piątek, 31 grudnia 2010

Dlaczego?

Mając to pokazane, co mogę zrobić, wiedząc, że myśli wyższego stopnia mogą modelować myśli niższego stopnia (nigdy na odwrót). NLP na przykład jest na samym końcu łańcucha, a rewolucjonizuje moje życie.
Dzisiaj usłyszałem jak Bandler mówił (tłumaczenie bardzo rozmyte):
"Często ludzie czekają aż wydarzy się coś co wprawi ich w dobry nastrój, czasami próbują wywołać coś, co będzie w stanie to zrobić, ale prawda jest taka, że jeśli nie jesteś w stanie wygenerować pozytywnego uczucia, to nic nie jest w stanie go u ciebie wywołać. Prawidłowa kolejność jest taka, że najpierw ty czujesz się dobrze, a potem wywołujesz pozytywne wydarzenie".
Myślę, że dzieje się tak dlatego, że:
Pozytywne emocje nie są wywoływane przez to co nas spotyka, to są tylko nasze reakcje na to co nas spotyka. Może i reakcje są uwarunkowane, ale uwarunkowanie można przerwać, zmienić, odwrócić zrobić z nim co tylko chcesz. Równie dobrze możesz sobie odpuścić ten wysiłek i wywołać uśmiech od zaraz, ponieważ uśmiech jest w stanie modelować twoje myśli, a one modelują twoje emocje, a one modelują twoje samopoczucie.
Nie wydaje mi się, by określenie dlaczego robimy to co chcemy było trudne. Zrobiłem to powyżej. Czasami jednak zdarza się, że robimy coś, czego — jak się nam wydaje — nie chcemy. Moim zdaniem dzieje się tak wtedy gdy występuje konflikt dwóch czynników motywujących. Na przykład jeśli wiesz, że coś jest dla ciebie dobre w dłuższym terminie, np zdrowe odżywianie się, a coś innego jest dobre tylko w krótkim terminie, np zjedzenie tabliczki czekolady, to występuje konflikt terminów. Naturalna dla człowieka preferencja czasowa będzie zawsze pchać nas w kierunku bliższego terminu, a tzw rozsądek jest oczekiwaniem dobrego rezultatu w dłuższym terminie.
Kolejnym problemem jest dychotomia emocjonalnego mechanizmu podejmowania decyzji. Z jednej strony uciekamy od cierpienia, a z drugie dążymy do szczęścia. Może się zdarzyć, że ucieczka od dużego i długiego cierpienia w długim terminie nie przeważy ucieczki od mniejszego cierpienia w krótkim terminie (np pójście do dentysty), albo dążenie do krótkoterminowej większej przyjemności, którą natychmiast zastąpi duże cierpienie przeważa dążenie do długoterminowego braku tej przyjemności i braku cierpienia (zachowania kompulsywne).
Jakie wnioski?
Zgodnie z tym co mówi Bandler: "Rather than doing something out of desperation - you should do everyghing out of fascination."
1. Jeśli możemy coś zrobić uciekając od cierpienia bądź dążąc do przyjemności, zawsze wybieramy to drugie.
2. Jeśli nie masz pojęcia jakiego zakończenia CHCESZ, może się okazać, że sam doprowadzisz do zakończenia jakiego NIE CHCESZ. Dlatego jedną z najważniejszych rzeczy jest wiedzieć czego się CHCE. Wtedy konflikt terminów będzie występował bardzo rzadko.
3. Modelując swój nastrój tu i teraz nigdy nie bądź zuchwały. Nie oczekuj, że w sekundę z ponuraka zmienisz się w wesołka. Zamiast tego ja mówię sobie: "Jestem pewien, że mogę zmienić swój nastrój o odrobinkę, poczuć się troszeczkę lepiej, założyłbym się, że tyle potrafię". Wszystkie emocje działają jak sprężenie zwrotne (najlepiej to widać na przykładzie strachu), więc jeśli tylko znajduję się na dobrej drodze, tworzę pętle, która po pewnym czasie sprawia, że moje samopoczucie przerasta moje najśmielsze oczekiwania!

piątek, 17 grudnia 2010

Moje GTD przed rozpoczęciem GTD

Jak głodny człowiek czasem zatrzyma się nad smacznym posiłkiem, jeszcze przez chwilę chcąc się delektować swym łaknieniem, wspaniałym widokiem jedzenia i jego zapachem, które nigdy nie są tak pociągające i cudowne jak w tej chwili, tak ja piszę dzisiaj.
Kiedy byłem małym chłopcem...
Chodziłem z głową w chmurach. Czasami nostalgia znajdywała mnie wkładającego skarpetkę i tak mogłem siedzieć ze skarpetką w ręku, aż mama nie wpadała z krzykiem do pokoju, że przecież już powinienem wyjść do szkoły. Innym razem wychodziłem do szkoły bez tornistra albo w pidżamach. Byłem marzycielem, pisałem wiersze od wczesnej podstawówki i miałem mnóstwo wspaniałych pomysłów w głowie. Nigdy nie przejmowałem się przyziemnymi sprawami i nie było to w 100% zasługą beztroskiego dzieciństwa, bo wielu ludzi uważałoby je za trudne. Po prostu miałem to wszystko gdzieś.
Potem skończyłem studia i z paniką w oczach stwierdziłem, że czas zabrać się "za życie". To była zła decyzja. Zatrudniłem się i trudnię się bardzo do dzisiaj. Zamiast robić coś co kocham — pracuję.
Na szczęście nie dałem się pozbawić talentu do wybierania sobie lektur. Dzięki temu udało mi się trafić na kilka bardzo dobrych książek i parę świetnych blogów. Uświadomiono mi tam, że tak być nie musi do końca mych dni.
Zacznę od tego, że podstawowym celem zawsze było i jest podniesienie jakości życia, satysfakcji, głodu życia i dobrego humoru. Nie obchodzi mnie "oszczędzanie czasu" ani zdobywanie pozycji społecznej, a pieniądze interesują mnie jako wyznacznik tego, że żyję produktywnie. Oczywiście pracuję nad tym by produktywność szła w parze z pasją, ale po kolei...
Na poważnie zainteresowałem się technikami organizacji życia, kiedy na dobre zdałem sobie sprawę, że tym co mnie hamowało nie był brak czasu ani zasobów, ale różnorodność spraw ścigających mnie każdego dnia. Teraz widzę, że ilość zobowiązań i wyzwań w pracy oraz tych, jakie brałem na swoje barki po pracy, zwyczajnie przewyższały moje możliwości.
Pierwszym systemem jaki próbowałem zastosować był zwykły książkowy kalendarz. Próbowałem tam zapisywać rzeczy, które planowałem wykonać. Niestety metoda ta okazała się totalnym niewypałem:
  1. W kalendarzu zwykle zapisujemy to co się dzieje na bieżąco i potem bardzo trudno jest zebrać wszystkie informację dotyczące jednego projektu/sprawy. Są one porozrzucane w iluś tam częściach w przypadkowych odstępach czasu.
  2. To co zapisujemy zostaje na zawsze. Nie możesz niczego zmienić - musisz ciągle dopisywać nowe informacje. Potem bardzo trudno dotrzeć do tego co aktualne, a co już nie. Czasami jakaś informacja jest ważna, potem wydaje się mało ważna, by potem znowu się okazać ważną. Wyobrażasz sobie więc jak wygląda to na papierze.
  3. Podstawową wadą kalendarza książkowego (i jak się potem okazało niemal wszystkich innych moich późniejszych systemów), było zbyt łatwe uleganie skłonności do przeceniania swych możliwości w przyszłości, co w połączeniu z preferencją czasową, zamiast do wykonania zaplanowanych czynności, prowadzi do frustracji i poczucia bezradności.
  4. Zadania ważne i błahe mieszają się ze sobą. Brak wyraźnego rozróżnienia co jest ważniejsze, prowadzi do mieszania priorytetów, co potrafi być bardzo deprymujące. Np. Założyłem sobie codzienne 30 minut nauki obcego języka, i utrzymywałem tę dyscyplinę przez dwa tygodnie. Jednak pewnego dnia zwyczajnie zabrakło mi czasu i miałem wybór - ostatnie 30 minut poświęcić na naukę języka lub na dokończenie pewnego projektu. Gdybym miał wyraźnie określone priorytety wiedziałbym, że w tym przypadku dokończenie projektu jest absolutnie ważniejsze, ale stojąc przed dwoma równorzędnymi zadaniami, może się wydawać, że opuszczenie 30 minut nauki zaprzepaści całe dwa tygodnie żelaznej dyscypliny, a projekt równie dobrze można dokończyć w dniu następnym.
  5. Skomplikowane zadania, które wymagają wykonania kilku innych złożonych zadań są absolutnie nie do ogarnięcia w tym systemie. Efektem jest to, że nie możesz mieć w tym samym czasie więcej niż 1-2 skomplikowanych zadań, bo zwyczajnie ich nie ogarniesz, lub ogarniesz w stopniu niewystarczającym.
Drugą desperacką próbą uporządkowania mojego życia był kalendarz w Outlooku. Niestety jego wyższość polegała tylko na tym, że teraz mogłem nadpisywać wydarzenia, więc nie musiałem się po sobie doczytywać. Wszelkie inne wady nowy system przejął od starego.
Wtedy odkryłem listę zadań w Outlooku. To był znaczący krok naprzód. Teraz miałem szczegóły każdego problemu w pojedynczym zadaniu, nadpisywanie oraz niezależność od sekwencji dni. Niestety nierealistyczne założenia ciągle dawały się we znaki. Do tego brak możliwości rozbicia zadań na kilka podzadań wymagał skomplikowanych zabiegów edycyjnych, co spowalniało cały proces. No i nadal nie stosowałem priorytetów. Okres ten wspominam bardzo niemiło. Ciągle "brakowało mi czasu", próbując wykonać wszystkie narzucone sobie w przypływie niepoprawnego optymizmu zadania zaniedbywałem sprawy najważniejsze.
Wtedy natknąłem się po raz pierwszy na profesjonalne opracowania systemów organizacji życia. Największym przełomem wtedy był dla mnie kwadrant priorytetów S. Cove'a. Po przeczytaniu The Seven Habits of Higly Effective People, zrozumiałem, że moje próby uporządkowania życia wprowadziły wiele szkodliwego chaosu. Niestety narzędzia jakimi się posługiwałem przestawały mi wystarczać. W tym czasie przeszedłem na RTM i Astrid, ale skomplikowane procesy synchronizacji, które gubiły całe zadania sprawiały więcej problemów niż przynosiły pożytku. Pewnego dnia stwierdziłem, że potrzebuję porządnego systemu do zarządzania czasem i poświęciłem około sześciu godzin na ściąganiu triali, freewarów, sharewarów, próbowaniu systemów online i wszystkiego co internet ma do zaoferowania w tej dziedzinie. Byłem gotów zapłacić sporą sumę jeśli znalazłbym coś co posiadałoby wszystkie wymagane funkcje. Okazało się, że nie muszę. Darmowy program ToDoList okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego największą zaletą jest elastyczność. Wielość funkcji na początku przeraża, więc od razu prawie wszystkie wyłączyłem :) Dodałem z biegiem czasu tylko te, które wydały mi się niezbędne i teraz mam naprawdę skromną, działającą "z pendriva", szybką i wszechstronną aplikację do zarządzania swoim życiem.
Oczywiście, nawet najlepsza aplikacja nie zastąpi zdrowego rozsądku, a teraz nawet uważam, że mógłbym równie dobrze zorganizować się za pomocą luźnych kartek papieru i ołówka. Po prostu teraz wiedziałbym jak się do tego zabrać.
Od pewnego czasu zaobserwowałem bardzo pozytywne zmiany w moim życiu. Doba ma na szczęście nadal aż dwadzieścia cztery godziny, a ja przesypiam osiem z nich. Niemniej uporządkowanie wszystkich spraw sprawiło, że mogę wykorzystywać bardziej efektywnie pozostałych szesnaście godzin. Co więcej, jestem w stanie zarządzać wieloma skomplikowanymi projektami równocześnie, uwalniając swój mózg od pamiętania o uciążliwych detalach, datach, szczegółach itp. Dzięki temu mogę znowu, jak za dawnych czasów chodzić z głową w chmurach, nastawiony absolutnie na kreatywność i dobre samopoczucie. Z tą różnicą, że tym razem jest lepiej - nie ponoszę negatywnych konsekwencji. W takim momencie zabieram się za czytanie Get Things Done i jestem pewien, że nauczę się wiele z tej książki.

czwartek, 9 grudnia 2010

Trochę o emocjach

Co zrobić by wszyscy mnie lubili, chcieli ze mną przebywać, a świat otworzył przedemną wszystkie drzwi swych możliwości?

- Poczuć się dobrze.

Jeśli chcesz by ludzie naprawdę cię polubili, musisz zdać sobie sprawę z tego, że nie potrzebujesz żadnych związków (nie chcesz być związany), nie potrzebujesz także wskazówek ani instrukcji (kto lubi by mu wskazywano lub go instruowano?), nie są ci potrzebne sztuczne uśmiechy ani tematy konwersacji. Ogólnie możesz spokojnie odrzucić wszystko co jest rzeczownikiem, ponieważ rzeczowniki udające czasowniki są tylko imitacją procesów, a my potrzebujemy właśnie procesów. By inni cię lubili musisz lubić siebie – to jest fundament. Musisz lubić innych – to ściany. Musisz szczerze cieszyć się obcowaniem z sobą i innymi – to dach. Reszta to upiększenia i udziwnienia.

Wszelkie poradniki i książki typu „100 sposobów by być szczęśliwym” przekazują nam wiele technicznych informacji jak „powinniśmy” działać by osiągnąć cel. Ludzie zwani autorytetami tylko dlatego, że przez X lat powtarzali jakieś memy za innymi autorytetami, pouczają nas i pokazują jak powinien wyglądać świat. Tymczasem wszelkie te informację to kognitywne wynurzenia, zero-jedynkowe prawdy lub fałsze, których nikt nigdy nie zweryfikuje w praktyce, ponieważ każdy z nas jest człowiekiem, a nie maszyną. Dosyć sprawnie tworzymy konstrukty rzeczywistości w naszych głowach, wirtualne rzeczywistości, gdzie logiczne następstwa zdarzeń są przewidywalne. Jednak świat wydaje się być: nielogiczny, niesprawiedliwy i nieuporządkowany. Być może chaos jakiego doświadczamy ma jakiś nadrzędny porządek, którego nie jesteśmy w stanie objąć, być może obejmą go fizycy w którejś kolejnej genialnej teorii. Tu i teraz jednak jesteśmy skazani na nieodnalezienie się w bezmiarze bezładu.

Dlatego jeśli chcesz naprawdę polepszyć jakość swego życia i sprawić by było dla ciebie radością i szczęściem, miast pasmem klęsk, jest na to dobry sposób: Znajdź go sam. Wszystko co musisz zrobić to wsłuchać się w swój emocjonalny mechanizm, który to kieruje twoim całym życiem, by znaleźć odpowiedzi na pytania:

1) Które rzeczy kocham robić tak bardzo, że będę je kochać robić, nawet jeśli będą mi za to płacić?

2) Których z tych rzeczy jestem w stanie nauczyć się robić tak dobrze, by uzyskać bardzo duży przyrost efektywności w stosunku do wydatkowanych zasobów?

Te dwa pytania z grubsza pozwalają na wybór dobrej drogi życiowej kariery. Oczywiście nie odpowiadamy na nie raz na zawsze, ale co jakiś czas weryfikujemy swe odpowiedzi, być może coś się zmieni, pojawią się nowe okoliczności, odkryjemy w sobie inną pasję?

Generalnie żyć dobrze jest zadaniem tak prostym, że aż obraża nasz intelekt. My potrzebujemy skomplikowanych, finezyjnie ułożonych, misternie zaprojektowanych, genialnych sposobów na to i tamto, a tak po prostu poczuć szczęście BEZ POWODU, to potrafi byle idiota. Często słyszymy, że ktoś jest „zwolennikiem prostych rozwiązań” – to w naszym społeczeństwie jest niemała obraza. Zwolennik prostych rozwiązań to pewnie prostak. Szukamy autorytetów, które mają dla nas skomplikowane rozwiązania, bo długie i skomplikowane działania MUSZĄ być mądre, jak niemal wszystko co długie i skomplikowane, a czego nie rozumiemy, jak np. współczesne zarządzanie budżetem. Dawniej wystarczyło wiedzieć, że by się bogacić przychód musi być większy niż rozchód. Teraz aby zarządzać swymi finansami potrzebujemy zatrudnić doradcę finansowego, który skończył fakultet z zarządzania i czasem kosztuje nas więcej niż warta jest jego praca. Tymczasem rozwiązań nie powinniśmy dzielić na proste i skomplikowane, ale na dobre i złe. Tak jak działania matematyczne dzielimy na prawdziwe i fałszywe, a nie na długie i krótkie. Skoro krótkie zadanie rozwiązuje problem to po co szukać rozwiązań długich i skomplikowanych? No właśnie.

Niestety nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że łatwo można zapanować nad swoimi emocjami. Zwykle pozwalamy by emocje panowały nad nami. By zniwelować wpływ emocji na nasze postępowanie zwalczamy je, czasami bardzo intensywne racjonalizując każdy krok, a czasami brutalnie, za pomocą środków chemicznych. Innym częstym sposobem pokonania emocji są sprytne gry wojenne ze samym sobą, systemy kar i nagród, przekonywanie samego siebie i inne sposoby by podstępnie wpłynąć na nasze emocje, tak by kierowały nami zgodnie z naszą wolą. Te wszystkie sztuczki i tricki nie mają sensu dla kogoś, kto bezpośrednio włada swoimi emocjami. Zwykło się mówić, że serce nie sługa, ale i my nie bądźmy sługami serca. Serce, w tym przypadku synonim naszych emocji, to partner, mechanizm, który od wieków pomaga nam podejmować decyzję. Wyewoluował w zupełnie innych warunkach niż ma teraz okazję się wykazać, i dlatego czasami potrzebuje, by trochę przy nim pomajstrować. Nie naprawiamy przecież samochodu modląc się do niego, ani próbując go „oszukać” lejąc wodę zamiast paliwa. Żeby sprawić by samochód jechał w pożądanym kierunku, musimy opanować jego obsługę i pozwolić mu działać w sposób w jaki został zaprojektowany i tak też jest z emocjami.

Jedyną sztuczką jaką stosuję czasami na moich emocjach jest odwrócenie związku przyczynowo-skutkowego. Zwykło się uważać, że nasze stany emocjonalne muszą mieć „powód”. By się uśmiechnąć trzeba zauważyć coś śmiesznego. Spróbuj czasami odwrócić ten pozorny związek przyczynowo-skutkowy. Zaśmiej się z całych piersi bez powodu, a gwarantuję, że niebawem zauważysz coś śmiesznego. Tak też działają emocje. Kiedyś czytałem o przypadku (o ile sobie przypominam, opisane jest to w „7 Habits of Highly Effective People, Stephena F. Covey'a), w którym pewien mężczyzna miał problemy małżeńskie, polegające na braku miłości między nim, a jego małżonką. Rada dla niego brzmiała mniej więcej: czy pamiętasz jak to było gdy kochaliście się bez pamięci? Tak? To jeśli chcesz by tak było znowu – zacznij się tak znowu zachowywać.

sobota, 6 listopada 2010

Przesuń swe granice!

Każdy z nas ma w swojej głowie granice tego co dopuszczalne. Granice te są ustanowione prze społeczeństwo i różnią się dla poszczególnych społeczeństw, ale także dla poszczególnych jednostek.
Łatwo określić to co jest absolutnie niedopuszczalne z konkretnego punktu widzenia. Np. niedopuszczalne jest chodzenie nago po ulicy z punktu widzenia utrzymania swego dobrego wizerunku w społeczności. U większości ludzi jednak, istnieje „bufor bezpieczeństwa” pomiędzy tym co absolutnie niedopuszczalne, a tym na co rzeczywiście sobie pozwalają. Zobrazuje to w następujący sposób:














Oczywiście nie odnosi się to do wszystkich typów zachowań. Niektóre kategorie zachowań w ogóle nie posiadają granicy ostracyzmu społecznego, albo jest ona bardzo trudna do przekroczenia (np. trudno przesadzić z empatią). Jednak twierdzę, że w przypadku tego typu zachowań także posiadamy granice, których zwykle nie przekraczamy, a można się zastanowić, czy nie warto byłoby te granice przesunąć.
Nie zawsze także mamy do czynienia z typowym kontinuum, wizualizacja ta, to bardzo duże uproszczenie.

Obszary i zasięg tych granic, jak już pisałem, różnią się nie tylko w ramach społeczeństw, ale także wewnątrz danego społeczeństwa. Są ludzie, którzy pozostając w ramach tego co dopuszczalne, mają bardzo niewielkie pole dyskomfortu, są to ludzie otwarci, przeważnie głośni i nie odczuwający skrępowania(ekstrawertycy). Inni natomiast zawężają maksymalnie zakres swych zachowań, ustalając swą indywidualną granicę w bardzo bezpiecznej odległości od ostracyzmu społecznego, pozbawiając się w ten sposób wielu możliwości i okazji (introwertycy).
Jeśli tylko ktoś zechciałby poszerzyć wachlarz swych możliwości, najlepszym sposobem byłoby przesunąć swą indywidualną granicę możliwie blisko społecznie nieprzekraczalnej granicy ostracyzmu społecznego. Wydaje się to naturalnym i logicznym ruchem, dlaczego więc tego nie robimy? Moim zdaniem, margines bezpiecznych zachowań jest wypadkową zaufania do samego siebie i lęków przed nieznanym.
1) Im mniej sobie ufam, tym jestem bardziej zachowawczy, czyli nie jestem skory do podjęcia ryzyka, które mogłoby przynieść mi znaczne korzyści. Podobne zjawisko obserwujemy w wielu dziedzinach życia. Im mniej czujemy się pewni (lub im bardziej na czymś nam zależy), tym mniejsze ryzyko jesteśmy skłonni podjąć. Między innymi dlatego najważniejsze sprawy w życiu stoją w miejscu. Im mniej sobie ufam, tym bardziej się obawiam, że sobie zaszkodzę, jeśli tylko pozwolę sprawom wymknąć się spod kontroli. Nawet jeśli kiedyś zdarzy mi się zrobić coś nieprzewidywalnego to przestrzegając swego „ciasnego” rewiru zachowań dopuszczalnych, buduję obraz osoby statycznej, której łatwiej wybaczyć rzadkie potknięcia.
Im bardziej sobie ufam, tym pewniej mogę poszerzać zakres moich możliwych zachowań.
2) Lęk przed nieznanym towarzyszy wszystkim ludziom. Jest to naturalna ewolucyjna reakcja. Boimy się nowych czynności, ludzi, obszarów, zachowań. W miarę ich poznawania „przestrzeń” się otwiera i możemy pozwolić sobie na więcej. Jedynym sposobem na pokonanie lęku przed nieznanym jest zmierzenie się z nieznanym.
Metodą na zaufanie sobie i pokonanie lęku przed nieznanym, a tym samym przesunięcie swej indywidualnej granicy i otworzenie sobie niezliczonej liczby nowych możliwości są wizualizacje. Bardzo trudno jest nagle zmienić wzorce swych zachowań. Dzięki wizualizacjom, w których wyobrazimy sobie siebie w różnych tego typu sytuacjach, poczujemy się pewniej.

piątek, 15 października 2010

Zmiana

Ludzie na ogół mają świadomość, że zmiana ich osobowości to żmudny, długi i trudny proces. Jeśli do tego chcemy wprowadzić zmianę na lepsze to do tego dochodzi ból. "Tak to już jest", że zmiana na gorsze to sama przyjemność (tak jak wszystko co zakazane i szkodliwe), natomiast wszystko co dobre to bolesne i nieprzyjemne. Karmieni tymi bzdurami od dzieciństwa powtarzamy je sobie w swoich głowach codziennie i staczamy ciężkie boje ze swoimi demonami przyjemności by katować swe ciała i dusze w imię zmiany na lepsze. Innymi słowy - zaczynamy od końca.
Zamiast w bólu i cierpieniach zmieniać się całe życie i walczyć ze sobą, lepiej zmienić sam proces zmiany, tak aby stała się łatwa szybka i PRZYJEMNA. Od tej pory wszystko będzie proste. Jak ułatwić zmianę? By ułatwić zmianę, musimy przerwać beznadziejny łańcuch przykrości towarzyszącym zmianom. To nie prawda, że "w naturze" człowieka leży lęk przed nowością i strach przed nieznanym. Ten strach leży w nas, ponieważ sami go wyhodowaliśmy. Wśród nas są ludzie, którzy kochają nowe wyzwania i ryzykują każdym ruchem i spojrzeniem, a do tego czerpią z tego radość i przyjemność. Brak takiego ryzyka jest nie tyle przyjemny co nie nie-przyjemny, a to dwie różne sprawy.
Przypomnij sobie kiedy ostatni raz zmieniłeś się W MGNIENIU OKA. Jeśli myślisz, że nigdy cię to nie spotkało to się mylisz. Boisz się pająków, wysokości, zamkniętych pomieszczeń, napakowanych ludzi w dresach? To wszystko dlatego, że uwarunkowałeś się do tego, a większość takich uwarunkowań zachodzi bardzo szybko. Wystarczy dobrze pomyśleć, a przypomnisz sobie taką sytuację. O wiele lepiej byłoby gdyby ta sytuacja była pozytywna (zakochałeś się szczęśliwie od pierwszego wejrzenia? Idealnie). Rozważaj tą sytuację, przemyśl kilkadziesiąt razy, przypomnij sobie wszystkie szczegóły (zapach, dźwięki, kolory itp), potem uznaj to za sytuację normalną, jakby tylko taka zmiana była możliwa.
W rzeczy samej tylko taka zmiana JEST możliwa. Tylko powolna i bolesna zmiana przysparza nam kłopotów i udręki. Zmiany szybkie i bezbolesne następują łatwo i automatycznie.
Umiejętność szybkiej i bezbolesnej zmiany ma fundamentalne znaczenie. Projektuj wszystko w swojej głowie - wyobrażaj sobie swoją zmianę ze szczegółami (samymi przyjemnymi). Zdaj sobie sprawę, że to co przyjemne i nieprzyjemne jest SUBIEKTYWNE. To ty nadałeś rzeczom takie znaczenie. Przyjemność nie może być obiektywna i uniwersalna, bo inaczej wszyscy lubilibyśmy to samo. Ty też masz władzę by to znaczenie nadać na nowo, na zasadzie rozumnego wyboru, a nie ślepego zrządzenia losu.
Cała nasza pamięć, osobowość, czas i życie to nakładające się na siebie warstwy nowych doświadczeń. Nie próbuj zmieniać więc siebie jakim byłeś przed sekundom. To nic nie da. Z poprzednich postów wiemy, że tak naprawdę niewiele jesteśmy w stanie zmienić. Możemy jednak modelować np. przekonania nakładając na nie metaprzekonania. Taką strategię też proponuję przyjąć. Nie spędzaj zbyt wiele czasu na analizowanie siebie i tego co chcesz zmienić. Całą energię i uwagę poświęć na analizowanie tego jakim chcesz być i jak chcesz teraz działać. W ten sposób zmodyfikujesz stare przyzwyczajenia, które nie są tobą, a jedynie utartą bezpieczną drogą jaką pamiętasz. My jednak idziemy teraz inną drogą.
Do dzieła.

niedziela, 12 września 2010

Przeciwieństwem strachu nie jest odwaga, a ciekawość...

Rzeczywistość (Rz) jest wspólna dla wszystkich, ale jej reprezentacje (R) są indywidualne. Wszystko co wiesz o rzeczywistości jest twoją indywidualną reprezentacją. To w jaki sposób tworzysz R o Rz jest kwestią nabycia meta-umiejętności (umiejętności nabywania umiejętności), wytworzonej na zasadzie metody prób i błędów od chwili gdy twój mózg rozpoczął swą działalność.
Jeśli więc sposób jest mój, tak jak R o Rz jest moja, to to samo prawo, które pozwoliło mi tworzyć moje meta-umiejętności (metoda prób i błędów to inaczej ewolucja, bowiem wszystko co przeszło egzamin sprawdzalności logicznej, empirycznej bądź uczuciowej [innymi słowy wpadło w ramy którejś z submodalności], ulega replikacji).
Według teorii NLP nie można modyfikować modalności zmysłowych, ani meta poziomu doświadczenia na zasadzie zaprzeczenia im. Jedyny sposób by zmienić myśl danego poziomu to nadbudować ją meta-przekonaniem (Myśli wyższego poziomu modelują myśli niższego poziomu).
Z drugiej strony możliwość kotwiczenia dowolnych emocji dostarcza narzędzi do zmiany nastroju w trybie natychmiastowym, a narzędzia udostępnione przez DHE dodatkowo pozwalają na nieograniczoną manipulację swoim stanem psychicznym i (niemal na pewno) fizycznym. Oznaczałoby to, że ograniczenia narzucone przez pierwszy poziom submodalności nie mają związku ze stanem psychicznym, a jedynie postrzeganiem Rz. Prawdopodobnie jest to spowodowane tym, że stan psychiczny to nic innego jak trans hipnotyczny, w którym w danej chwili się znajdujemy. Można powiedzieć, że zaklinamy Rz w czasie rzeczywistym, przy pomocy, a nie dzięki submodalnościom, tworząc R będące pochodną transu w jakim się znajdujemy.
Biorąc pod uwagę fakt, że zawsze znajdujemy się w JAKIMŚ transie, jakość życia to nic innego, jak jakość dominującego transu. Tym samym zmiana jakości życia jest zmianą w hierarchii naszych stanów hipnotycznych. To pociąga za sobą konieczność świadomej kontroli nieświadomych procesów. Pojawiająca się bariera (uświadomione nieświadome traci swój potencjał) może być łatwo pokonana dzięki znajomości metody zmiany przekonań (które też można nazwać pewnym transem) za pomocą meta przekonań. Znamy metody wprowadzania się w odmienne stany za pomocą meta przekazu (filmy, książki itp), żaden problem w stworzeniu swojej indywidualnej metody.
Oczywiście nie chcemy wprowadzać się w trans, który kiedyś tam powstał dzięki ślepej ewolucji i WYDAJE NAM SIĘ przyjemny. Chcemy tutaj transu w którym co najmniej:
- subiektywne samopoczucie będzie porównywalne do ekstazy,
- zdolność percepcji wyostrzy się do oczekiwanego poziomu (nie chcemy super percepcji, natłoku niepotrzebnych informacji),
- będziemy zdolni do hiper koncentracji na dowolnej ilości kwestii, problemów w tym samym czasie,
- osiągniemy stan duchowego uniesienia, aury oddziałującej na otoczenie,
- emocje będą służyły naszym celom,
- będziemy w stanie wytworzyć i eksploatować kanały komunikacji, nawiązując rapport i modyfikując go zgodnie z naszymi oczekiwaniami,
- świadome wykorzystanie siły obliczeniowej naszego mózgu zwielokrotni się,
- pamięć zwiększy swą pojemność i efektywność, dając się kontrolować,
- ciekawość będzie górować nad strachem.

sobota, 31 lipca 2010

Kto morduje wolny rynek?

Jak to zwykle bywa wśród wyznawców, wyznawcy wolnego rynku popełniają bardzo często błąd logiczny. Mianowicie czytam tu i tam, że państwo swymi regulacjami zabija wolny rynek. Otóż prawa wolnego rynku są obiektywne i powszechne niczym prawa fizyki i nie da się ich "zawiesić" żadną rządową regulacją. Przypuśćmy, że rząd wydaje dekret znoszący powszechne prawo ciążenia i aby to wprowadzić w życie rozdaje wszystkim obywatelom odrzutowe plecaki. Obserwując takie społeczeństwo na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że rząd odniósł kolejny spektakularny sukces. Lecz przecież nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że prawo ciążenie rzeczywiście przestało istnieć. Ogromne koszty stanowienia prawa zaprzeczającego naturalnemu biegowi rzeczy w krótkim czasie zbankrutowałyby państwo i jego obywateli. Tak też się dzieje w przypadku regulacji przeczących wolnemu rynku.
Każda ustawa "regulująca" wolny rynek niesie ze sobą dwie podstawowe konsekwencje: możliwość, że nie przyniesie oczekiwanych skutków (a najczęściej przynosi skutki odwrotne) oraz stałe koszty ponoszone tylko po to by utrzymać nienaturalny stan rzeczy.
Na przykład becikowe mające pomóc rodzinom stało się bezsensownym obciążeniem dla budżetu, czyli podatników. Czy tysiąc złotych może zachęcić kogokolwiek do powiększenia rodziny? Jeśli tak, musi być to ktoś o bardzo wysokiej preferencji czasowej, czego skutkiem będzie kolejne pokolenie ludzi o wysokiej preferencji czasowej, czyli znacznie pogorszenie poziomu społeczeństwa. Co więcej obciążenie dla budżetu dotyka głównie tych, którzy płacą podatki, ludzi bardziej zamożnych, ograniczając ich dochody i być może chęć do posiadania dzieci. Ciągnijmy dalej — becikowe wypłacane w pierwszych miesiącach życia jest przeznaczane na artykuły niemowlęce, zwiększony popyt na nie powoduje większą cenę. Efekt — gdy już wydamy becikowe, musimy kupować droższe artykuły ze swojej kieszeni.
Przykład drugi — zasiłek dla bezrobotnych. Oczywiście kilkaset zł nie sprawi, że ktoś zarabiający kilka tysięcy porzuci pracę, ale dla kogoś kto zarobiłby 800 zł, stanowi kuszącą propozycję, zwłaszcza gdy resztę można spokojnie dorobić na czarno. Efekty — mniejsza chęć do pracy wśród niewykwalifikowanej siły roboczej, zwiększenie szarej strefy. Typowy przykład marnowania pieniędzy porównywalny z nonsensownym tankowaniem odrzutowego plecaka.
Zawsze mnie też ciekawiło dlaczego ekonomiści keynesowscy tak gorliwie czekają na efekt mnożnikowy każdej złotówki wydanej w ramach interwencji rządowych, natomiast w ogóle nie biorą pod uwagę efektu mnożnikowego psucia morale siły roboczej, podnoszenia jej ceny i wynikającego z tego ogólnego zahamowania rozwoju gospodarczego. To jednak temat na osobny post.
Prawa wolnego rynku działają więc niezależnie od tego czy rząd im na to łaskawie pozwoli. Działania regulacyjne są niczym innym jak pewną transakcją. Problem w tym, że zawieraną pod przymusem i dlatego kompletnie nieefektywną. Piękne intencje ustawodawcy prawie zawsze przynoszą efekty wprost odwrotne od zamierzonych. Płaca minimalna mająca polepszyć byt pracowników sprawia, że strony umowy o pracę omijają jak mogą jej sformalizowania tym samym pozbawiając pracownika innych korzyści wynikających z takiego kontraktu. Efektem jest ogólne pogorszenie sytuacji pracowników. Do tego należy dodać ogromne koszty utrzymywania bezsensownych regulacji w postaci rozbudowanej administracji, która drenuje także rynek pracy z wykształconych ludzi, nadmiar regulacji to także wyższe koszty dla zwykłych ludzi w postaci większych honorariów dla coraz większej liczby prawników, księgowych, inspektorów itd. (i co za tym idzie kolejny efekt drenażu rynku pracy — wszak ci ludzie mogliby się zająć czymś przynoszącym zysk i generującym bogactwo).
Sprawy o których piszę mogą być niezrozumiałe dla większości wybierającej rządzących. Nie uwierzę jednak, że rządzący sprytni na tyle by kontrolować masy poprzez środki przekazu, nie są na tyle inteligentni by tego nie zauważyć i zrozumieć. Dla mnie są to zwykli łajdacy, pasożyty żerujący na pędzącym ku przepaści molochowi. Nic dziwnego, skoro nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności...

środa, 28 lipca 2010

Jeszcze o motywacji

Zastanowiłem się nad istotą motywacji raz jeszcze. Postanowiłem usystematyzować to co potrafię wydedukować na podstawie swoich doświadczeń na ten temat. Będzie więc to post raczej introspektywny. Kiedy czuję się najbardziej zmotywowany do zrobienia czegoś, a kiedy wręcz przeciwnie? Po kolei. Najbardziej motywuje mnie:
1) Satysfakcja.
Bardzo efemeryczne uczucie. Najczęściej satysfakcja występuje kiedy coś zrobione jest dobrze, czyli dokładnie i do końca (wg filozofa doskonałość to nie stan gdy niczego już nie można dodać, ale gdy niczego już nie można odjąć). W kontaktach interpersonalnych satysfakcji dostarcza mi sytuacja gdy wszyscy są zadowoleni i nie ma przegranych. Satysfakcje odczuwam także gdy mam rację (ale nie gdy postawię na swoim, a potem okazuje się, że racji nie miałem). Odczucie dobrze wykonanych wcześniej założonych celów także można nazwać satysfakcją.
2) Ciekawość.
Co tam jest takiego, czego jeszcze nie wiem, a co może mi się przydać? Jak to działa? Jak to zastosować w swoim życiu? Dlaczego jest tak a nie inaczej? Szukanie odpowiedzi na te i podobne do nich pytania także dodają motywacji.
3) Uczucie przepływu.
Perspektywa uczucia przepływu dostarcza mi motywacji. Czasami wydaje mi się, że większej niż perspektywa adrenaliny. Uczucie przepływu odczuwam zazwyczaj gdy mogę maksymalnie skupić się na przyjemnej czynności, np. prowadzenie samochodu, słuchanie muzyki, granie na gitarze, uprawianie sportu. Perspektywa każdej z tych czynności sprawia, że czuję się lepiej.
4) Użyteczność.
Jak mi się to może przydać? Bardzo blisko związane z satysfakcją. Za użyteczność uważam sytuację gdy mogę zwiększyć efektywność przy tych samych nakładach, lub zmniejszyć nakłady przy tej samej efektywności. Najlepiej zaś zwiększyć efektywność i zmniejszyć nakłady za jednym zamachem. Można więc powiedzieć, że motywuje mnie lenistwo.

Na zasadzie przeciwieństw można więc stwierdzić, że na pewno NIE będę skory do wykonania czegoś czego będę żałował, co jest nudne, dekoncentrujące i nieużyteczne. Oczywiście mam na myśli tylko subiektywne uczucia.

Ogólnie motywacja charakteryzuje się czasownikiem "chcę", gdy demotywacja to najczęściej "muszę". Najprostszym sposobem motywowania siebie jest coś co nazywam "zasłoną motywacyjną". Czyli wmawianie sobie, że chcę czegoś, co muszę. Jest to jednak technika bardzo nieskuteczna, bowiem bardzo trudno świadomie oszukiwać siebie samego. Tym bardziej, że "muszę" jest zazwyczaj narzucone z zewnątrz. Często uświadamiam sobie, że trudno zmieniać cokolwiek w swoim życiu bez gruntownej jego analizy. Tak też jest z motywacją. Zamiast znaleźć motywację do pracy, to głębsze zastanowienie się nad nią może doprowadzić do stwierdzenia, że stoimy przed alternatywą: oszukiwanie siebie lub porzucenie tej pracy. Wierzę jednak, że uczciwe postawienie sprawy jest zawsze lepsze niż marnowanie swoich zasobów na coś czego nie robimy najlepiej jak potrafimy.

piątek, 23 lipca 2010

Odpowiadam na apel JKM

Postanowiłem odpowiedzieć na apel Janusza Korwina Mikke i zgłosiłem gotowości pomocy w najbliższych wyborach lokalnych. Na tą decyzję złożyło się kilka powodów:
1) Tłumaczenie dla Instytutu Misesa przestaje mi wystarczać. Chciałbym robić coś o większym znaczeniu i bardziej widocznych i wymiernych efektach.
2) Może uda mi się poznać ludzi o podobnych poglądach, mieszkających blisko mnie. W ostatnich wyborach prezydenckich na JKM głosowało w moim okręgu 35 osób, a w całej gminie 98. Może przynajmniej kilku z nich uda się odnaleźć.
3) Uznałem, że chociaż poglądy JKM nie odpowiadają w 100% moim, to skupienie się wokół niego to jedyny w Polsce sposób by zarodek wolności mógł przerodzić się w szerszy ruch mogący cokolwiek zmienić. Libertarianie zawsze mieli bardzo zróżnicowane poglądy. Upieranie się przy tych różnicach jest ważne, ale jeszcze ważniejszym jest zjednoczenie się w sprawach fundamentalnych.

niedziela, 21 lutego 2010

Ewolucja niewoli Vs zdrowy rozsądek.

Ludzki zapał do kształtowania otoczenia, w którym żyją wydaje się nie znać granic. Z jednej strony napędza to naszą cywilizację, dzięki naszej chęci do polepszenia sobie warunków bytowania możemy korzystać z szeregu wynalazków i usprawnień. Z drugiej strony jednak jest to też źródłem nieszczęść i samozniewolenia się człowieka. Człowiek jest niewolnikiem swojej natury. Filozoficzne cliche, a jednak rzadko zwracamy uwagę na proste wytłumaczenia, które są zwykle najlepsze. z jakiegoś powodu chcemy wierzyć, że jesteśmy bardzo skomplikowani i wyjątkowi, a tym samym potrzebujemy skomplikowanych i wyjątkowych rozwiązań. Cała sfera nauk społecznych jest rażącym przykładem nadmiernego wgłębiania się w niuanse, podczas gdy najważniejsze sprawy pozostają bez jednoznacznych odpowiedzi.
Polityka dzisiaj opiera się na jakimś dziwnym aksjomacie, że odgórne regulowanie społeczeństwem przez władze (im bardziej międzynarodowe tym lepiej), jest lepsze i będzie prowadzić do lepszych efektów niż zarządzanie lokalne, oparte o rzeczywiste potrzeby ludzi znających swoje codzienne problemy.
Człowiek jako gatunek swą siłę zawsze opierał na możliwościach przystosowania się do panujących warunków. Dzisiaj mu to nie wystarcza. Dziś politycy chcą zmieniać otaczające nas warunki. Klimat za ciepły? Schłódźmy go. Gospodarka nie działa jak powinna? Uregulujmy ją. Niesprawiedliwość społeczna? Zabierzmy bogatym, dajmy biednym, itd. itp. Niestety, podczas gdy na uniwersytetach trwa ciągle spór czym właściwie kieruje się człowiek podejmując swe decyzje, na piedestałach panuje przekonanie, że można zarządzić dobrobyt tysiącem dekretów. Najbardziej spójne i proste metody wykorzystania niespożytego potencjału pojedynczych przedsiębiorczych ludzi uważane są za niegodne naszego wysokiego stopnia rozwoju. Tymczasem ludzie w których pokładamy nadzieję, że wiedzą co jest dla nas lepsze, lub conajmniej znają kierunek w którym zdążamy, całą swą siłę upatrują w tym właśnie zaufaniu legitymowanym "demokratycznym" wyborem. Wyłania się obraz masowego szaleństwa. Politycy i rzesze urzędników wierzą, że uczestniczą w czymś rozumnym i zaplanowanym, ale chwilowo nikt nie rozumie tego planu. Przyznanie się do tej niewiedzy równa się politycznemu samobójstwu, więc nie oczekujmy, że ktoś to zrobi. Z kolei rządzeni (ci mający jeszcze złudzenia) zajęci swymi codziennymi zmaganiami uznają, że plan jest tak skomplikowany i zaawansowany, że trzeba być pełnoetatowym urzędnikiem ze stopniem doktora nauk społecznych by go zrozumieć.
Zauważyłem interesujące zjawisko, które utwierdziło mnie w tym co przed chwilą napisałem. Kiedy rozmawiam z ludźmi często podejmuje kwestie związane z absurdami jakie się dzieją wokół nas. Takimi jak ZUS, podatki, komisje śledcze, iluzja demokracji. Niemal wszyscy ludzie zagadnięci w ten sposób mają poglądy głęboko libertariańskie. W społeczeństwie tkwi potężna dawka zdrowego rozsądku, całym majstersztykiem władzy jest to, że ludzie zdrowy rozsądek stosują w życiu codziennym, ale jakimś cudem nie uznają za właściwe zastosowanie go w sferze publicznej.
Ewolucja polega na mutacjach, z których te pomagające przetrwać kumulują się, a te przeszkadzające umierają razem z nosicielem. Jesteśmy niewolnikami systemu, którego mechanizmy WYEWOLUOWAŁY w taki sposób, by chronić system. Dziennikarz sprzeciwiający się masowemu szaleństwu jest skazany na marginalizację, dzięki mechanizmom systemu. Polityk walczący z systemem jest przez system skazany na niebyt polityczny. Ludzie są angażowani w irracjonalne działania, których jedynym celem jest podtrzymanie systemu jako takiego. Szaleństwo trwa.
Nie ma lekarstwa na raka systemu, który żywi się naszą interakcją z nim samym, ponieważ każde lekarstwo wymagałoby interakcji z nowotworem. Każda próba więc kończy się kolejnym wzmocnieniem moloha, Jedyna droga do walki o normalność wiedzie przez ignorowanie systemu tam gdzie to tylko możliwe. Omijanie go każdą z możliwych dróg, budowanie więzi lokalnych w żaden sposób nie opartych o mechanizmy hydry. Przebijanie się do ludzkiej świadomości zdroworozsądkowymi propozycjami i rozwiązaniami.