piątek, 17 grudnia 2010

Moje GTD przed rozpoczęciem GTD

Jak głodny człowiek czasem zatrzyma się nad smacznym posiłkiem, jeszcze przez chwilę chcąc się delektować swym łaknieniem, wspaniałym widokiem jedzenia i jego zapachem, które nigdy nie są tak pociągające i cudowne jak w tej chwili, tak ja piszę dzisiaj.
Kiedy byłem małym chłopcem...
Chodziłem z głową w chmurach. Czasami nostalgia znajdywała mnie wkładającego skarpetkę i tak mogłem siedzieć ze skarpetką w ręku, aż mama nie wpadała z krzykiem do pokoju, że przecież już powinienem wyjść do szkoły. Innym razem wychodziłem do szkoły bez tornistra albo w pidżamach. Byłem marzycielem, pisałem wiersze od wczesnej podstawówki i miałem mnóstwo wspaniałych pomysłów w głowie. Nigdy nie przejmowałem się przyziemnymi sprawami i nie było to w 100% zasługą beztroskiego dzieciństwa, bo wielu ludzi uważałoby je za trudne. Po prostu miałem to wszystko gdzieś.
Potem skończyłem studia i z paniką w oczach stwierdziłem, że czas zabrać się "za życie". To była zła decyzja. Zatrudniłem się i trudnię się bardzo do dzisiaj. Zamiast robić coś co kocham — pracuję.
Na szczęście nie dałem się pozbawić talentu do wybierania sobie lektur. Dzięki temu udało mi się trafić na kilka bardzo dobrych książek i parę świetnych blogów. Uświadomiono mi tam, że tak być nie musi do końca mych dni.
Zacznę od tego, że podstawowym celem zawsze było i jest podniesienie jakości życia, satysfakcji, głodu życia i dobrego humoru. Nie obchodzi mnie "oszczędzanie czasu" ani zdobywanie pozycji społecznej, a pieniądze interesują mnie jako wyznacznik tego, że żyję produktywnie. Oczywiście pracuję nad tym by produktywność szła w parze z pasją, ale po kolei...
Na poważnie zainteresowałem się technikami organizacji życia, kiedy na dobre zdałem sobie sprawę, że tym co mnie hamowało nie był brak czasu ani zasobów, ale różnorodność spraw ścigających mnie każdego dnia. Teraz widzę, że ilość zobowiązań i wyzwań w pracy oraz tych, jakie brałem na swoje barki po pracy, zwyczajnie przewyższały moje możliwości.
Pierwszym systemem jaki próbowałem zastosować był zwykły książkowy kalendarz. Próbowałem tam zapisywać rzeczy, które planowałem wykonać. Niestety metoda ta okazała się totalnym niewypałem:
  1. W kalendarzu zwykle zapisujemy to co się dzieje na bieżąco i potem bardzo trudno jest zebrać wszystkie informację dotyczące jednego projektu/sprawy. Są one porozrzucane w iluś tam częściach w przypadkowych odstępach czasu.
  2. To co zapisujemy zostaje na zawsze. Nie możesz niczego zmienić - musisz ciągle dopisywać nowe informacje. Potem bardzo trudno dotrzeć do tego co aktualne, a co już nie. Czasami jakaś informacja jest ważna, potem wydaje się mało ważna, by potem znowu się okazać ważną. Wyobrażasz sobie więc jak wygląda to na papierze.
  3. Podstawową wadą kalendarza książkowego (i jak się potem okazało niemal wszystkich innych moich późniejszych systemów), było zbyt łatwe uleganie skłonności do przeceniania swych możliwości w przyszłości, co w połączeniu z preferencją czasową, zamiast do wykonania zaplanowanych czynności, prowadzi do frustracji i poczucia bezradności.
  4. Zadania ważne i błahe mieszają się ze sobą. Brak wyraźnego rozróżnienia co jest ważniejsze, prowadzi do mieszania priorytetów, co potrafi być bardzo deprymujące. Np. Założyłem sobie codzienne 30 minut nauki obcego języka, i utrzymywałem tę dyscyplinę przez dwa tygodnie. Jednak pewnego dnia zwyczajnie zabrakło mi czasu i miałem wybór - ostatnie 30 minut poświęcić na naukę języka lub na dokończenie pewnego projektu. Gdybym miał wyraźnie określone priorytety wiedziałbym, że w tym przypadku dokończenie projektu jest absolutnie ważniejsze, ale stojąc przed dwoma równorzędnymi zadaniami, może się wydawać, że opuszczenie 30 minut nauki zaprzepaści całe dwa tygodnie żelaznej dyscypliny, a projekt równie dobrze można dokończyć w dniu następnym.
