Zastanawiałem się długo kto z nas nie jest zbrodniarzem. Kto nie bierze udziału w powszechnym szaleństwie i zniewoleniu. Odpowiedź brzmi: Nikt kogo znam. Sami budujemy więzienia w których ochoczo spędzamy swoje żywoty. Szczególnie zaś oko trzymamy na naszych współkompanach, aby im do głów nie przyszło by się wydostać. Spiskowa teoria dziejów jest napisana moją ręką.
Uczestniczę w produkowaniu. Jest to bardzo brudny proces, w którym udział bierze mnóstwo chemikaliów, po prostu wypuszczanych w atmosferę. Niektóre z nich składujemy i będziemy musieli kiedyś je „zutylizować”, czyli pozwolić by je zgodnie z prawem wylano bądź spalono. Bo coś trzeba z tym zrobić. Nie to jednak jest najgorsze. Najgorsze jest to, że jako świadomy człowiek uczestniczący w tym szaleństwie usprawiedliwiam wszystkich nieświadomych. Jeśli jak widać na moim przykładzie bycie świadomym w niczym nie pomaga, bycie świadomym przynosi jedynie moralną i osobistą klęskę przejawiającą się załamaniem życiowych stałych: celu, ochoty i dążenia do wolności.
Przede wszystkim zaś nie śmiej się z tego. Bankowcu, który wypuszcza na rynek finansowe produkty. Wypuszczanie na rynek finansowych produktów polega na tym, że pożyczam 100 ze świadomością, że klient będzie musiał oddać 200. Kiedyś to nazywano lichwą, teraz nowoczesną bankowością. Współczesne produkty kapitałowe charakteryzują się wielością opcji, wyborów, dodatkowych ubezpieczeń i programów pomagających okradać siebie samego w imię konsumpcji. Każda ta opcja jest zaawansowanym instrumentem, wyprodukowanym w zaciszu laboratoriów. Instrumentem sięgającym w przyszłość. Kupujesz teraz spłacasz potem. Zarabiałeś by kupić samochód, zarabiasz by kupić lepszy samochód, będziesz zarabiać by spłacić samochód, który już masz. Przez następne pięć lat. Nie posuwa to ludzkości o krok, że za meble swoje płacisz pieniędzmi banku, a potem pracujesz by bankowi oddać dwa razy tyle. Bank nadwyżką pieniędzy które od ciebie dostanie opłaci nowe wojny w imię zdobywania nowych rynków. Czy nie tak charakteryzujemy mądrych władców sprzed wieków? Rozszerzył terytorium kraju dwukrotnie, wojny zwyciężył, koronę zjednoczył. Tym się dobry władca charakteryzuje. Dobry władca kraju, banku, korporacji, kościoła, gazety, jednoczy nowe rynki, zdobywa nowe obszary, ekspansję przyśpiesza. Nikt nie musi być wtajemniczony w międzynarodowy spisek zniszczenia świata by to zrozumieć, a potem przejść do porządku dziennego.
A ty, dziennikarzu. Dla kogo piszesz? Piszesz dla siebie? Piszesz dla ludzi gagatku, to co się sprzeda. Dzięki temu, że wyobrazić sobie umiesz co ludziom się spodoba, za co zapłacą, możesz pisać na ich zamówienie zanim cokolwiek zamówią. Udziałowiec medialnego konglomeratu nie czyta twoich artykułów, historii, prawdy, rozrywki, śledztw, niczego. Tylko wykresy sprzedaży. Kiedy napisałbyś coś od siebie, dla siebie, skrawek prawdy, wyśmiany byś był, wygnany, zapomniany, wstyd by było znać ciebie. I ty swoimi informacjami, które o niczym nie informują, nie posuwasz wspólnoty naszej nigdzie indziej jak nad przepaść z której spaść nam przyjdzie.
Politycy nie knują w zaciszach gabinetów ja zniewolić ludzi. Politycy nie mają dyrektyw od finansjery świata jak okraść obywatela. Nie prowadzą potajemnych zborów w celu otumanienia ludzkości. Nie ma takiej potrzeby, a sądząc tak czy mówiąc ośmieszać się będziesz. Polityk chce być dobrym władcą, co pisać o nim będą. Czy to nie wystarczy? On chce jednoczyć rynki, zdobywać wyborców, a dzieciom swym dobrobyt zapewnić. Czy gorsze przesłanki czynów być muszą by ludzi zniewalać, otumaniać, okradać i panować nad nimi? Nie. Idąc w wybory lub w partię wstępując zbrodnie na sobie i ziemi popełniasz. Najlepsze chęci tobą kierują a owoce czynów twoich nie posuwają nas nigdzie indziej jak na wody gdzie wieczny sztorm zatopić nas musi. Nie wierzysz, to wyobraźnią swoją się zabaw i zostań prezesem partii rządzącej. W następnej chwili zostaniesz tym czego tak nienawidzisz teraz.
Na ziemi jest coraz mniej przemocy. Kobiety mają prawa, niewolnictwa prawie już nie ma. Ludzie coraz więcej mówić i pisać mogą. Wojny są bezpieczne, coraz mniej w nich gwałtów na zwyciężonych niewiastach i śmierci dzieci, których przewinieniem jest posiadanie oczu. Samochody i samoloty zabierają nas na urlopy w piękne ujarzmione krainy. Tymczasem ja mówię, że cywilizacją śmierci jesteśmy. Niszczymy ziemię, niszczymy wodę, niszczymy życie, zabijamy dla uciechy by mieć co w telewizorze pokazać. Wolnych ludzi w kajdany nasze zakuwamy. Kultury plemion co władzy i posiadania nie znają unicestwiamy. Bez celu i powodu jemy tyle, aż tłuszcz nam się ruszać zabrania. Na polityków krzywimy się, a w pracy naszej sami politykami się stajemy. Zniewolenie, śmierć, brzydota, brak celu i sensu. To są cywilizacji naszej metody.
Anarchiści co z państwem walczą – to są dopiero kręty przeklęte. Butelkami w policję rzucają, a przedtem je opróżnili trunkiem z którego dochód na policję jest przeznaczony. Jak to wytłumaczyć, że karmisz potwora, którego zabić pragniesz? Wzmacniasz go i ciosy mu dajesz? A gdyby tak odciąć mu tlen i zagłodzić go, bo on niczym innym nie żywi się jak krwią i pracą twoją. Podatkami, reklamami, odsetkami, inflacją. Zaprawdę nic robić nie musicie by wolnymi się stać, jeno przestać się zniewalać.
niedziela, 23 grudnia 2007
Głos Zaratustry
niedziela, 12 sierpnia 2007
Trochę o wolności
Czy w ogóle istnieje coś takiego jak polepszenie jakości życia? Jednym z ważniejszych spostrzeżeń dla mnie jest to, że jesteśmy miarą wszechrzeczy. Oznacza to, że kryteria, w tym także te jakościowe ustala człowiek. Zarzuty o relatywizm odpieram wzruszeniem ramion. Trudno być dostatecznym relatywistą w relatywnym świecie. Oczywiście, że popieram i przestrzegam zasad, które działają i spełniają jakieś rolę. Nie ma co się przejmować zasadami, które istnieją tylko dla siebie. Do tego istnieje coś takiego jak kryterium bezwzględne, kiedy już ustalimy pożądany kierunek. Kryterium te da się ustalić wszędzie tam, gdzie da się zdigitalizować wynik działania, i poprawić wszędzie tam, gdzie istnieją instrumenty sterowania. Dla przykładu: Jeśli potrzebujemy szybkiego samochodu, to nie ma miejsca na subiektywne i arbitralne ocenianie samochodów. Musimy sprawdzić/wiedzieć który jest w stanie osiągnąć większą prędkość wyrażoną w jakichś jednostkach. Możemy też starać się poprawić osiągi poprzez mechaniczne modyfikacje. Dzieje się tak, ponieważ prędkość da się zmierzyć, wyrazić i porównać. Nie da się zdigitalizować np. ludzkich uczuć. Nie jesteśmy w stanie zmierzyć miłości, przyjaźni, bólu itd. Jeśli kontrola jest jednym z nieodzownych warunków wolności, obok świadomości, to może wskazywać, że kontrola i sterowanie tworzą bardzo przykry problemat. Osiągnięcie wolności jest bardzo ograniczone tam, gdzie trudno definiować, kontrolować i mierzyć. Proces myślenia jest według mnie nierozerwalnie powiązany z odczuwaniem emocji. Gdzie zatem umieścić pojęcie „wolnego myślenia”? Bardzo istotnym elementem mojego rozumienia wolności jest cel. Cel uwalnia nas od problematycznych dylematów typu wolność działania pod wpływem chwili kontra wolność do trzymania się długofalowych trendów. Jeśli moją wolą jest bycie uczciwym człowiekiem, to muszę nałożyć na siebie ograniczenia i powstrzymać się przed bardzo kuszącą kradzieżą. Osiągając tym samym wolność długofalową muszę poświęcić krótkoterminowe zachcianki. Oczywiście nie chciałbym z logicznego punktu widzenia sprawiać wrażenia, że dyskryminuję sytuację odwrotną, kiedy rezygnuję z bycia uczciwym na rzecz atrakcyjnego przedmiotu bez zapłacenia za niego. Co więcej, powiedzmy jasno, że bycie wolnym do bycia uczciwym oznacza niewolę do kradzieży, a wolność kradzieży zniewala nas do bycia uczciwym. W ten sposób dochodzimy do czwartego aspektu wolności – wyboru. Pojęcie wyboru może być mylące. Nie chodzi mi tutaj o wybór dostatecznej ilości opcji, niczym na sklepowych półkach (wręcz przeciwnie – nadmiar opcji może utrudniać bycie wolnym równie skutecznie co ich niedobór), ale o wybór jako akt świadomego umysłu. Tak rozumiany wybór jest utożsamiany z wolnością, ja jednak wolę wolność widzieć jako kategorię szerszą, której wybór jest częścią składową. Czy potrzebna jest zmiana jakości życia? Czy możliwe jest zmienić siebie? Czy chciałbym podjąć wolną decyzję? I na czym to miałoby polegać?
środa, 4 lipca 2007
Szczerość i bunt
Szczerość wobec siebie jest największym wyznacznikiem samostanowienia buntownika. Cokolwiek zbuntowany postanowi, tylko szczerość może być kryterium odróżniającym nowo zdefiniowane cele od starego stanu rzeczy. Dlatego buntownik jest czysty i zdrowy, bo odrzucił wszelkie sprzeczności, nie zgodził się na podejmowanie karkołomnych prób pogodzenia wielu nieprzystających do siebie faktów, spojrzeń i poglądów. Chcąc pozostać czystym musi budować uważając by nie powtórzyć błędów którym swoim buntem zaprzeczył. Niedostępna rzeczywistość „materialna”, złudna rzeczywistość „duchowa” czy nawet określająca rzeczywistość społeczna nie mogą stanowić punktu oparcia dla budowania tożsamości. Zaznaczyć należy, że nawet szczerość wobec siebie nie jest celem samym w sobie. Raczej jest koniecznością w warunkach wolności, wyborem oczywistym, choć nie koniecznym. Samotność człowieka stawia go ponad wszelkim prawem. Sztywne trzymanie się reguł ustanowionych przez samego siebie, w sytuacji, gdy te reguły już do niczego nie służą jest przejawem głupoty. Tak jest z wszelkim prawem, włączając w to prawo moralne. Jeśli ktoś zakrzyknie: „Toż to relatywizm czystej wody!”, odpowiem – to prawda. W pewnym sensie jest to relatywizm, ale tylko o tyle o ile relatywny możemy nazwać zdrowy rozsądek. Tak się składa, że zdrowy rozsądek jest jedną z najmniej relatywnych rzeczy. Dajmy na to religia, która mieni się być ostoją praw „obiektywnych”, a więc nie relatywnych. Istnieje wiele religii, i każda głosząc inny system moralny twierdzi, że system ów jest „absolutny”. Jest on tak absolutny, jak absolutnie podchodzi do niego człowiek. Ani joty więcej ni mniej. Jedni biorą pismo święte dosłownie, inni nazywają je zbiorem alegorii, gdzie jest tutaj absolutyzm? W każdym podejściu pewnie, ale tylko dla głoszącego. Zdrowy rozsądek oczywiście też można traktować absolutnie niejednoznacznie, dlatego właśnie twierdzę, że jest to wybór niekonieczny, chociaż z wielu powodów jedyny sensowny (dlaczego akurat sens ma być wyznacznikiem tego co dobre? – Pytanie do religijnych). Zdrowy rozsądek ma kilka założeń u podstaw swej definicji. Na przykład – przetrwanie jednostki, przetrwanie ludzkości, harmonia, wolność. Kolejność przypadkowa. Jeśli więc pogląd nie przechodzi dwóch prób – zdrowego rozsądku i szczerości wobec siebie – nie jest wart przyjęcia.
niedziela, 1 lipca 2007
Bunt
Bunt stanowi etap przejścia ze stanu z którym się nie zgadzam do stanu który będę akceptował. Pewnie można to nazwać buntem konstruktywnym, w odróżnieniu od buntu niekontruktywnego, który prowadzi do zniesienia stanu przeciwko któremu się buntuję.
Jeżeli rzeczywiście jest tak jak opisał to Darwin i Dawkins, to nasz świat, ten który znamy jako ludzie, jako istoty rozwinięte w danym środowisku, jest bardzo niewielkim ułamkiem tego co istnieje naprawdę. Te zmysły i ta percepcja do której jesteśmy zdolni to tylko to co wyewoluowało, dzięki temu byliśmy i jesteśmy zdolni przeżyć. Nie zostaliśmy „wysposażeni” przez naturę w nic co byłoby zbędne. To, że potrafimy myśleć jest zbiegiem okoliczności dzięki któremu możemy zajrzeć w obszary do tej pory niedostępne za pomocą zmysłów. Niemniej funkcjonujemy w świecie opartym na mnóstwie mniejszych i większych założeń. Właśnie tak chciałem napisać to zdanie. Człowiek kreuje świat za pomocą swoich zmysłów. Rzeczywistość społeczna funkcjonuje tylko i wyłącznie w ludzkich umysłach, jest więc jeszcze bardziej subiektywna niż obraz świata. Dlaczego więc tak trudno zmienić konstrukt społeczny? Możliwe, że konstrukt ten ewoluował tak, by stać się czymś na czym można się oprzeć. Innymi słowy musiał być stabilny, bo tylko taki spełnia swoją funkcję. Wytworzyły się pewne sztuczne granice w naszym sposobie myślenia, które tak utrudniają przełamanie kulturowych barier, czy mentalnych kajdan.
sobota, 9 czerwca 2007
Dylemat konformisty
Aby utrzymać zdrowie psychiczne, muszę przyjąć, że większość ludzi obowiązują te same zasady logiki. Z tego samego powodu muszę stwierdzić, że większość ludzi po prostu nie przemyślała do końca sprawy swoich wierzeń. Może jest Bóg, może go nie ma z resztą, jakie to ma znaczenie tak naprawdę? Mam na myśli: Tu i teraz?
Jeśli masz chwilę, usiądź wygodniej i przeczytaj. Puść sobie miłą muzyczkę, może dzięki temu nie uznasz tego czasu za kompletnie stracony. Obiecuję, że nie będę agitował dla żadnych ze stron, a sytuacja jest wyssana z palca:
Staram się podtrzymywać obraz samego siebie jako człowieka w miarę sprytnego i inteligentnego. Z tego powodu, jeśli zapoznam się z ideą X, która wydaje mi się logiczna i koherentna, stwierdzam, że jest prawdziwa i się z nią zgadzam. Tym samym wysyłam przekaz do wszystkich myślących ludzi, którzy też popierają tą hipotetyczną teorię X: „Hej, jestem tutaj, tak samo sprytny jak wy. Uznaję te same zasady (np. logikę), co wy”. Tym samym, zauważony staję się częścią społeczności akceptującą teorię X, i sam biorę udział w akceptowaniu nowych członków teorii X. Nazwijmy to potrzebą aktualizacji obrazu własnego zdrowego rozsądku.
Poza byciem inteligentnym, mam też kilka innych celów, jednym z nich jest chęć bycia akceptowanym w rodzinnym kręgu. Chcę czuć wspólnotę z członkami mojej rodziny. Dlatego, że przypadkiem mam taką rodzinę a nie inną, innej mieć nie będę, dobrze jest czasami porozmawiać z nimi i czasami też nie naskakiwać na siebie z byle powodu. Jeśli jest to trudne o osiągnięcia, niekiedy jestem gotów do zrobienia kilku kroków do tyłu, w imię tejże wspólnoty, wartości, tradycji, czy jak to sobie ktoś tam wymyśli. Niech będzie to potrzeba bliskich więzów rodzinnych.
Jako istota społeczna, poza rodziną obracam się także w środowisku przyjaciół, znajomych, i mniej lub bardziej obcych ludzi. Z nimi także dobrze jest w miarę pokojowo współżyć. Choćby po to by mieć trochę spokoju od czasu do czasu. Choćby po to, żeby mieć z kimś wyjść na piwo czasem. Wreszcie po to, by móc uciec od wyżej wspomnianej rodziny kiedy okaże się, że nie jestem w stanie znieść bliższej z nią więzi. Tą chęć życia w najbliższym otoczeniu społecznym nazwę potrzebą społecznej akceptacji.
Pewnie można takich potrzeb wynaleźć jeszcze dużo, ale mi na razie te trzy wystarczą. Jeszcze raz: Potrzeba aktualizacji obrazu własnego zdrowego rozsądku, potrzeba bliskich więzów rodzinnych, i potrzeba społecznej akceptacji. Można powiedzieć, że uważam, te trzy rzeczy za najważniejsze w moim życiu. Zaspokojenie tych trzech potrzeb jest dla mnie niezbędne do dobrego samopoczucia. Wiedźcie również, że zostałem wychowany w Rzymsko-katolickiej tradycji, w miarę oświeconym państwie z całkiem niezłym (biorąc pod uwagę średnią światową) systemem edukacji. Światopogląd i religia nie jest tutaj sprawą życia i śmierci, nikt nie podkłada bomb by nawracać na swoją wiarę, nikt nie zamyka za przekonania w więzieniu. Nie czuję potrzeby, by jakoś szczególnie intensywnie rozmyślać nad tym jak powstał świat, po co żyję, i co będzie ze mną po mojej śmierci. Może jestem za bardzo zajęty pogonią za trzema wspomnianymi potrzebami i dodatkowo: karierą, pieniędzmi, przygodą, członkowstwem w mensie, czy tam jeszcze jakąkolwiek inną równie bezwartościową rzeczą.
W drodze do zaspokojenia mych potrzeb, trafiłem na uniwersytet. W programie studiów była seria wykładów na temat teorii Darwina. Po jednym z takich wykładów, podczas dyskusji zostałem skonfrontowany z pytaniem, czy uważam teorię ewolucji za sensowną i wyjaśniającą dostatecznie jasno historię powstania gatunku ludzkiego. Stoję przed setką ludzi, ludzi światłych i logicznie myślących. Świadom tego, że gdybym nie zgodził się z teorią Darwina, zostałbym zmiażdżony za pomocą logicznych argumentów. Nie myślę jednak o tym, że się boję argumentów. Nie boję się ich, ponieważ są one logiczne, a ja chcę być uważany za człowieka logicznego. Dlaczego miałbym właśnie teraz udawać kogoś nielogicznego? Chcę być uznany za inteligentnego człowieka, czy nie po to właśnie przyszedłem tutaj, na uniwersytet? Odpowiadam tedy, zgodnie ze swoim sumieniem, wiedzą i potrzebą, że: „Uważam teorię Darwina za całkowicie spójną, jasną i wystarczającą do wyjaśnienia historii powstania gatunku ludzkiego”.
Tydzień potem są Święta Bożego Narodzenia. Wspaniałe, tradycyjne, w gronie rodzinnym. Może nie ubóstwiam tych wszystkich rytuałów, może nie jestem całkiem za tym, by hołdować tradycję w bezmyślny i powierzchowny sposób. Jednak przyjeżdżam do domu na święta. Wszyscy robią co mogą by było przyjemnie. Kobiety zrobiły mnóstwo wspaniałego jedzenia, w zamian za co mężczyźni im nie przeszkadzali. Sam chodziłem po sklepach cały dzień (coś czego nienawidzę), by wybrać dla wszystkich prezenty (jakby to wyglądało, gdybym dostał coś od wszystkich, a sam nic nie dał!). Wszystko jest zorganizowane, wszyscy są pięknie ubrani i zasiadamy do wigilijnego stołu. Po wspólnej modlitwie (czego to się nie robi dla tradycji) zaczynamy jeść. Nagle moja babcia, bardzo schorowana, bogobojna kobieta, zaczyna mówić o młodych ludziach, którzy nie wierzą w Biblię. Widziała w telewizji program o nich. Jeden z nich mówił, że nie wierzy nawet w Boga, że wszystko da się wytłumaczyć dzięki teorii Darwina, a Bóg jest niepotrzebny. Drogi czytelniku, postaw się w mojej sytuacji teraz. Naprawdę zepsułbyś tą pieczołowicie zbudowaną atmosferę, zranił bliską osobę, o której stan zdrowia się obawiasz, a przy tym zrobił z siebie co najmniej dziwaka (przed chwilą sam klęczałeś przy modlitwie), i powiedział to samo co na auli po wykładzie? Jeśli tak, to jesteś odważnym, nieustępliwym, niezważającym na nic twardogłowym dogmatykiem i nadajesz się do sejmu. Ja, zapytany przez babcię co o tym myślę, powiedziałem: „Tak, dzisiaj naukowcy uważają, że pozjadali wszystkie rozumy. Za nic mają tradycję i Boga”.
W drugi dzień świąt udałem się, tradycyjnie już, z przyjaciółmi na piwo. Z niektórymi nie widujemy się przez cały rok i jest to jedyna okazja do przekazania sobie wieści, powspominania starych, dobrych (tylko stare są dobre) czasów i takie tam. Po kilku godzinach, i kilku piwach, rozgorzała dyskusja na temat wiary w Boga (jak święta to święta). Jeden z moich przyjaciół okazał się przemienić w zagorzałego ateistę, który otwarcie atakuje ideę Boga. Chodzi na manifestacje i regularnie oddaje mocz na drzwi plebani. Niestety dla atmosfery całego spotkania, drugi od niedawna należy do wspólnoty religijnej „Pan z nami”, dwa razy w tygodniu chodzą grupą po mieście i pukają do drzwi ujawnionych ateistów. Dyskusja stawała się coraz gorętsza. Każdy z nich postawił sobie za punkt honoru by udowodnić drugiemu kto rządzi światem. Co prędzej czy później musiało się to stać, jeden z nich zwraca się do mnie: Co ty o tym myślisz? Ciebie też już całkiem przekabacili? No i co miałem zrobić mądrale? Nie chodzi o to, że bałem się bronić mojego stanowiska. Chętnie przyłączyłbym się do dyskusji, bo już zaczynało mi się nudzić podczas gdy oni skakali sobie do gardeł. Chętnie wziąłbym stronę któregoś z nich i zakończył ten durny pijacki spór. Bardzo nawet chętnie. Tylko, że kiedy chciałem powiedzieć cokolwiek, na przemian przypominały mi się: uniwersytet i wigilijny stół. Próbowałem to zbagatelizować i po prostu wybrać którąś opcję ot tak, ale nie mogłem. Oboje są moimi przyjaciółmi, i nie mogłem jednego z nich skrzywdzić bez powodu. Chęć zaspokojenia trzeciej potrzeby była silniejsza. Powiedziałem więc: „Naprawdę nie wiem, dużo o tym myślałem, i póki co jestem agnostykiem”.
Gdy o tym teraz myślę – po prostu nie miałem gotowej odpowiedzi za każdym razem. Za to trzy potrzeby były tam, w mojej głowie. Gotowe do działania i modyfikowania mojego działania w każdej chwili. Wybrałem więc za każdym razem to co wydawało mi się ważniejsze. Czy postąpiłem źle? Poradziłem sobie w każdej sytuacji. Ukończyłem studia z niezłym wynikiem i jestem uważany za rozsądnego człowieka. Moja rodzina uważa mnie za dobrego jej członka i dobrze razem się czujemy. Nadal spotykam się z przyjaciółmi, nawet w pewnym sensie stałem się kimś w rodzaju rozjemcy, głosem rozsądku. Więc nie poszło tak źle. Tak naprawdę nie potrzebuję się decydować. Jeśli Bóg jest, to pewnie mnie zrozumie, jeśli go nie ma, to co za różnica.
Czasami tylko pojawia się to coś. Wiem, że to jest związane z moją postawą (a raczej jej brakiem) w wiadomej kwestii, ale na razie nie przeszkadza mi, więc nie będę się przejmował. Coś – to sen. W tym śnie stoję na środku auli i mówię: „Tak, dzisiaj naukowcy uważają, że pozjadali wszystkie rozumy. Za nic mają tradycję i Boga”, potem wyśmiany wracam do domu, staję przed moją biedną schorowaną babcią i wyznaję jej, że: „Uważam teorię Darwina za całkowicie spójną, jasną i wystarczającą do wyjaśnienia historii powstania gatunku ludzkiego”. W dodatku cały czas mam u boku swych wiernych przyjaciół, którzy z niedowierzaniem kręcą głowami. Przecież nie jestem chory psychicznie, nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Jak już ściemniać to w słusznej sprawie. Zastanawiam się tylko jeszcze nad dobrym powodem, dla którego mógłbym pociemniać samemu sobie. Przecież kiedyś będę musiał się zdecydować. Chyba, że niekoniecznie?
piątek, 8 czerwca 2007
Punkt bezbożnika
Dzisiaj miałem speaking CAE. Myślę, że nie było źle. Na pewno było lepiej niż na FCE. Tam była katastrofa, co potem miało odzwierciedlenie w ocenie. Tutaj przynajmniej przez cały czas mówiłem, chociaż sam słyszałem kilka błędów (oni pewnie więcej) to jednak chyba byłem komunikatywny.
Czytam cały czas tego Dawkinsa i jego God Delusion. To jest książka niesamowita. Naprawdę podoba mi się. Jest jasna, dowcipna. Niestety niczego mi nie udowodniła. Już dawno nie miałem wątpliwości co do tego, że boga nie ma, a agnostycyzm jest beznadziejną ucieczką od uczciwej odpowiedzi, na którą każde życie zasługuje. Książka ta niemniej pomogła mi w kilku sprawach. Po pierwsze i najważniejsze: Uświadomiła mi pewną prawdę.
Początkowo nie mogłem zrozumieć co oznacza to zdanie, o co w tym chodzi: „Świat boga jest zupełnie innym światem niż świat bez boga”. Dotychczas, na fali tzw. tolerancji, uważałem, że sprawa wiary lub niewiary w boga nie zmienia tak wiele w obrazie świata. Tym samym trochę żyłem w zawieszeniu – zagubieniu. Żyłem w świecie bożym, bez Boga. Obaliłem stwórcę i jego dzieło, zaprzeczyłem temu, że jestem mu wdzięczny bycie. Jednak mój system wartości, cała reszta nadbudowanych wartości, przyzwyczajeń, skrótów myślowych itp. pozostawała ta sama. Np. ciągle myślałem o mych czynach jako o „dobrych”, lub „złych”, ciągle z przyzwyczajenia pytałem się „sumienia”, co zrobiłem dobrze, do tego stosując chrześcijańską (oczywiście odpowiednio spersonalizowaną – inaczej się nie da) etykę. Stwierdzenie, że świat bez boga jest zupełnie innym światem trochę mnie na początku zdenerwowało (jak wszystko czego początkowo człowiek nie rozumie). Po jakimś czasie uderzyła mnie oczywistość tego stwierdzenia. Świat bez boga jest inny totalnie, tak inny, jak jeszcze nic przedtem. Jeszcze żadna rewolucja myślowa, pojęciowa, polityczna czy jakakolwiek inna nie przewróciła tak patrzenia na świat przez człowieka. Konsekwencje tego przewrotu są niemożliwe do przecenienia. Przewrót kopernikański, przy całym szacunku do jego wielkości, był sprawą w gruncie rzeczy techniczną, astronomiczną. Oczywiście pociągał za sobą przykre stwierdzenie, że nie jesteśmy pępkiem wszechświata, ale to nie przeszkadzało zachowywać się jakbyśmy nadal byli, bo przecież nie potrzebowaliśmy do tego jakiegoś ciała niebieskiego kręcącego się w którąkolwiek stronę. Mieliśmy zawsze boga, który nasz stworzył pępkiem. Odrzucenie boga równa się takiemu dużemu przewrotowi w myśleniu, że nie wiem czy do końca życia będę zdolny wykrzewić w sobie Judeo-chrześcijańską pokrętną logikę. Moje życie od tej pory nie jest nastawione na żaden wpływ aniołów, stróży, pokusy, ale przedewszystkim: żadne kary ni nagrody! Czy może być coś wspanialszego niż wziąć pełnymi piersiami oddech i nareszcie stwierdzić: Jestem odpowiedzialny za każdą cząstkę powietrza którą wciągnąłem do płuc. Jestem odpowiedzialny, jestem świadomy, jestem wolny. Do tego życie, które nigdzie się nie przedłuży, i nigdy się nie powtórzy (jeśli nie liczyć nietzschianskiego wielkiego powrotu) jest najwspanialszą przygodą jaka mogła się przydarzyć. Niczym więcej. Od tej chwili mogę sam tworzyć wartości, potem według nich żyć – to jest moje niebo. Sam mogę oceniać rzeczy, sam je mogę nazywać. Nie potrzebne mi do tego są żadne przykazania, żadne społeczne systemy etyczne. Jeśli będę chciał skończyć swe życie za chwilę, skończę je.
Tylko po co kończyć tak wspaniałe, przed chwilą zaczęte życie? Czyż nie lepiej iść do lasu, popatrzeć na cudowny splot miliardów przypadków, grę ewolucji? Czyż nie lepiej spotkać innego człowieka i popatrzeć na niego, jako na jeszcze jedno zwierzę, które otrzymawszy rozum, zwariowało na swoim punkcie?
Ktoś może powiedzieć, że to jest właśnie to czego się obawia, że religia jest pożyteczna bo kodyfikuje zestawy zasad moralnych i trzyma w ryzach krnąbrnych potencjalnych morderców i gwałcicieli w jakich zmieniłoby się większość ludzi gdyby im powiedzieć, że bóg nie istnieje. To jest właśnie cała esencja spojrzenia na świat ateisty! Wolność tworzenia to także możliwość niszczenia.
Jeśli ktoś uważa, że ludzie staną się krwiożerczymi bestiami bez religii, to czy nie przeczy samej religii, która mówi, że człowiek właśnie zwierzęciem nie jest? Jeśli ktoś mówi, że ludzi trzymać należy za mordy jak stado baranów, za pomocą tak „szlachetnego” wybiegu, to czy nie przeczy samej istocie tego wybiegu, który wpaja tym baranom, że stworzyciel dał im wolną wolę i umiejętność oddzielenia dobra i zła? Czyż nie jest o tym napisanych tysiące książek, cała historia Polski, że nawet najsłodszy zabór nie jest lepszy od gorzkiej wolności? Dlaczego wszyscy zachłystują się tą wizją, ale kiedy wręcza się im tą wizję w kategoriach osobistych, obawiają się „zepsucia moralnego”. Osobiście znam ludzi, którzy mówią, że za Hitlera nie było tak znowu źle, więc po co było z nim walczyć? By odzyskać wolność, dobre sobie. Po co komu wolność do bycia Polakiem, jeśli nie ma dosyć odwagi by wziąć na swoje barki wolności do bycia człowiekiem? Argumenty typu „kagańca moralnego”, nie tyle do mnie nie trafiają, co mnie oburzają. Jakim prawem ktoś nazywa mnie mordercą, zanim jeszcze pozwolił mi wziąć nóż do ręki?
Bardzo nie chciałem pisać tutaj prostego za i przeciw ateizmowi. Zapędziłem się. Już wracam do tego, jak bardzo innym jest spojrzenie na świat ateisty.
Otóż kwestia braku życia po życiu jest bardzo ważna, ale przecież nie fundamentalna. W gruncie rzeczy, niczym kopernikański przewrót, to czy będzie się żyło po śmierci czy nie, jest sprawą czysto techniczną z punktu widzenia życia ziemskiego, które tak czy inaczej skończyć się musi. Tym samym nie odmawiam wierzącym prawa do życia pełnią życia. Nie mam do tego podstaw. Uważam nawet, że pewne mistyczne przeżycia mogą pogłębiać odczuwanie niektórych aspektów życia. Niemniej przecież nie chodzi o to by coś odczuwać głębiej bądź płycej. Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że narkomani prowadzą najlepsze życie, bo odczuwają mistyczne przeżycia naprawdę głęboko.
Jest jednak kwestia samopoczucia. Uczciwego spojrzenia na świat, na prawa biologii, ewolucji i powiedzenie sobie: To wszystko po prostu nie ma sensu! Nie ma sensu wydzieranie się w kościele „Baranku boży który gładzisz grzechy świata”, co to jest za baranek co gładzi grzechy nie dowiedziałem się przez całą moją chrześcijańską karierę. Rzymianie za święte zwierzęta uważali byki. Cóż, jaka religia takie bóstwa. W chwili kiedy opadały łuski z moich oczu, nie mogłem się nadziwić tym wszystkim absurdom. Tym śmiesznym dziwacznym malowidłom przedstawiającym półnagich tłustych mężczyzn bez źrenic, z kręconymi włosami. Te cherubinki, tłuste pokraki z harfami. Zaprawdę wiem teraz jak czuli się odkrywcy antycznych świątyń. Absurd goni absurd. Ktoś najprawdopodobniej pomylił się w tłumaczeniu (fakt), i napisał, że Maryja była dziewicą, widzimy tłumy, nieprzebrane tłumy baranków bożych, którzy drą się o dziewicy która urodziła syna. Drą się tak mocno i wierzą w to tak niezbicie, że dali by życie swoje. Żałosne. Już samo uwolnienie z tego kręgu absurdu, z tego poniżającego spektaklu w XXI wieku jest wspaniałym uczuciem.
Jest jeszcze kwestia tego, jak traktujesz innych ludzi. Czy mam, jako ateista, jakąkolwiek inklinację, wskazówkę by traktować innego człowieka jako zło konieczne, jako coś co muszę tolerować bo inaczej wtrącono by mnie do więzienia? Nie. Nie mam. Traktuję innego człowieka jako współtowarzysza w rozumnej egzystencji, współprzedstawiciela gatunku ludzkiego. Jestem w stanie w imię dobra tego gatunku poświęcić wiele, ale tylko i wyłącznie z własnej woli i z powodu własnych przekonań. Czy nie zasługuję przez to na więcej uznania niż Ci, którzy „kochają bliźniego jak siebie samego” bo tak im kazano, i zagrożono im ogniem piekielnym jeśli się nie zastosują? Zaprawdę jestem dumny z mojej postawy. Ta duma jest warta tego by wyrwać się z systemu durnych nakazów i zakazów, które często zaprzeczają sobie nawzajem, jednak dziwnym trafem się nie znoszą (oko za oko, nadstawiaj drugi policzek, by podać jeden przykład).
Tym samym deklaruję się radykalnym ateistą. Nie agnostykiem, nie ekumenicznym bebłotem, ale prawdziwym ateistą, który nie da się wodzić za nos za pomocą naiwnych bajek o kotłach pełnych siarki. Darujcie sobie świątobliwi. Tak jak darowaliście sobie swoje życie.
czwartek, 10 maja 2007
Kontrolowanie wszystkiego
Piszę teraz bo coś mi się nie podoba w moim nastawieniu do życia. Myślę, podejrzewam, że za bardzo chcę kontrolować rzeczy i staję się przez to bardzo zgorzkniały. Poza tym ciągle poszukuję jakiejś formuły, która uwolni moją wyobraźnie i pozwoli mi wzlecieć, być bardziej aktywnym i kreatywnym, szczególnie w kontaktach z innymi ludźmi. Chyba chodzi tutaj o proste: Być bardziej wesołym i beztroskim, przynajmniej powierzchownie.
Dlaczego sądzę, że to przez chęć kontrolowania, tyle tracę? Ponieważ nie mogę dać sobie luzu, zapomnieć o tym, że trzeba się pilnować. Czy chodzi tutaj także o kontrolę nad samym sobą? Bardzo możliwe, że ciągle ćwiczę sam siebie, próbując być takim jakim chcę być, jakby nie wystarczyło mi to, kim już jestem. W ten sposób nigdy nie osiągnę nawet krzty zadowolenia, jeśli będę musiał zawsze dochodzić do tego jakim chcę być, na zasadzie kija i marchewki.
Potrzebuję czasami uspokojenia. Czuję to teraz. Czuję czasem, że nie potrzebne mi są szalone noce, wielkie wyprawy itp. Coraz bardziej raczej potrzebuję zwykłego oddechu. Trochę spokoju znajduję w pływaniu i bieganiu, ale to jest bardziej w sensie wyżycia się niż uspokojenia. Jak najbardziej ma to swoje pozytywne strony i nie chcę z tych rzeczy rezygnować, ale czy potrafię znaleźć spokój w zwykłym czytaniu książki (dla zwyczajnej przyjemności? Zauważyłem, że już nie czytam dla przyjemności, tylko zawsze w jakimś celu, żeby czegoś „się nauczyć”, jeśli książka dla przyjemności to przynajmniej po angielsku, żeby nie marnować czasu).
Metody w stylu wavebrain generator i inne cuda, nie bardzo mi się podobają. Wydaje mi się, że są krótkotrwałe, poza tym nie lubię być uzależniony od jakiejś maszyny, słuchawek itp. Wydaje mi się, że to jakim chcę być leży w zasięgu ręki, ale nie wiem jak po to sięgnąć. Bardzo chcę być coraz bliżej siebie, swojego ideału, jakim by nie był. Ciągle poszukuję celu. Myślę, że cel wyjaśniłby wiele i bardzo by mi pomógł, ale to nie jest do końca prawda. Dążenie do raz ustalonego i niezmiennego celu nie leży za bardzo w mojej naturze, bardziej wolałem zawsze poszukiwać i zmieniać, próbować. Cofać się i znowu jeszcze raz próbować.
Niemniej cel mógłby coś uporządkować. Moje życie osobiste wcale nie wygląda różowo. Czuję się jak zamknięty w klatce. Życie umyka, a moje młodzieńcze marzenia powoli stają się odległymi mrzonkami. Nie poddaję się całkowicie i ciągle walczę, ale trochę czasem jest to tak, że walczę tylko po to by się móc usprawiedliwić przed samym sobą. Chcę walczyć jednak i będę. Utrzymywanie pozorów leży w moim interesie tak długo jak pod nimi coś się jeszcze kryje. Chociaż mała iskra prawdziwego, szczerego mnie, który jeszcze czegoś chce, i który jeszcze przeciwko czemuś się buntuje.
Potrzebuję spokoju, który ostatnio odnajduję tylko we śnie, a przed snem powoli już nie ma o czym marzyć i pozostaje tylko czekać nań cierpliwie. Szkoda czasu na czekanie. Czy mam jeszcze raz powtarzać czego chcę? Jutro zadanie domowe: Przeczytać dzienniki z poprzednich miesięcy. Czego chciałem? Co z tego osiągnąłem? Czy ta inwestycja czasu i energii chociaż trochę zwróciła się? No jak?
czwartek, 15 marca 2007
Strach
Być może właśnie strach jest kluczowym czynnikiem. Nie może być porażki tam gdzie nie ma strachu. Strach skrzywia nasz osąd i zmienia nas w ofiary. Strach to nie to samo co świadomość zagrożenia. Mam na myśli strach fizjologiczny, z którym nie da się poradzić w prosty sposób, a na pewno bezcelowym byłoby zaprzeczanie jego istnieniu. Życie w strachu to życie ofiary czekającej na drapieżnika, z drugiej strony nawet najsilniejszy drapieżnik ma swoich śmiertelnych wrogów.
Pewnie nie jestem samotny w poczuciu zagubienia, nadal jednak czuję się osamotniony, i nie zmienia to faktu, ze poczucie zagubienia jest tak samo przejmujące gdy współodczuwa się je w nobilitującym towarzystwie kilku miliardów innych małp.
Nie chcę by tak wyglądało me życie, to nie jest to o czym marzyłem. Nie chcę też weryfikować moich marzeń ni też wymieniać je na marzenia o pieniądzach czy ludzkim podziwie. Zbyt wiele wiem o tym jak chciwość jest niezmienna w zmiennej naturze ludzkiej, i jak bardzo centrum naszych światów jest skoncentrowane w centrach nas samych. Tym samym nie wystarczy nawet by cel istniał do tego by był wart pójścia ku niemu (nie żebym znał taki).
Strach zniewala. Zabiera wolność. Brak strachu jest warunkiem koniecznym do uzyskania wolności. Jednocześnie może być najtrudniejszym do spełnienia, dlatego, że jest czysto fizjologiczny. Nie możemy w prosty sposób wpływać na to co się dzieje w środku naszych mózgów. Jedyne co mamy do dyspozycji to myśli, ulotne i ułudne. Których największą zaletą i wadą jednocześnie jest to, jak bardzo oddalone od rzeczywistości mogą być.
niedziela, 11 lutego 2007
Każdy jest wyjątkowy, ale wszyscy jesteśmy tacy sami
Ludzie uwielbiają myśleć, że są wyjątkowi. Często zwraca się uwagę w dziełach literackich, dysputach, rozważaniach na różnorodność ludzką. Czy jednak nie przesadzamy z tą różnorodnością? Czy aby na pewno różnimy się tak bardzo od siebie? Ludzkie inklinacje by tak sądzić biorą się z naturalnego wewnętrznego przekonania o własnej wyjątkowości. Dlaczego tak bardzo chcemy być wyjątkowi? Ponieważ chcemy oszukać cały świat, a by ta sztuka się udała, reszta ludzi musi być chociaż odrobinę głupsza od nas. Stosując jakąś formę strategii wobec innych ludzi, każdy chce zrealizować swoje cele. Abstrahując od charakteru tych celów, zakładam, że działania są podejmowane (lub racjonalizowane) zgodnie z jakoś pojętym zdrowym rozsądkiem. Istotne w tym jest tylko to, że człowiek zakłada, że posiada jakiś cel, oraz, że dysponuje jakimiś środkami, które pomogą mu ten cel osiągnąć. Nazwijmy to przekonanie subiektywnym przeświadczeniem o roli. Przeświadczenie to w połączeniu z zewnętrznym realnym światem daje osobliwą mieszankę zmysłowych sygnałów wtórnych ze środowiska, które możemy tymczasowo traktować jako zwrotne informacje na temat skuteczności podjętych działań, oraz wszelkich rodzajów zniekształceń, stereotypów, wypełnień informacyjnych związanych z brakiem prawdziwych informacji, oraz osobistych tendencji do traktowania „rzeczywistości”. Mieszanka ta, jest przetwarzana jako „sytuacja”, analiza „sytuacji” (jeśli można w ogóle o czymś takim mówić w przypadku życia codziennego większości z nas), jest następnie zniekształcana przez szereg innych czynników, takich jak heurystyki poznawcze lub inklinacje, w efekcie powstaje konstrukt, który staje się podstawą do ponownego definiowania celów. Konstrukt taki w istocie może i z pewnością jest w każdym przypadku egzystencji ludzkiej zupełnie inny i oryginalny. Nie oznacza to jednak, że różnimy się od siebie wiele jeśli chodzi o ogólne reguły funkcjonowania naszego ciała i umysłu.
Niezależnie od tego co mówimy i jak bardzo się staramy odróżnić od otoczenia, wyrazić swoją oryginalność (co dziwne: w tym samym czasie równie gorliwie próbujemy ukryć ów konstrukt celów, ponieważ wszyscy jak jeden wierzymy, że jesteśmy na tyle sprytni, że zrealizujemy swój plan za pomocą serii właściwych posunięć, pozostawiając w ukryciu prawdziwe intencje, uzewnętrzniając jedynie półśrodki), lubimy to co inni, chodzimy tam gdzie inni i poddajemy się wpływowi czynników które tak samo działają na innych. Przede wszystkim zaś, nawet największy buntownik potrzebuje innych ludzi, by móc wyrazić swój bunt. To inni ludzie są lustrami w których możemy się przejrzeć i tylko spotykając innych ludzi możemy odnowić swój „konstrukt”.
Pieniądze na giełdzie pochodzą od inwestorów, dzielą się oni na dwie grupy: Rekiny i płotki.
Rekiny zarabiają na giełdzie krocie, bogacą się pieniędzmi innych inwestorów, którzy dopiero na giełdę wchodzą. Płotki chcą być rekinami, ale tylko nieliczne płotki staną się nimi. Zasoby są ograniczone liczbą nowych inwestorów, czyli nowych pieniędzy, które mogą wpłynąć na giełdę. Im więcej płotek tym lepiej dla rekinów, im więcej rekinów tym gorzej dla płotek. Rekiny nie mogą płynąć na północ wtedy kiedy płotki płyną na północ, rekiny wtedy płyną na południe i otwierają swoje paszcze, i łapią tyle ile zdołają.
Dlatego właśnie wskazania barometrów nic nie wskazują. Każdy inwestor ma jeden głos w badaniu barometru, ale wpływ różny, zależny od grubości portfela. Kiedy większość oczekuje wzrostów – płotki oczekują wzrostów. Rekiny wtedy mają jedyną szanse by upłynnić swoje ogromne środki, i sprzedają mniej lub bardziej ostrożnie płotkom ich hossę. Płotki kupują dopóki nie zorientują się, że właśnie stały się źródłem kapitału dla rekinów, kiedy się zorientują, ich nastroje spadają. Wskazania barometru również. Wtedy płotki chcą się załapać na ostatnie fale umierającej hossy, a następnie uratować co się da i sprzedają to co kupiły od rekinów. Rekiny wtedy (znowu sprzecznie ze wskazaniem barometru), odkupują swoje papiery, kupując od płotek ich bessę. Nie dzieje się to na zasadzie prostej wymiany, na trendy wpływ ma ogromna ilość innych czynników. Jednak tak mniej więcej działa mechanizm dzięki którymi rekiny stają się tłustymi żarłaczami i rosną w siłę zawsze szybciej od rynku. Wszystko jest w porządku, kiedy na giełdę płynie dostateczna ilość gotówki, by zaspokoić apetyty rekinów, i przy okazji zapewnić przyzwoity zysk płotką. Mechanizm staje się wtedy podobny do piramidy finansowej. Coraz większa ilość gotówki jest coraz większym źródłem dochodów dla stojących najwyżej.