pewności siebie. Działa to w ten sposób, że kiedy pomyślę sobie w ciągu dnia, że piszę dziennik, że oto sprawa warta zapisania wpadła mi właśnie do głowy – wtedy czuję się jakby lepiej. To trochę tak jakby te myśli nie były już skazane na całkowite wymarcie. Ku pokrzepieniu głowy – jej produkty znajdą swoje miejsce w tej cywilizacji, na dysku twardym komputera osobistego. Cóż za bełkot.
Cztery punkty niegdyś tak jasno wyznaczone (całkiem niedawno w pewną sobotę), zbladły całkkowicie. Wydawały się kamieniami milowymi na drodze do tożsamości, dzisiaj są tylko pustymi słowami. Wyparowały z nich emocje. Może być też tak, że udało mi się z nimi oswoić, skolonizować je na tyle, że jestem zdolny wspiąć się na kolejny szczebel myślenia, cokolwiek miałoby to znaczyć. Tyle, że nie wierzę w to za bardzo. Moją tożsamość określają w dużej mierze moje emocje (jeśli nie tylko one). Tematy jednak te, żyją jakimś życiem, własnym, wewnątrz mnie. Niektóre rzadko tylko wyglądają na powierzchnie, inne są bardzo aktywne, i mimo, że nie ma w nich już tyle emocji – jakoś mnie określiły na jakiś czas. Tylko nie wiem co z tego wynika.
Nie jestem gotów by przedstawić coś w stylu nowych czterych punktów, może takie periodyczne systematyzowanie wątków pomogłoby zrozumieć siebie. Mając na uwadzę moją sentymentalność i skłonność do ustalania wszelkiego rodzaju rytuałów (proszę, jak człowiek się uczy w dzienniku o samym sobie – kto by pomyślał?).
wtorek, 26 września 2006
Kalejdoskop
Moje zjawy i duchy nie zaprowadziły mnie tam gdzie chciały. Wiem to na pewno, bo nie zaprowadziły mnie nigdzie, a przecież gdzieś zaprowadzić mnie chciały. Zauważyłem je, ot co. Zauważyć jednak nie wystarczy, trzeba się nauczyć.
Moje sny także nie bardzo prowadzą mnie, skoro tylko je zauważam, rozważam, itd. Nic nie przynoszą mi. Powinny przecież.
Era samoorganizacji tkwi gdzieś tam, majaczy w oddali, we mgle. Czasami jest tuż tuż, by zaraz znaleźć się ledwo na horyzoncie (horyzont dał znać – nie przyjęli mnie).
Nawet Oil Peak nie jest ani wyjątkowy, ani przynoszący jakiejkolwiek korzyści. Po prostu jest. Jeśli jest przerażającą rzeczywistością – będę mógł powiedzieć „a nie mówiłem?”. Jeśli zaś jest mrzonką – jest mrzonką.
Reszty grzechów nie pamiętam – co świadczy o tym jak mało o nich myślę. Taki pesymista ze mnie.
Dość tego wodolejstwa – czas na wnioski. Byle szybko, byle prędko. Trzeba coś wpisać we wnioskach, by praca nie poszła na marne, albo tak wyglądało. Wniosków dzisiaj nie będzie – pies je porwał.
Wiem, że nie ma co się dołować, nie dołuję się. Byłem dzisiaj na basenie, słuchałem szumu wody w uszach, słuchałem go przez cały kilometr pływania. 1000 metrów wyrównywania oddechu po dniu pełnym stresu. Kilometr przebyty w tą i z powrotem, tylko po to, by uciec od myśli, których nie chcę myśleć. Czasami, jak właśnie dzisiaj nazywam to po imieniu. Innym razem nazywam to relaxem, odstresowaniem się (wiem, że nie ma takiego słowa i co z tego). Ten sam shit.
Trochę mi w głowie dzisiaj moich wierszy siedzi. Dawno nie napisałem nic rymowanego. Taki się czuję ponowoczesny, aż do bólu ostatnio. Nie chcę się taki czuć. Zawsze uważałem, że nie wstrzeliłem się w swoją epokę. Być może, jest to tylko kolejne oszustwo by usprawiedliwić się. Dlaczego mi nie wyszło? Bo nie wstrzeliłem się w swoją epokę.Co za nonsens. Że niby miałem się urodzić w innej, czy co. Zupełnie nie w moim stylu, libertyńskim, przypadkowym miejscem urodzenia. Jeśli jestem tu przypadkowo to każda epoka jest tak samo moja jak nie moja. Tylko nie napiszę, że tylko odemnie zależy jak to wykorzystam bo rzygać mi się chce od tego ile odemnie już zależy.
Ostatnio taka myśl: (dzisiaj już ostatnia) Mam prawo. Mam prawo do kilku rzeczy jeśli chodzi o zewnątrz mnie, ale przedewszystkim mam prawo wewnętrzne. Przed sobą – samym sobą – mam prawo przyznać się do wszystkiego. Wszystko mogę sobie powiedzieć i sobie zrobić. Jestem jedynym który się osądzi i skaże, więc jestem ponad wszelkim zewnętrznym prawem w sobie. To daje całkiem niezłą odpowiedzialność i wolność (przeklęta para). To taka myśl. A inna taka: Kiedy ja to wszystko przeczytam? W czwartek.
Kalejdoskop znowu się zakręci tej nocy. Może tym razem postawi wszystko na TAK. Tego sobie życzę na jutro (więc jednak nie taki pesymistyczny).
środa, 20 września 2006
Kierat
Jak uchwycić nić myśli, która mogłaby mnie zaprowadzić do samego siebie? Czy mam wsłuchać się w moją wyobraźnie, czy mam napisać wiersz, czy może mam przemyśleć wszystko to od początku? Nic nie mam, i nic nie muszę.
Wszystkie wielkie myśli z ostatniego okresu: Sen, Śmierć, Cywilizacja, Osobowość społeczna, jakoś mi zbladły po sobotnim wyłożeniu ich sobie. Mają jeszcze trochę pazura w sobie, może czekają gdzieś na kolejny etap, może jeszcze nie czas na nie.
Mimo, że jest ciągle ciepło, ja już czuję jesień, to jest we mnie, jesień zawsze znajduje szybką drogę do mojego serca. Może zresztą sam jej szukam. Jesień jest taka bardzo specjalna, spokojna, moja...
Jeśli dzisiejszy dzień miał jakiś kolor to byłby to blado-niebieski, bez mocniejszych akcentów. Nawet dosyć miły, ale nic ciekawego.
Ale mi się akapituje. Rozwątkowany ten dziennik dzisiaj, bez ciągu. Szukam tej nici...
Czekanie zdominowało mnie trochę. Czekanie na Katowice, Październik, Angielski i inne takie. Czekanie na życie bez tego zgniłego domu. Czekanie na cokolwiek, szukanie pracy, życie. Każda chwila zbliża mnie też do coraz większych zmian. Zmian, kroków, które dojrzewają w mojej głowie... Nic o nich nie napiszę.
A to zaklęcie o którym już kiedyś pisałem, może lecieć też tak: Dla mnie liczę się tylko ja. Może tak brzmieć, dlaczego nie. Biorąc pod uwagę te szalenie odkrywcze prawdy z soboty, może to wiele pomóc. Szkoda że nie w zrozumieniu, a jedynie w przeżyciu. Raczej jako założenie jakieś, paradygmat.
sobota, 16 września 2006
Cynizm
Ktoś powiedział (Florian Znaniecki), że nie ma wyborów w sensie świadomego ważenia za i przeciw. Jest tylko to co nam się podoba i tylko to w efekcie wybieramy. Tyle przykładów na to mogę podać z mojego życia, że na pewno nie będę się sprzeczał. I to, że każdy dba tylko o siebie i jest dla siebie najważniejsza osobą pod słońcem. To też. To też co? To też ten, kto z tego zda sobie sprawę ma ułatwione zadanie. Zadanie, jak już wiemy polega tylko na tym, by dbać o siebie. Jakimś cudem (cud ten zwie się ludzka głupota), każdy z nas myśli, że jest pępkiem świata, i każdemu się wydaje, że inni są skłonni przyznać mu rację, jeśli ich się dobrze przestraszy/udobrucha/przekupi/zadziwi (niepotrzebne skreślić). Jeśli właściwie głęboko utkwi we mnie ta prawda, i jeśli będę jej świadomy, mam przewagę nad resztą. Mam przewagę wynikającą z tego, że mogę tą przypadłość (złudzenie) wykorzystywać do swoich celów. Jeśli do tego będę to robił zgodnie z nakazami mojej etyki i w zgodzie z samym sobą, to jest spora szansa, że polepszę warunki swojego bytu na ziemi. To czy warto to robić i się starać w tym kierunku zamiast położyć się na łóżku i patrzeć w sufit nie stanowi większego problemu, skoro działanie wybieram nad bezczynność, a żadne sensowniejsze działanie nie przychodzi mi do głowy.
czwartek, 14 września 2006
Być sobą. Ale z nimi?
Podoba mi się jednak trochę myśl zawarta w tej broszurze i zamierzam ją przeczytać jeszcze raz i może jeszcze jeden. Niech będzie to dla mnie jakąś nauką. Zauważyłem bowiem, że wiele rzeczy tam zawartych wzbudziło we mnie wręcz wstręt (np. Układanie sobie stosunków z innymi ludźmi). Już nie chodzi nawet o wstręt do manipulacji innymi, tym akurat nie przejmuję się zbytnio. Chodzi o moje odwieczne pytanie, na ile pozostanę sobą, jeśli podporządkuję moje działania temu, by podobać się innym. Na końcu broszury jednak jest kilka pocieszających zdań o tym, że nie można robić niczego wbrew sobie, i nie można rozdawać pustych pochlebstw. Pewnie jest w tym dużo racji. Jednak trohę będę musiał poradzić sobie z moją dumą i naturalnym pędem do interesowania się tylko sobą, by móc zastosować którąś z tych technik.
Ludzie są najważniejsi – przypomniałem sobie dzisiaj tą myśl. Zapewne, to zależy oczywiście od nastawienia, ale cóż innego może być ważniejszym od ludzi?
Szukanie. W pracy bardzo dużo szukam – najpierw dowiadujesz się czego szukasz, potem gdzie to znaleźć, następnie wyszukujesz alternatywy i na końcu po prostu wybierasz najlepszą. Dosyć trudne do zastosowania jeśli chodzi o głupie kawałki materiałów do produkcji wkładek. Pewnie trochę trudniejsze, jeśli nie niemożliwe jeśli przyjdzie szukać sensu życia. Ale kto zajmowałby sobie tym głowę.
Obecnie czuję się jakby trochę lepiej. Czuję się trochę pewniej. Trochę to też wzbudza lęk. Wiadomo, że większa odpowiedzialność i większa pewność niosą za sobą zagrożenia, ale staram się nie przejmować tym i nie pozwolić temu lękowi zapanować nad biegiem wydarzeń. Pewnie mam już odkryte w mojej głowie większość pomniejszych zasad i zasadzek, pozostaje je zignorować i po starać się żyć normalnie. To miało być zabawne.
wtorek, 12 września 2006
Wypieranie
poniedziałek, 11 września 2006
Wątpliwości
Napisałem wczoraj jeden z tych dziwnych wierszów. Podoba mi się, chociaż go za bardzo nie rozumiem. Wiem jednak, że takich wierszów nie usuwa się zbyt pochopnie (nie powinno się ich usuwać zbyt pochopnie). Jakie znaczenie będzie miała jakakolwiek notka biograficzna? Żadnego. O wiele bardziej interesuje mnie to, co myślałem w danym dniu niż to co mi się wydarzyło.
Nie mam żadnych limitów. Staram się nie mieć żadnych limitów. To nie w stylu Zaratustry.
Zdecydowałem, że powinienem pisać dalej. Dlatego, że to są moje myśli, które zasługują na przelanie, nawet gdy nie są zbyt wydarzone. I tak na końcu sam zdecyduję które i czy wogóle jakieś znajdą trochę miejsca dla siebie w mojej przestrzeni przeznaczonej dla innych. Moja przestrzeń przeznaczona dla innych to trochę enigmatyczne określenie, ale nic nie szkodzi dopóki tłumaczy się samo przez się, a tak to jest właśnie. Jeśli kiedyś nie zrozumiem jego sensu, przestanę rozumieć siebie, a to będzie początek końca. Poczułem potrzebę teraz poczytania Zaratustry więc może już skończę to pisanie na dziś.
niedziela, 10 września 2006
Interpretacja snu o mieście
Karawana. To udało mi się chyba najlepiej odgadnąć. Karawana to ludzie bez celu, którzy budują swoje cele. Zbierają zapasy, pieniądze i dobra by przetrwać podróż, której celu nie znają. Chcą dotrzeć do normalnego świata, ale nie wiedzą nawet w którą stronę mają iść. Oszukują się więc nawzajem, że szykują wyprawę do normalności, i to oszustwo samo w sobie pomaga im przetrwać i poczuć się lepiej. W rzeczywistości karawana to państwo, kościół (podróż do normalnego świata w tym wypadku to podróż do raju), wszelkie formy organizacji się ludzi tylko i wyłącznie w celu zbiorowego samooszukiwania się.
Dziecko to filozof. To człowiek, który jest na tyle czysty i niewinny, że potrafi widzieć rzeczy takimi jakimi są. Tą sztukę posiada tylko dziecko, niczym w trzeciej przemianie ducha Zaratustry. Chłopak z karabinem to przedstawiciel cywilizacji śmierci, który zobaczył w dziecku coś interesującego i w swojej arogancji próbuje mu pomóc na jedyny sobie znany, ochydny sposób. Starzec to specyficzny rodzaj człowieka. Starość kojarzy się z mądrością i doświadczeniem, tymczasem ten starzec nie jest mądry. Ten starzec przyjął i zaakceptował realia cywilizacji kannibali. W rzeczywistości także istnieją tacy ludzie. Chodzi mi tutaj o ludzi, którzy mimo swojego wieku, czy doświadczenia służą śmierci. Działa to szkodliwie na dwa sposoby. Po pierwsze samo ich działanie jest ochydne, po drugie swoim wiekiem i pozorną powagą dają uzasadnienie idiotycznym zasadą i nienawiści.
Ucieczka dziecka to piękny symbol próby oderwania się i wyzwolenia z ciężkich realiów świata kannibali. Płot i skarpa a pod nia morze symbolizuje koniec znanego nam świata mentalnego. Za nim nie istnieje nic. Pustka pochłania śmiałków, którzy chcą poszukać normalności w jej otchłani. Czy zatem alternatywy jakie nam pozostają to uczestniczenie w cywilizacji śmierci, w karawanie donikąd, lub zagubienie się w pustce? Uśmiechnięty dorosły pokazuje dziecku inną drogę. Drogę za płotem, który jest symbolem naszych osobistych ograniczeń, a otchłanią. Cienka linia nie pozostawia wiele pola do manewru, ale pozwala uciec z ochydnej rzeczywistości i ratuje przed otchłanią (oraz przed pogonią kannibali, którzy mają zamiar zmusić cię do tego byś pozostał jednym z nich).
środa, 30 sierpnia 2006
Sen o mieście młodych
Wczoraj ta pani powiedziała dużo innych ciekawych rzeczy. Z niektórymi się zgadzałem, z innymi mniej (pewnie, że wiem, że to zdanie niewiele znaczy), opisywać je wszystkie niesposób.
Sen który miałem dzisiaj był... brakuje mi słów. Był to jeden z tych snów, które miały całkiem dobrze poskładany wątek. Żyłem w mieście degeneratów. To było jakby państwo zapomniane przez cywilizacje. Całe społeczeństwo składało się z młodych ludzi, podzielonych na 4-6 osobowe grupy, każda z nich krążyła po mieście, a raczej jego ruinach pełna agresji i gotowa do walki z inną grupą w każdej chwili. Niektóre z tych grup miały broń palną i te były szczególnie groźne. Rozpoczynały strzelaniny z byle powodów i zabijały ludzi bez skrupułów. Moja grupa nie była uzbrojona. Walczyliśmy tylko na pięści, dlatego też staraliśmy się omijać tych z pistoletami. Wdaliśmy się w jedną z bójek, a obok nas walczyły dwie inne grupy. W jednej z tych grup znajdowała się dziewczyna. Jej grupa także nie miała broni, natomiast przeciwnicy naszych grup byli uzbrojeni. Zaczeli do nas strzelać – po kilka osób z naszych grup zginęło. Uciekaliśmy przed latającymi nabojami, i tak nasze grupy (moja i tej dziewczyny) natknęły się na siebie. Nie zważając na wspólne zagrożenie między resztkami naszych grup zaczęła się pyskówka, i mimo, że uciekaliśmy w tym samym kierunku walczyliśmy także ze sobą. Resztki mojej grupy znalazły schronienie na małej wysepce, po przepłynięciu rzeki. Dziewczyna, która już została sama ze swojej grupy, była bardzo dumna i próbowała nas dogonić wpław. Przekonywała nas, że jest bardzo dobrą pływaczką, ale trenowała na basenach, a tam jest zupełnie inna woda. Kiedy w końcu dopłynęła do nas – przyłączyła się do naszej grupy. Od tej chwili jedynym naszym celem było wydostanie się z tego piekła. Widzieliśmy zorganizowane karawany, które miały wyruszać w podróż do normalnego świata. Jednak udział w tych karawanach był bardzo drogi, a my nie mieliśmy pieniędzy. Inną drogą wydostania się stamtąd było przeskoczenie dużego płotu, zwienczonego drutem kolczastym. Trudność polegała na tym, że za tym płotem, była duża przepaść, a na jej dnie była woda. Niewielu śmiałków przeżywało upadek do tej wody, a najlepszy z nich podobno przebył połowę drogi do normalnego świata zanim utonął. Zatem droga ta była beznadziejna.
W tym momencie przestałem być sobą w tym śnie, i jak czasami mi się zdarza zacząłem obserwować wypadki w trzeciej osobie. Widziałem małego chłopca, który także nie potrafił się znaleźć w tym świecie agresji. By przeżyć i nie dać się zabić, odpowiadał zuchwale na zaczepki, ale tak naprawdę nie czuł nienawiści. Dojrzał go jakiś starszy chłopak z karabinem Uzi w dłoni. Kazał mu podejść i nie wiedzieć czemu postanowił mu pomóc. Powiedział mu, że nauczy go tajemniczej sztuczki, jak nie być głodnym w tym piekielnym mieście. By zademonstrować, że mówi prawdę pokazał chłopcu kilku ludzi. Wśród nich był jedyny starzec jakiego widziałem w tym śnie człowiek ten, w odróżnieniu od innych nie był wychudzony. Starszy chłopak spytał się starca czy jest głodny. Starzec powiedział, że ani trochę, na co tamten skinął głową z zadowoleniem. Widziałem, jak duży chłopiec pokazał małemu jak nie być głodnym w mieście nienawiści. Pokazał mu, jak wiele trupów codziennie leży na ulicach, jak trzeba je przyrządzać. Widziałem jak na twarzy małego chłopca maluje się przerażenie i wstręt. Duży chłopiec widząc to, pokazał mu swój karabin i powiedział, że ta tajemna sztuczka jest dopóty bezpieczna dopóki każdy kto ją zna, także ją stosuje. Po czym kazał małemu zjeść odciętą rękę trupa. Mały niewiele myśląc rzucił się do ucieczki. Widziałem jak próbował dostać się do karawany, ale tamci byli nieczuli i zatwardziali. Bez pieniędzy nie ma szans. W końcu udało mu się jakoś umknąć pogoni. Myśląc, że ściga go tylko jeden chłopak, miał nadzieje, że zginie w tłumie i już nigdy się nie spotkają, albo tamten zdąży zapomnieć o nim. Spotkał jednak swojego kolegę, który był w tym samym wieku. Kolega powiedział mu, że pół miasta go szuka i lepiej byłoby, gdyby ukrył się gdzieś na dłużej. Mały chłopiec jednak słysząc to wiedział już co ma zrobić. Pobiegł w stronę płotu zwieńczonego kolczastym drutem. Jego kolega próbował mu wyperswadować zamiar skakania do wody, mówił coś o śmiałkach, którym się nie udało, jednak mały był zdecydowany skakać. Wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Nadszedł jedyny dorosły człowiek, którego widziałem w tym śnie (nie licząc starca). Był to mężczyzna, który emanował tym, że był z normalnego świata. On był po prostu normalny. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że przypominał tatę Ani, Antoniego (z wyglądu). Nie pamiętam co powiedział do tych chłopców, pamiętam tylko, że ciągle się uśmiechał i niczym się nie przejmował. Wyciągnął kawał muru, tak jakby miał tam wykute specjalne, tajemne wejście o którym nikt nie wiedział (Mam silne wrażenie, że nie wiedział o tym także nikt z normalnego świata), przeszedł na drugą stronę płotu i trzymając się krawędzi poszedł wzdłuż niego aż zniknął chłopcom z oczu. Mały chłopiec niewiele myśląc także otworzył sobie to miejsce i przeszedł na drugą stronę. W tym samym czasie chłopcy usłyszeli odgłosy pogoni. Mały chłopiec nie wiedziąc jak zamknąć przejście (był to był kawał oderwanego tynku), poprosił o to swego przyjaciela. Ten zatkał przejście, po czym udawał przed pogonią, że nie widział małego. Co dalej działo się z nimi – nie wiem. Sen się skończył.
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
Czy lubię się zmieniać?
To tak samo, jak stwierdzenie, że to co tutaj napisałem to coś więcej niż zwykły bełkot, a jednocześnie mniej niż sensowny wywód. Dobranoc.