piątek, 31 grudnia 2010

Dlaczego?

Mając to pokazane, co mogę zrobić, wiedząc, że myśli wyższego stopnia mogą modelować myśli niższego stopnia (nigdy na odwrót). NLP na przykład jest na samym końcu łańcucha, a rewolucjonizuje moje życie.
Dzisiaj usłyszałem jak Bandler mówił (tłumaczenie bardzo rozmyte):
"Często ludzie czekają aż wydarzy się coś co wprawi ich w dobry nastrój, czasami próbują wywołać coś, co będzie w stanie to zrobić, ale prawda jest taka, że jeśli nie jesteś w stanie wygenerować pozytywnego uczucia, to nic nie jest w stanie go u ciebie wywołać. Prawidłowa kolejność jest taka, że najpierw ty czujesz się dobrze, a potem wywołujesz pozytywne wydarzenie".
Myślę, że dzieje się tak dlatego, że:
Pozytywne emocje nie są wywoływane przez to co nas spotyka, to są tylko nasze reakcje na to co nas spotyka. Może i reakcje są uwarunkowane, ale uwarunkowanie można przerwać, zmienić, odwrócić zrobić z nim co tylko chcesz. Równie dobrze możesz sobie odpuścić ten wysiłek i wywołać uśmiech od zaraz, ponieważ uśmiech jest w stanie modelować twoje myśli, a one modelują twoje emocje, a one modelują twoje samopoczucie.
Nie wydaje mi się, by określenie dlaczego robimy to co chcemy było trudne. Zrobiłem to powyżej. Czasami jednak zdarza się, że robimy coś, czego — jak się nam wydaje — nie chcemy. Moim zdaniem dzieje się tak wtedy gdy występuje konflikt dwóch czynników motywujących. Na przykład jeśli wiesz, że coś jest dla ciebie dobre w dłuższym terminie, np zdrowe odżywianie się, a coś innego jest dobre tylko w krótkim terminie, np zjedzenie tabliczki czekolady, to występuje konflikt terminów. Naturalna dla człowieka preferencja czasowa będzie zawsze pchać nas w kierunku bliższego terminu, a tzw rozsądek jest oczekiwaniem dobrego rezultatu w dłuższym terminie.
Kolejnym problemem jest dychotomia emocjonalnego mechanizmu podejmowania decyzji. Z jednej strony uciekamy od cierpienia, a z drugie dążymy do szczęścia. Może się zdarzyć, że ucieczka od dużego i długiego cierpienia w długim terminie nie przeważy ucieczki od mniejszego cierpienia w krótkim terminie (np pójście do dentysty), albo dążenie do krótkoterminowej większej przyjemności, którą natychmiast zastąpi duże cierpienie przeważa dążenie do długoterminowego braku tej przyjemności i braku cierpienia (zachowania kompulsywne).
Jakie wnioski?
Zgodnie z tym co mówi Bandler: "Rather than doing something out of desperation - you should do everyghing out of fascination."
1. Jeśli możemy coś zrobić uciekając od cierpienia bądź dążąc do przyjemności, zawsze wybieramy to drugie.
2. Jeśli nie masz pojęcia jakiego zakończenia CHCESZ, może się okazać, że sam doprowadzisz do zakończenia jakiego NIE CHCESZ. Dlatego jedną z najważniejszych rzeczy jest wiedzieć czego się CHCE. Wtedy konflikt terminów będzie występował bardzo rzadko.
3. Modelując swój nastrój tu i teraz nigdy nie bądź zuchwały. Nie oczekuj, że w sekundę z ponuraka zmienisz się w wesołka. Zamiast tego ja mówię sobie: "Jestem pewien, że mogę zmienić swój nastrój o odrobinkę, poczuć się troszeczkę lepiej, założyłbym się, że tyle potrafię". Wszystkie emocje działają jak sprężenie zwrotne (najlepiej to widać na przykładzie strachu), więc jeśli tylko znajduję się na dobrej drodze, tworzę pętle, która po pewnym czasie sprawia, że moje samopoczucie przerasta moje najśmielsze oczekiwania!

piątek, 17 grudnia 2010

Moje GTD przed rozpoczęciem GTD

Jak głodny człowiek czasem zatrzyma się nad smacznym posiłkiem, jeszcze przez chwilę chcąc się delektować swym łaknieniem, wspaniałym widokiem jedzenia i jego zapachem, które nigdy nie są tak pociągające i cudowne jak w tej chwili, tak ja piszę dzisiaj.
Kiedy byłem małym chłopcem...
Chodziłem z głową w chmurach. Czasami nostalgia znajdywała mnie wkładającego skarpetkę i tak mogłem siedzieć ze skarpetką w ręku, aż mama nie wpadała z krzykiem do pokoju, że przecież już powinienem wyjść do szkoły. Innym razem wychodziłem do szkoły bez tornistra albo w pidżamach. Byłem marzycielem, pisałem wiersze od wczesnej podstawówki i miałem mnóstwo wspaniałych pomysłów w głowie. Nigdy nie przejmowałem się przyziemnymi sprawami i nie było to w 100% zasługą beztroskiego dzieciństwa, bo wielu ludzi uważałoby je za trudne. Po prostu miałem to wszystko gdzieś.
Potem skończyłem studia i z paniką w oczach stwierdziłem, że czas zabrać się "za życie". To była zła decyzja. Zatrudniłem się i trudnię się bardzo do dzisiaj. Zamiast robić coś co kocham — pracuję.
Na szczęście nie dałem się pozbawić talentu do wybierania sobie lektur. Dzięki temu udało mi się trafić na kilka bardzo dobrych książek i parę świetnych blogów. Uświadomiono mi tam, że tak być nie musi do końca mych dni.
Zacznę od tego, że podstawowym celem zawsze było i jest podniesienie jakości życia, satysfakcji, głodu życia i dobrego humoru. Nie obchodzi mnie "oszczędzanie czasu" ani zdobywanie pozycji społecznej, a pieniądze interesują mnie jako wyznacznik tego, że żyję produktywnie. Oczywiście pracuję nad tym by produktywność szła w parze z pasją, ale po kolei...
Na poważnie zainteresowałem się technikami organizacji życia, kiedy na dobre zdałem sobie sprawę, że tym co mnie hamowało nie był brak czasu ani zasobów, ale różnorodność spraw ścigających mnie każdego dnia. Teraz widzę, że ilość zobowiązań i wyzwań w pracy oraz tych, jakie brałem na swoje barki po pracy, zwyczajnie przewyższały moje możliwości.
Pierwszym systemem jaki próbowałem zastosować był zwykły książkowy kalendarz. Próbowałem tam zapisywać rzeczy, które planowałem wykonać. Niestety metoda ta okazała się totalnym niewypałem:
  1. W kalendarzu zwykle zapisujemy to co się dzieje na bieżąco i potem bardzo trudno jest zebrać wszystkie informację dotyczące jednego projektu/sprawy. Są one porozrzucane w iluś tam częściach w przypadkowych odstępach czasu.
  2. To co zapisujemy zostaje na zawsze. Nie możesz niczego zmienić - musisz ciągle dopisywać nowe informacje. Potem bardzo trudno dotrzeć do tego co aktualne, a co już nie. Czasami jakaś informacja jest ważna, potem wydaje się mało ważna, by potem znowu się okazać ważną. Wyobrażasz sobie więc jak wygląda to na papierze.
  3. Podstawową wadą kalendarza książkowego (i jak się potem okazało niemal wszystkich innych moich późniejszych systemów), było zbyt łatwe uleganie skłonności do przeceniania swych możliwości w przyszłości, co w połączeniu z preferencją czasową, zamiast do wykonania zaplanowanych czynności, prowadzi do frustracji i poczucia bezradności.
  4. Zadania ważne i błahe mieszają się ze sobą. Brak wyraźnego rozróżnienia co jest ważniejsze, prowadzi do mieszania priorytetów, co potrafi być bardzo deprymujące. Np. Założyłem sobie codzienne 30 minut nauki obcego języka, i utrzymywałem tę dyscyplinę przez dwa tygodnie. Jednak pewnego dnia zwyczajnie zabrakło mi czasu i miałem wybór - ostatnie 30 minut poświęcić na naukę języka lub na dokończenie pewnego projektu. Gdybym miał wyraźnie określone priorytety wiedziałbym, że w tym przypadku dokończenie projektu jest absolutnie ważniejsze, ale stojąc przed dwoma równorzędnymi zadaniami, może się wydawać, że opuszczenie 30 minut nauki zaprzepaści całe dwa tygodnie żelaznej dyscypliny, a projekt równie dobrze można dokończyć w dniu następnym.
  5. Skomplikowane zadania, które wymagają wykonania kilku innych złożonych zadań są absolutnie nie do ogarnięcia w tym systemie. Efektem jest to, że nie możesz mieć w tym samym czasie więcej niż 1-2 skomplikowanych zadań, bo zwyczajnie ich nie ogarniesz, lub ogarniesz w stopniu niewystarczającym.
Drugą desperacką próbą uporządkowania mojego życia był kalendarz w Outlooku. Niestety jego wyższość polegała tylko na tym, że teraz mogłem nadpisywać wydarzenia, więc nie musiałem się po sobie doczytywać. Wszelkie inne wady nowy system przejął od starego.
Wtedy odkryłem listę zadań w Outlooku. To był znaczący krok naprzód. Teraz miałem szczegóły każdego problemu w pojedynczym zadaniu, nadpisywanie oraz niezależność od sekwencji dni. Niestety nierealistyczne założenia ciągle dawały się we znaki. Do tego brak możliwości rozbicia zadań na kilka podzadań wymagał skomplikowanych zabiegów edycyjnych, co spowalniało cały proces. No i nadal nie stosowałem priorytetów. Okres ten wspominam bardzo niemiło. Ciągle "brakowało mi czasu", próbując wykonać wszystkie narzucone sobie w przypływie niepoprawnego optymizmu zadania zaniedbywałem sprawy najważniejsze.
Wtedy natknąłem się po raz pierwszy na profesjonalne opracowania systemów organizacji życia. Największym przełomem wtedy był dla mnie kwadrant priorytetów S. Cove'a. Po przeczytaniu The Seven Habits of Higly Effective People, zrozumiałem, że moje próby uporządkowania życia wprowadziły wiele szkodliwego chaosu. Niestety narzędzia jakimi się posługiwałem przestawały mi wystarczać. W tym czasie przeszedłem na RTM i Astrid, ale skomplikowane procesy synchronizacji, które gubiły całe zadania sprawiały więcej problemów niż przynosiły pożytku. Pewnego dnia stwierdziłem, że potrzebuję porządnego systemu do zarządzania czasem i poświęciłem około sześciu godzin na ściąganiu triali, freewarów, sharewarów, próbowaniu systemów online i wszystkiego co internet ma do zaoferowania w tej dziedzinie. Byłem gotów zapłacić sporą sumę jeśli znalazłbym coś co posiadałoby wszystkie wymagane funkcje. Okazało się, że nie muszę. Darmowy program ToDoList okazał się strzałem w dziesiątkę. Jego największą zaletą jest elastyczność. Wielość funkcji na początku przeraża, więc od razu prawie wszystkie wyłączyłem :) Dodałem z biegiem czasu tylko te, które wydały mi się niezbędne i teraz mam naprawdę skromną, działającą "z pendriva", szybką i wszechstronną aplikację do zarządzania swoim życiem.
Oczywiście, nawet najlepsza aplikacja nie zastąpi zdrowego rozsądku, a teraz nawet uważam, że mógłbym równie dobrze zorganizować się za pomocą luźnych kartek papieru i ołówka. Po prostu teraz wiedziałbym jak się do tego zabrać.
Od pewnego czasu zaobserwowałem bardzo pozytywne zmiany w moim życiu. Doba ma na szczęście nadal aż dwadzieścia cztery godziny, a ja przesypiam osiem z nich. Niemniej uporządkowanie wszystkich spraw sprawiło, że mogę wykorzystywać bardziej efektywnie pozostałych szesnaście godzin. Co więcej, jestem w stanie zarządzać wieloma skomplikowanymi projektami równocześnie, uwalniając swój mózg od pamiętania o uciążliwych detalach, datach, szczegółach itp. Dzięki temu mogę znowu, jak za dawnych czasów chodzić z głową w chmurach, nastawiony absolutnie na kreatywność i dobre samopoczucie. Z tą różnicą, że tym razem jest lepiej - nie ponoszę negatywnych konsekwencji. W takim momencie zabieram się za czytanie Get Things Done i jestem pewien, że nauczę się wiele z tej książki.

czwartek, 9 grudnia 2010

Trochę o emocjach

Co zrobić by wszyscy mnie lubili, chcieli ze mną przebywać, a świat otworzył przedemną wszystkie drzwi swych możliwości?

- Poczuć się dobrze.

Jeśli chcesz by ludzie naprawdę cię polubili, musisz zdać sobie sprawę z tego, że nie potrzebujesz żadnych związków (nie chcesz być związany), nie potrzebujesz także wskazówek ani instrukcji (kto lubi by mu wskazywano lub go instruowano?), nie są ci potrzebne sztuczne uśmiechy ani tematy konwersacji. Ogólnie możesz spokojnie odrzucić wszystko co jest rzeczownikiem, ponieważ rzeczowniki udające czasowniki są tylko imitacją procesów, a my potrzebujemy właśnie procesów. By inni cię lubili musisz lubić siebie – to jest fundament. Musisz lubić innych – to ściany. Musisz szczerze cieszyć się obcowaniem z sobą i innymi – to dach. Reszta to upiększenia i udziwnienia.

Wszelkie poradniki i książki typu „100 sposobów by być szczęśliwym” przekazują nam wiele technicznych informacji jak „powinniśmy” działać by osiągnąć cel. Ludzie zwani autorytetami tylko dlatego, że przez X lat powtarzali jakieś memy za innymi autorytetami, pouczają nas i pokazują jak powinien wyglądać świat. Tymczasem wszelkie te informację to kognitywne wynurzenia, zero-jedynkowe prawdy lub fałsze, których nikt nigdy nie zweryfikuje w praktyce, ponieważ każdy z nas jest człowiekiem, a nie maszyną. Dosyć sprawnie tworzymy konstrukty rzeczywistości w naszych głowach, wirtualne rzeczywistości, gdzie logiczne następstwa zdarzeń są przewidywalne. Jednak świat wydaje się być: nielogiczny, niesprawiedliwy i nieuporządkowany. Być może chaos jakiego doświadczamy ma jakiś nadrzędny porządek, którego nie jesteśmy w stanie objąć, być może obejmą go fizycy w którejś kolejnej genialnej teorii. Tu i teraz jednak jesteśmy skazani na nieodnalezienie się w bezmiarze bezładu.

Dlatego jeśli chcesz naprawdę polepszyć jakość swego życia i sprawić by było dla ciebie radością i szczęściem, miast pasmem klęsk, jest na to dobry sposób: Znajdź go sam. Wszystko co musisz zrobić to wsłuchać się w swój emocjonalny mechanizm, który to kieruje twoim całym życiem, by znaleźć odpowiedzi na pytania:

1) Które rzeczy kocham robić tak bardzo, że będę je kochać robić, nawet jeśli będą mi za to płacić?

2) Których z tych rzeczy jestem w stanie nauczyć się robić tak dobrze, by uzyskać bardzo duży przyrost efektywności w stosunku do wydatkowanych zasobów?

Te dwa pytania z grubsza pozwalają na wybór dobrej drogi życiowej kariery. Oczywiście nie odpowiadamy na nie raz na zawsze, ale co jakiś czas weryfikujemy swe odpowiedzi, być może coś się zmieni, pojawią się nowe okoliczności, odkryjemy w sobie inną pasję?

Generalnie żyć dobrze jest zadaniem tak prostym, że aż obraża nasz intelekt. My potrzebujemy skomplikowanych, finezyjnie ułożonych, misternie zaprojektowanych, genialnych sposobów na to i tamto, a tak po prostu poczuć szczęście BEZ POWODU, to potrafi byle idiota. Często słyszymy, że ktoś jest „zwolennikiem prostych rozwiązań” – to w naszym społeczeństwie jest niemała obraza. Zwolennik prostych rozwiązań to pewnie prostak. Szukamy autorytetów, które mają dla nas skomplikowane rozwiązania, bo długie i skomplikowane działania MUSZĄ być mądre, jak niemal wszystko co długie i skomplikowane, a czego nie rozumiemy, jak np. współczesne zarządzanie budżetem. Dawniej wystarczyło wiedzieć, że by się bogacić przychód musi być większy niż rozchód. Teraz aby zarządzać swymi finansami potrzebujemy zatrudnić doradcę finansowego, który skończył fakultet z zarządzania i czasem kosztuje nas więcej niż warta jest jego praca. Tymczasem rozwiązań nie powinniśmy dzielić na proste i skomplikowane, ale na dobre i złe. Tak jak działania matematyczne dzielimy na prawdziwe i fałszywe, a nie na długie i krótkie. Skoro krótkie zadanie rozwiązuje problem to po co szukać rozwiązań długich i skomplikowanych? No właśnie.

Niestety nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że łatwo można zapanować nad swoimi emocjami. Zwykle pozwalamy by emocje panowały nad nami. By zniwelować wpływ emocji na nasze postępowanie zwalczamy je, czasami bardzo intensywne racjonalizując każdy krok, a czasami brutalnie, za pomocą środków chemicznych. Innym częstym sposobem pokonania emocji są sprytne gry wojenne ze samym sobą, systemy kar i nagród, przekonywanie samego siebie i inne sposoby by podstępnie wpłynąć na nasze emocje, tak by kierowały nami zgodnie z naszą wolą. Te wszystkie sztuczki i tricki nie mają sensu dla kogoś, kto bezpośrednio włada swoimi emocjami. Zwykło się mówić, że serce nie sługa, ale i my nie bądźmy sługami serca. Serce, w tym przypadku synonim naszych emocji, to partner, mechanizm, który od wieków pomaga nam podejmować decyzję. Wyewoluował w zupełnie innych warunkach niż ma teraz okazję się wykazać, i dlatego czasami potrzebuje, by trochę przy nim pomajstrować. Nie naprawiamy przecież samochodu modląc się do niego, ani próbując go „oszukać” lejąc wodę zamiast paliwa. Żeby sprawić by samochód jechał w pożądanym kierunku, musimy opanować jego obsługę i pozwolić mu działać w sposób w jaki został zaprojektowany i tak też jest z emocjami.

Jedyną sztuczką jaką stosuję czasami na moich emocjach jest odwrócenie związku przyczynowo-skutkowego. Zwykło się uważać, że nasze stany emocjonalne muszą mieć „powód”. By się uśmiechnąć trzeba zauważyć coś śmiesznego. Spróbuj czasami odwrócić ten pozorny związek przyczynowo-skutkowy. Zaśmiej się z całych piersi bez powodu, a gwarantuję, że niebawem zauważysz coś śmiesznego. Tak też działają emocje. Kiedyś czytałem o przypadku (o ile sobie przypominam, opisane jest to w „7 Habits of Highly Effective People, Stephena F. Covey'a), w którym pewien mężczyzna miał problemy małżeńskie, polegające na braku miłości między nim, a jego małżonką. Rada dla niego brzmiała mniej więcej: czy pamiętasz jak to było gdy kochaliście się bez pamięci? Tak? To jeśli chcesz by tak było znowu – zacznij się tak znowu zachowywać.