  5. Skomplikowane zadania, które wymagają wykonania kilku innych złożonych zadań są absolutnie nie do ogarnięcia w tym systemie. Efektem jest to, że nie możesz mieć w tym samym czasie więcej niż 1-2 skomplikowanych zadań, bo zwyczajnie ich nie ogarniesz, lub ogarniesz w stopniu niewystarczającym.
Drugą desperacką próbą uporządkowania mojego życia był kalendarz w Outlooku. Niestety jego wyższość polegała tylko na tym, że teraz mogłem nadpisywać wydarzenia, więc nie musiałem się po sobie doczytywać. Wszelkie inne wady nowy system przejął od starego.
Wtedy odkryłem listę zadań w Outlooku. To był znaczący krok naprzód. Teraz miałem szczegóły każdego problemu w pojedynczym zadaniu, nadpisywanie oraz niezależność od sekwencji dni. Niestety nierealistyczne założenia ciągle dawały się we znaki. Do tego brak możliwości rozbicia zadań na kilka podzadań wymagał skomplikowanych zabiegów edycyjnych, co spowalniało cały proces. No i nadal nie stosowałem priorytetów. Okres ten wspominam bardzo niemiło. Ciągle "brakowało mi czasu", próbując wykonać wszystkie narzucone sobie w przypływie niepoprawnego optymizmu zadania zaniedbywałem sprawy najważniejsze.
Wtedy natknąłem się po raz pierwszy na profesjonalne opracowania systemów organizacji życia. Największym przełomem wtedy był dla mnie kwadrant priorytetów S. Cove'a. Po przeczytaniu The Seven Habits of Higly Effective People, zrozumiałem, że moje próby uporządkowania życia wprowadziły wiele szkodliwego chaosu. Niestety narzędzia jakimi się posługiwałem przestawały mi wystarczać. W tym czasie przeszedłem na RTM i Astrid, ale skomplikowane procesy synchronizacji, które gubiły całe zadania sprawiały więcej problemów niż przynosiły pożytku. Pewnego dnia stwierdziłem, że potrzebuję porządnego systemu do zarządzania czasem i poświęciłem około sześciu godzin na ściąganiu triali, freewarów, sharewarów, próbowaniu systemów online i wszystkiego co internet ma do zaoferowania w tej dziedzinie. Byłem gotów zapłacić sporą sumę jeśli znalazłbym coś co posiadałoby wszystkie wymagane funkcje. Okazało się, że nie muszę. Darmowy program ToDoList okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego największą zaletą jest elastyczność. Wielość funkcji na początku przeraża, więc od razu prawie wszystkie wyłączyłem :) Dodałem z biegiem czasu tylko te, które wydały mi się niezbędne i teraz mam naprawdę skromną, działającą "z pendriva", szybką i wszechstronną aplikację do zarządzania swoim życiem.
Oczywiście, nawet najlepsza aplikacja nie zastąpi zdrowego rozsądku, a teraz nawet uważam, że mógłbym równie dobrze zorganizować się za pomocą luźnych kartek papieru i ołówka. Po prostu teraz wiedziałbym jak się do tego zabrać.
Od pewnego czasu zaobserwowałem bardzo pozytywne zmiany w moim życiu. Doba ma na szczęście nadal aż dwadzieścia cztery godziny, a ja przesypiam osiem z nich. Niemniej uporządkowanie wszystkich spraw sprawiło, że mogę wykorzystywać bardziej efektywnie pozostałych szesnaście godzin. Co więcej, jestem w stanie zarządzać wieloma skomplikowanymi projektami równocześnie, uwalniając swój mózg od pamiętania o uciążliwych detalach, datach, szczegółach itp. Dzięki temu mogę znowu, jak za dawnych czasów chodzić z głową w chmurach, nastawiony absolutnie na kreatywność i dobre samopoczucie. Z tą różnicą, że tym razem jest lepiej - nie ponoszę negatywnych konsekwencji. W takim momencie zabieram się za czytanie Get Things Done i jestem pewien, że nauczę się wiele z tej książki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz