Jak to zwykle bywa wśród wyznawców, wyznawcy wolnego rynku popełniają bardzo często błąd logiczny. Mianowicie czytam tu i tam, że państwo swymi regulacjami zabija wolny rynek. Otóż prawa wolnego rynku są obiektywne i powszechne niczym prawa fizyki i nie da się ich "zawiesić" żadną rządową regulacją. Przypuśćmy, że rząd wydaje dekret znoszący powszechne prawo ciążenia i aby to wprowadzić w życie rozdaje wszystkim obywatelom odrzutowe plecaki. Obserwując takie społeczeństwo na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że rząd odniósł kolejny spektakularny sukces. Lecz przecież nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że prawo ciążenie rzeczywiście przestało istnieć. Ogromne koszty stanowienia prawa zaprzeczającego naturalnemu biegowi rzeczy w krótkim czasie zbankrutowałyby państwo i jego obywateli. Tak też się dzieje w przypadku regulacji przeczących wolnemu rynku.
Każda ustawa "regulująca" wolny rynek niesie ze sobą dwie podstawowe konsekwencje: możliwość, że nie przyniesie oczekiwanych skutków (a najczęściej przynosi skutki odwrotne) oraz stałe koszty ponoszone tylko po to by utrzymać nienaturalny stan rzeczy.
Na przykład becikowe mające pomóc rodzinom stało się bezsensownym obciążeniem dla budżetu, czyli podatników. Czy tysiąc złotych może zachęcić kogokolwiek do powiększenia rodziny? Jeśli tak, musi być to ktoś o bardzo wysokiej preferencji czasowej, czego skutkiem będzie kolejne pokolenie ludzi o wysokiej preferencji czasowej, czyli znacznie pogorszenie poziomu społeczeństwa. Co więcej obciążenie dla budżetu dotyka głównie tych, którzy płacą podatki, ludzi bardziej zamożnych, ograniczając ich dochody i być może chęć do posiadania dzieci. Ciągnijmy dalej — becikowe wypłacane w pierwszych miesiącach życia jest przeznaczane na artykuły niemowlęce, zwiększony popyt na nie powoduje większą cenę. Efekt — gdy już wydamy becikowe, musimy kupować droższe artykuły ze swojej kieszeni.
Przykład drugi — zasiłek dla bezrobotnych. Oczywiście kilkaset zł nie sprawi, że ktoś zarabiający kilka tysięcy porzuci pracę, ale dla kogoś kto zarobiłby 800 zł, stanowi kuszącą propozycję, zwłaszcza gdy resztę można spokojnie dorobić na czarno. Efekty — mniejsza chęć do pracy wśród niewykwalifikowanej siły roboczej, zwiększenie szarej strefy. Typowy przykład marnowania pieniędzy porównywalny z nonsensownym tankowaniem odrzutowego plecaka.
Zawsze mnie też ciekawiło dlaczego ekonomiści keynesowscy tak gorliwie czekają na efekt mnożnikowy każdej złotówki wydanej w ramach interwencji rządowych, natomiast w ogóle nie biorą pod uwagę efektu mnożnikowego psucia morale siły roboczej, podnoszenia jej ceny i wynikającego z tego ogólnego zahamowania rozwoju gospodarczego. To jednak temat na osobny post.
Prawa wolnego rynku działają więc niezależnie od tego czy rząd im na to łaskawie pozwoli. Działania regulacyjne są niczym innym jak pewną transakcją. Problem w tym, że zawieraną pod przymusem i dlatego kompletnie nieefektywną. Piękne intencje ustawodawcy prawie zawsze przynoszą efekty wprost odwrotne od zamierzonych. Płaca minimalna mająca polepszyć byt pracowników sprawia, że strony umowy o pracę omijają jak mogą jej sformalizowania tym samym pozbawiając pracownika innych korzyści wynikających z takiego kontraktu. Efektem jest ogólne pogorszenie sytuacji pracowników. Do tego należy dodać ogromne koszty utrzymywania bezsensownych regulacji w postaci rozbudowanej administracji, która drenuje także rynek pracy z wykształconych ludzi, nadmiar regulacji to także wyższe koszty dla zwykłych ludzi w postaci większych honorariów dla coraz większej liczby prawników, księgowych, inspektorów itd. (i co za tym idzie kolejny efekt drenażu rynku pracy — wszak ci ludzie mogliby się zająć czymś przynoszącym zysk i generującym bogactwo).
Sprawy o których piszę mogą być niezrozumiałe dla większości wybierającej rządzących. Nie uwierzę jednak, że rządzący sprytni na tyle by kontrolować masy poprzez środki przekazu, nie są na tyle inteligentni by tego nie zauważyć i zrozumieć. Dla mnie są to zwykli łajdacy, pasożyty żerujący na pędzącym ku przepaści molochowi. Nic dziwnego, skoro nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności...
Każda ustawa "regulująca" wolny rynek niesie ze sobą dwie podstawowe konsekwencje: możliwość, że nie przyniesie oczekiwanych skutków (a najczęściej przynosi skutki odwrotne) oraz stałe koszty ponoszone tylko po to by utrzymać nienaturalny stan rzeczy.
Na przykład becikowe mające pomóc rodzinom stało się bezsensownym obciążeniem dla budżetu, czyli podatników. Czy tysiąc złotych może zachęcić kogokolwiek do powiększenia rodziny? Jeśli tak, musi być to ktoś o bardzo wysokiej preferencji czasowej, czego skutkiem będzie kolejne pokolenie ludzi o wysokiej preferencji czasowej, czyli znacznie pogorszenie poziomu społeczeństwa. Co więcej obciążenie dla budżetu dotyka głównie tych, którzy płacą podatki, ludzi bardziej zamożnych, ograniczając ich dochody i być może chęć do posiadania dzieci. Ciągnijmy dalej — becikowe wypłacane w pierwszych miesiącach życia jest przeznaczane na artykuły niemowlęce, zwiększony popyt na nie powoduje większą cenę. Efekt — gdy już wydamy becikowe, musimy kupować droższe artykuły ze swojej kieszeni.
Przykład drugi — zasiłek dla bezrobotnych. Oczywiście kilkaset zł nie sprawi, że ktoś zarabiający kilka tysięcy porzuci pracę, ale dla kogoś kto zarobiłby 800 zł, stanowi kuszącą propozycję, zwłaszcza gdy resztę można spokojnie dorobić na czarno. Efekty — mniejsza chęć do pracy wśród niewykwalifikowanej siły roboczej, zwiększenie szarej strefy. Typowy przykład marnowania pieniędzy porównywalny z nonsensownym tankowaniem odrzutowego plecaka.
Zawsze mnie też ciekawiło dlaczego ekonomiści keynesowscy tak gorliwie czekają na efekt mnożnikowy każdej złotówki wydanej w ramach interwencji rządowych, natomiast w ogóle nie biorą pod uwagę efektu mnożnikowego psucia morale siły roboczej, podnoszenia jej ceny i wynikającego z tego ogólnego zahamowania rozwoju gospodarczego. To jednak temat na osobny post.
Prawa wolnego rynku działają więc niezależnie od tego czy rząd im na to łaskawie pozwoli. Działania regulacyjne są niczym innym jak pewną transakcją. Problem w tym, że zawieraną pod przymusem i dlatego kompletnie nieefektywną. Piękne intencje ustawodawcy prawie zawsze przynoszą efekty wprost odwrotne od zamierzonych. Płaca minimalna mająca polepszyć byt pracowników sprawia, że strony umowy o pracę omijają jak mogą jej sformalizowania tym samym pozbawiając pracownika innych korzyści wynikających z takiego kontraktu. Efektem jest ogólne pogorszenie sytuacji pracowników. Do tego należy dodać ogromne koszty utrzymywania bezsensownych regulacji w postaci rozbudowanej administracji, która drenuje także rynek pracy z wykształconych ludzi, nadmiar regulacji to także wyższe koszty dla zwykłych ludzi w postaci większych honorariów dla coraz większej liczby prawników, księgowych, inspektorów itd. (i co za tym idzie kolejny efekt drenażu rynku pracy — wszak ci ludzie mogliby się zająć czymś przynoszącym zysk i generującym bogactwo).
Sprawy o których piszę mogą być niezrozumiałe dla większości wybierającej rządzących. Nie uwierzę jednak, że rządzący sprytni na tyle by kontrolować masy poprzez środki przekazu, nie są na tyle inteligentni by tego nie zauważyć i zrozumieć. Dla mnie są to zwykli łajdacy, pasożyty żerujący na pędzącym ku przepaści molochowi. Nic dziwnego, skoro nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz