niedziela, 24 maja 2009

Współodpowiedzialność

Wiki: „Synergia, efekt synergiczny - współdziałanie różnych czynników, którego efekt jest większy niż suma poszczególnych oddzielnych działań.” Zastanówmy się nad pewną bardzo specyficzną konsekwencją wynikającą z efektu synergii w dziedzinie kontaktów interpersonalnych. Współpracując z ludźmi osiągamy większe korzyści niż gdybyśmy coś robili sami. Dzieje się tak gdy każdy z partnerów doda swój wkład. Każdy zatem powinien być odpowiedzialny za tą swoją działkę np. jakiego projektu, która jest mu przydzielona i oczekiwać, że każdy inny też jest odpowiedzialny za swoją. Jednak moim zdaniem tutaj strefa odpowiedzialności się nie kończy. Prawdziwy efekt synergii jest dużo łatwiejszy do osiągnięcia i jest też większy, jeśli każdy kooperant czuje się odpowiedzialny nie tylko za swój wkład, a także za całość przedsięwzięcia. By tak było musi więc czuć się odpowiedzialny za pracę innych kooperantów. Z początku wydaje się to niedorzeczne. Przyjęło się bowiem uważać, że odpowiedzialność powinna być jasno rozgraniczona i zdefiniowana. Wcale nie neguję takiego podejścia, ale tylko jeśli mam na myśli odpowiedzialność prawną. Oczywistym jest, że w prawie musimy mieć jasny podział odpowiedzialności. W przeciwnym razie nie bylibyśmy w stanie wyegzekwować pożądanych zachowań od jednostek nie mających wewnętrznej do nich motywacji. To paraliżowałoby życie społeczne.

Mówiąc jednak o współodpowiedzialności w celu osiągnięcia efektu synergii, mam na myśli jednokierunkowe poczucie odpowiedzialności (bez wymagania jej od innych stron). Pomyślmy co by się stało, jeśli przy tworzeniu np. samochodu każdy projektowałby swoją działkę bez uwagi na efekt końcowy. Dochodziłoby do serii konfliktów i nieporozumień. Dlatego takie projekty są koordynowane, a projektanci muszą trzymać się wytycznych narzuconych przez szefa projektu. Przy wielu tego typu projektach wzgląd taki jest egzekwowany za pomocą reguł i norm. Jednak w życiu mamy często sytuację gdy nie stosujemy współodpowiedzialności, bo nie zauważamy jej istotnej roli. Pomyślmy o zwykłych codziennych sytuacjach, takich jak prowadzenie samochodu. Kierowca jest odpowiedzialny za bezpieczną podróż, ale współpasażerowie także mają na to olbrzymi wpływ. Powinni stworzyć atmosferę sprzyjającą skupieniu się kierowcy. Powinni także reagować gdy kierowca narusza zasady bezpieczeństwa – czyli właśnie przejmować odpowiedzialność za końcowy efekt. Gdy przyjrzymy się wszelkim sytuacjom w życiu codziennym, w pracy, na ulicy, w szkole – wszędzie odnajdziemy takie elementy niezbędnej współodpowiedzialności. Czasami jest ona oczywista i wyraźna, a czasami trzeba się głębiej przyjrzeć by ją odnaleźć. Jednak to tam właśnie najbardziej opłaca się jej szukać. Ponieważ jeśli jej nie widzimy to oznacza, że do tej pory robiliśmy coś nieefektywnie i znalezienie jej pozwoli nam bardzo szybko uzyskać lepsze rezultaty.

piątek, 8 maja 2009

Rezultaty których nie chcemy

W moich rozważaniach nad motywacją natknąłem się na bardzo mylącą rzecz. Przyjęło się uważać, że jeśli będziemy dostatecznie dużo oczekiwać od życia to życie odwdzięczy się tym tego oczekujemy. Jeśli będziemy wystarczająco mocno zmotywowani to osiągniemy wszystko. Dzisiaj odpowiedziałbym na to: Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego jak wiele oczekujemy i czy te nasze oczekiwania są prawidłowo wyrażone. Wyobraźmy sobie biegacza, który regularnie trenuje i ma wysokie oczekiwania względem siebie. Mianowicie założył sobie, że co miesiąc będzie pobijał swój życiowy rekord. Od razu widać, że takie oczekiwanie nie jest na dłuższą metę utrzymywalne. Z początku idzie łatwo, ponieważ bardzo szybko widać pierwsze postępy. Jednak w miarę upływu czasu biegacz ten przekonuje się, że bywają dni lepsze i gorsze, a forma fizyczna polepsza się i pogarsza bez wyraźnych przyczyn. W końcu dojdzie on do punktu w którym będzie musiał uznać, że jego oczekiwania są nierealne, lub zniechęcony zaprzestanie treningu.

Niestety zauważyłem, że w moim życiu bardzo często zachowuję się jak taki biegacz. Nie mam sprecyzowanych celów, a jedynie kierunki w których chciałbym się poruszać. Na pytanie ile chciałbym zarabiać odpowiadam – więcej. Ile chciałbym wiedzieć? Więcej. Ile chciałbym zwiedzić? – Więcej itd. Oczekiwania te są oczywiście tyle niedoprecyzowane co nieutrzymywalne. W rzeczy samej brak konkretnej odpowiedzi na takie pytania prowadzi do zatarcia motywacji. Pomijając w tej chwili inne ograniczenia jakie zatrzymują mnie – bezzasadne oczekiwanie „więcej, ale na pewno nie mniej” wręcz zniechęca do wysiłków.

Wracając do biegacza – wyobraźmy sobie jego ulepszoną wersję. Tym razem biegacz ten przyjął realne i konkretne założenie wyniku jaki chce osiągnąć. Trenuje ciężko by dopiąć swego i albo to osiąga albo jest zmuszony skorygować swe oczekiwanie w dół. Pytanie jakie się jednak nasuwa brzmi: Co dalej, jeśli biegacz osiągnie zadany sobie wynik? Oczywiście może zadowalać się utrzymywaniem w odpowiedniej formie, ale intuicyjnie wiemy, że utrzymywanie dokładnie takiej samej formy nie jest realne. Musi ona się polepszać i pogarszać więc dlaczego nie przyjąć nowego, wyższego celu? W ten sposób znajdujemy się albo w ślepej uliczce (wynik osiągnięty i koniec treningów) albo z powrotem w sytuacji pierwszej (ciągłe podwyższanie celów w nieskończoność, tym razem w formie metody kija i marchewki).

Widzimy na tym przykładzie, że o ile sytuacja druga jest lepsza od pierwszej, to jednak nie jest dobrym rozwiązaniem w dłuższym terminie. Dlaczego tak się dzieje? Moim zdaniem problem leży nie w tym gdzie postawimy sobie poprzeczkę, ale w tym, że chcemy ją za wszelką cenę stawiać. Wynik jaki osiągamy (w jakichkolwiek jednostkach go nie mierzyć) jest jedynie skutkiem naszych działań. Wynik na mecie jest skutkiem treningu, a nie odwrotnie. Złapałem się na tym, że często stawiam sprawy na głowie właśnie przedstawiając sobie skutek jako przyczynę (pracuję bo chcę zarabiać, biegam bo chcę być w formie itd.). Czy jednak tak musi być? Moim zdaniem nie. Najpiękniejsze w czynnościach, które uwielbiam wykonywać jest samo ich wykonywanie. Jeśli naprawdę czegoś chcę to cieszę się na samą myśl, że mnie to czeka. W ten właśnie sposób odróżniam to co mnie pasjonuje od tego do czego jestem zmuszony. Nie przyszłoby mi do głowy ustanawiać sobie poprzeczek w czynnościach których wykonywanie jest dla mnie czystą radością. Niemniej – jeśli zauważam w nich swój postęp – cieszę się jeszcze bardziej. W żadnym zaś razie brak takiego postępu nie zraża mnie do ich wykonywania, a co najwyżej do przemyślenia sposobu w jaki je wykonuję.

Oczywiście są sytuacje w których postawienie sobie poprzeczki jest niezbędne. Czasami gonią nas terminy, oczekiwania, zobowiązania. Nie pozwólmy jednak by wszystko co robimy było robione pod takie dyktando. Cała sztuka polega na właściwym sformułowaniu swojej motywacji. Jasne i przejrzyste cele motywują nas do działania, ale cele źle postawione mogą nad z tego działania odebrać całą przyjemność.

Tak zatem tłumaczę przewrotny tytuł. Jeśli podejmujemy jakieś działanie tylko i wyłącznie ze względu na oczekiwany konkretny wynik, a nie pasję i przyjemność – odbieramy sobie tą przyjemność utrudniając osiągniecie wyniku, a kiedy już go osiągniemy to będzie to puste zwycięstwo w wyniku którego znajdziemy się w pustym zaułku lub wyścigu szczurów.

niedziela, 3 maja 2009

Granice do pokonania

Mechanizm podejmowania decyzji nie jest trudny do zgłębienia. Decyzjami kierują nasze emocje. Jeśli nasza „emocjonalna aparatura” działa bez zakłóceń to jesteśmy w stanie podejmować decyzje krótko i długoterminowe zgodnie z tym co uważamy za słuszne. Bardziej ciekawi mnie mechanizm wdrażania tych decyzji w życie. Często jest tak, że mimo wiedzy o dobrych skutkach danego postępowania nadal nie jesteśmy w stanie wdrożyć decyzji o jego podjęciu. W miarę prosto da się to wytłumaczyć w przypadku nałogów. Rzucenie palenia jest trudne. Palacz wie, że sobie szkodzi, że palenie pogarsza jakość jego życia, a jednak trudno mu wdrożyć decyzje o zmianie swego postępowania. Można to tłumaczyć fizycznym i psychicznym uzależnieniem od substancji i rytuału i w ten sposób problem rozwiązać. Niestety wiele więcej decyzji przed którymi stoimy każdego dnia nie poddaje się takiemu prostemu wytłumaczeniu. Odchudzanie, nauka języków obcych, pójście do dentysty, oszczędzanie zamiast zadłużania się i wiele innych. Okazuje się, że sama wiedza o niekorzystnym wpływie status quo nie wystarcza do jego zmiany. Odkrycie banalne, ale pozwala nam przyjrzeć się bliżej tej „niemocy”.

Klucz leży nie tyle w samej decyzji co w zmianie paradygmatu. Przesunięcie od „dobrze by było, gdyby było inaczej” do „co powinienem zrobić by było inaczej”. W pierwszej wersji po prostu uznajemy fakt, że nie jest tak jakbyśmy chcieli. Jednak nie robimy nic by to zmienić. Być może tłumaczymy to niedostatkiem zasobów takich jak czas lub pieniądze, a być może czekamy na jakiś opad losu, który postawi nas w żądanej sytuacji bez żadnej inicjatywy z naszej strony.

W ten sposób docieramy do dwóch granic, które uważam za kluczowe w motywowaniu siebie. Pierwszą granicą jest wspomniane wcześniej uznanie stanu bieżącego za niekorzystnego i identyfikacja stanu pożądanego. Po przejściu tej granicy człowiek odczuwa napięcie ponieważ uświadomił sobie, że jego położenie nie jest takie jakiego by oczekiwał. To napięcie osiąga różne natężenie. Może to być lekkie, pojawiające się od czasu do czasu wyobrażenie o stanie pożądanym, któremu towarzyszy westchnienie. Może to być bardziej intensywna irytacja i odpływanie w marzenia. Napięcia te pogarszają nasze samopoczucie i często powodują pogorszenie relacji z najbliższymi (tym bardziej, jeśli ich bezpośrednio dotyczą).

Podjęcie konkretnego działania i próba złagodzenia napięcia wymaga przekroczenia drugiej granicy. Jest to granica „nigdy więcej”. Po osiągnięciu tego punktu człowiek jest zdeterminowany i rozpoczyna działanie. Dlaczego nazywam to granicą, a nie po prostu podjęciem decyzji? Ponieważ chcę uchwycić płynność tego zdarzenia i podatność na wiele czynników zewnętrznych. Podjęcie decyzji sugeruje, że osiągnęliśmy pewien stan, dojrzałość do niej. Przekroczenie granicy następuje czasami w nieoczekiwanych momentach. Tutaj dochodzę to trzeciego ważnego punktu: Wyzwalacza zmian.

Wyzwalacz zmian to zdarzenie, okazja, szansa, uświadomienie sobie czegoś, wszystko to co popycha nas do działania. Często wyzwalaczem jest okazja. Okazję rozumiem jako stanięcie przed wyborem, którego jedną z możliwych alternatyw jest ułatwione przejście do stanu pożądanego. By okazja mogła stać się wyzwalaczem, musi być dostatecznie atrakcyjna by dosięgnąć nas na kontinuum dwóch decyzji. Czasami, jeśli napięcie wywołane stanem niepożądanym nie jest dostatecznie duże, stosunkowo atrakcyjna okazja nie stanie się wyzwalaczem. Innym razem, gdy będziemy o krok od osiągnięcia drugiej granicy, wyzwalaczem może być okazja o wiele mniejszej potencjalnej sile wyzwalania zmian.

Teraz, gdy mniej więcej wiemy jak to działa, należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego tak wielu ludzi nie przeprowadza konsekwentnie zmian w swoim życiu. Powyższy teoretyczny opis nie oddaje trudności z jaką ludzie przechodzą te dwie granice. Pierwsza granica to przeważnie konieczność przyznania się do porażki. To nikomu nie przychodzi łatwo. To także wytworzenie napięcia, które łatwiej jest stłumić lub odsunąć (za pomocą alkoholu, hobby, zaprzeczenia, usprawiedliwiania się itd.) niż przejść do szukania dróg do lepszego życia. O ile jednak pierwsza granica zostanie osiągnięta, to droga do drugiej jest o wiele dłuższa, a samo osiągnięcie jej bardziej problematyczne. Wiąże się to często z pójściem pod prąd. Złamaniu stereotypów, przekroczenia barier społecznego przyzwolenia, status quo. Do tego już potrzeba albo wielkiej determinacji, albo wielkiej siły. Skąd przecież wziąć tą siłę, skoro przez całe życie tkwiło się w marazmie, poddając się losowi?