Chyba cos jakby obudziła się wyobraźnia. Wracając do emocji; widzę wiele powiązań i ważnych problemów wynikających z nowego podejścia. Przedewszystkim chodzi mi o czas, czyż nie? Czas, który na przykład musiałbym zmarnować (no właśnie-to słowo już świadczy o moim słabym współczynniku reformowalności) na rozwijanie tzw. kontaktów społecznych. Inna sprawa czy tego naprawdę chcę, czy to jest to czego potrzebuję. Jeśli zaś (a przecież tak się stało wczoraj) stwierdzę, że tak właśnie jest, to muszę odżałować ten czas. Co więcej (dużo więcej), muszę sam siebie przekonać, że ten czas nie tylko nie jest marnowany, ale, że jest wykorzystywany z dziką rozkoszą i posuwa mnie (zaiste) naprzód.
Przedewszystkim nie mogę (tak piszę nie mogę, muszę, powinienem, wiem, że nie powinienem, ale czasami trzeba [wiem, że nie]) stwierdzić, że oto znalazłem problem, znalazłem rozwiązanie i mogę dać sobie spokój. W ten sposób zarzucę wszystko do czego doszedłem z takim trudem (oj, żebym sie nie przemęczył), w myśl zasady (nie ma żadnych zasad); jeśli nie idziesz naprzód to się cofasz.
Czy jest sens ustalać, czy cokolwiek z tego co udało mi się osiągnąć ma jakiś sens? Oczywiście, że nie. Po pierwsze brakuje kryteriów, a po drugie jeszcze mógłbym odkryć, że nie ma.
niedziela, 15 października 2006
Bez oparcia
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz