sobota, 31 lipca 2010

Kto morduje wolny rynek?

Jak to zwykle bywa wśród wyznawców, wyznawcy wolnego rynku popełniają bardzo często błąd logiczny. Mianowicie czytam tu i tam, że państwo swymi regulacjami zabija wolny rynek. Otóż prawa wolnego rynku są obiektywne i powszechne niczym prawa fizyki i nie da się ich "zawiesić" żadną rządową regulacją. Przypuśćmy, że rząd wydaje dekret znoszący powszechne prawo ciążenia i aby to wprowadzić w życie rozdaje wszystkim obywatelom odrzutowe plecaki. Obserwując takie społeczeństwo na pierwszy rzut oka można by stwierdzić, że rząd odniósł kolejny spektakularny sukces. Lecz przecież nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że prawo ciążenie rzeczywiście przestało istnieć. Ogromne koszty stanowienia prawa zaprzeczającego naturalnemu biegowi rzeczy w krótkim czasie zbankrutowałyby państwo i jego obywateli. Tak też się dzieje w przypadku regulacji przeczących wolnemu rynku.
Każda ustawa "regulująca" wolny rynek niesie ze sobą dwie podstawowe konsekwencje: możliwość, że nie przyniesie oczekiwanych skutków (a najczęściej przynosi skutki odwrotne) oraz stałe koszty ponoszone tylko po to by utrzymać nienaturalny stan rzeczy.
Na przykład becikowe mające pomóc rodzinom stało się bezsensownym obciążeniem dla budżetu, czyli podatników. Czy tysiąc złotych może zachęcić kogokolwiek do powiększenia rodziny? Jeśli tak, musi być to ktoś o bardzo wysokiej preferencji czasowej, czego skutkiem będzie kolejne pokolenie ludzi o wysokiej preferencji czasowej, czyli znacznie pogorszenie poziomu społeczeństwa. Co więcej obciążenie dla budżetu dotyka głównie tych, którzy płacą podatki, ludzi bardziej zamożnych, ograniczając ich dochody i być może chęć do posiadania dzieci. Ciągnijmy dalej — becikowe wypłacane w pierwszych miesiącach życia jest przeznaczane na artykuły niemowlęce, zwiększony popyt na nie powoduje większą cenę. Efekt — gdy już wydamy becikowe, musimy kupować droższe artykuły ze swojej kieszeni.
Przykład drugi — zasiłek dla bezrobotnych. Oczywiście kilkaset zł nie sprawi, że ktoś zarabiający kilka tysięcy porzuci pracę, ale dla kogoś kto zarobiłby 800 zł, stanowi kuszącą propozycję, zwłaszcza gdy resztę można spokojnie dorobić na czarno. Efekty — mniejsza chęć do pracy wśród niewykwalifikowanej siły roboczej, zwiększenie szarej strefy. Typowy przykład marnowania pieniędzy porównywalny z nonsensownym tankowaniem odrzutowego plecaka.
Zawsze mnie też ciekawiło dlaczego ekonomiści keynesowscy tak gorliwie czekają na efekt mnożnikowy każdej złotówki wydanej w ramach interwencji rządowych, natomiast w ogóle nie biorą pod uwagę efektu mnożnikowego psucia morale siły roboczej, podnoszenia jej ceny i wynikającego z tego ogólnego zahamowania rozwoju gospodarczego. To jednak temat na osobny post.
Prawa wolnego rynku działają więc niezależnie od tego czy rząd im na to łaskawie pozwoli. Działania regulacyjne są niczym innym jak pewną transakcją. Problem w tym, że zawieraną pod przymusem i dlatego kompletnie nieefektywną. Piękne intencje ustawodawcy prawie zawsze przynoszą efekty wprost odwrotne od zamierzonych. Płaca minimalna mająca polepszyć byt pracowników sprawia, że strony umowy o pracę omijają jak mogą jej sformalizowania tym samym pozbawiając pracownika innych korzyści wynikających z takiego kontraktu. Efektem jest ogólne pogorszenie sytuacji pracowników. Do tego należy dodać ogromne koszty utrzymywania bezsensownych regulacji w postaci rozbudowanej administracji, która drenuje także rynek pracy z wykształconych ludzi, nadmiar regulacji to także wyższe koszty dla zwykłych ludzi w postaci większych honorariów dla coraz większej liczby prawników, księgowych, inspektorów itd. (i co za tym idzie kolejny efekt drenażu rynku pracy — wszak ci ludzie mogliby się zająć czymś przynoszącym zysk i generującym bogactwo).
Sprawy o których piszę mogą być niezrozumiałe dla większości wybierającej rządzących. Nie uwierzę jednak, że rządzący sprytni na tyle by kontrolować masy poprzez środki przekazu, nie są na tyle inteligentni by tego nie zauważyć i zrozumieć. Dla mnie są to zwykli łajdacy, pasożyty żerujący na pędzącym ku przepaści molochowi. Nic dziwnego, skoro nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności...

środa, 28 lipca 2010

Jeszcze o motywacji

Zastanowiłem się nad istotą motywacji raz jeszcze. Postanowiłem usystematyzować to co potrafię wydedukować na podstawie swoich doświadczeń na ten temat. Będzie więc to post raczej introspektywny. Kiedy czuję się najbardziej zmotywowany do zrobienia czegoś, a kiedy wręcz przeciwnie? Po kolei. Najbardziej motywuje mnie:
1) Satysfakcja.
Bardzo efemeryczne uczucie. Najczęściej satysfakcja występuje kiedy coś zrobione jest dobrze, czyli dokładnie i do końca (wg filozofa doskonałość to nie stan gdy niczego już nie można dodać, ale gdy niczego już nie można odjąć). W kontaktach interpersonalnych satysfakcji dostarcza mi sytuacja gdy wszyscy są zadowoleni i nie ma przegranych. Satysfakcje odczuwam także gdy mam rację (ale nie gdy postawię na swoim, a potem okazuje się, że racji nie miałem). Odczucie dobrze wykonanych wcześniej założonych celów także można nazwać satysfakcją.
2) Ciekawość.
Co tam jest takiego, czego jeszcze nie wiem, a co może mi się przydać? Jak to działa? Jak to zastosować w swoim życiu? Dlaczego jest tak a nie inaczej? Szukanie odpowiedzi na te i podobne do nich pytania także dodają motywacji.
3) Uczucie przepływu.
Perspektywa uczucia przepływu dostarcza mi motywacji. Czasami wydaje mi się, że większej niż perspektywa adrenaliny. Uczucie przepływu odczuwam zazwyczaj gdy mogę maksymalnie skupić się na przyjemnej czynności, np. prowadzenie samochodu, słuchanie muzyki, granie na gitarze, uprawianie sportu. Perspektywa każdej z tych czynności sprawia, że czuję się lepiej.
4) Użyteczność.
Jak mi się to może przydać? Bardzo blisko związane z satysfakcją. Za użyteczność uważam sytuację gdy mogę zwiększyć efektywność przy tych samych nakładach, lub zmniejszyć nakłady przy tej samej efektywności. Najlepiej zaś zwiększyć efektywność i zmniejszyć nakłady za jednym zamachem. Można więc powiedzieć, że motywuje mnie lenistwo.

Na zasadzie przeciwieństw można więc stwierdzić, że na pewno NIE będę skory do wykonania czegoś czego będę żałował, co jest nudne, dekoncentrujące i nieużyteczne. Oczywiście mam na myśli tylko subiektywne uczucia.

Ogólnie motywacja charakteryzuje się czasownikiem "chcę", gdy demotywacja to najczęściej "muszę". Najprostszym sposobem motywowania siebie jest coś co nazywam "zasłoną motywacyjną". Czyli wmawianie sobie, że chcę czegoś, co muszę. Jest to jednak technika bardzo nieskuteczna, bowiem bardzo trudno świadomie oszukiwać siebie samego. Tym bardziej, że "muszę" jest zazwyczaj narzucone z zewnątrz. Często uświadamiam sobie, że trudno zmieniać cokolwiek w swoim życiu bez gruntownej jego analizy. Tak też jest z motywacją. Zamiast znaleźć motywację do pracy, to głębsze zastanowienie się nad nią może doprowadzić do stwierdzenia, że stoimy przed alternatywą: oszukiwanie siebie lub porzucenie tej pracy. Wierzę jednak, że uczciwe postawienie sprawy jest zawsze lepsze niż marnowanie swoich zasobów na coś czego nie robimy najlepiej jak potrafimy.

piątek, 23 lipca 2010

Odpowiadam na apel JKM

Postanowiłem odpowiedzieć na apel Janusza Korwina Mikke i zgłosiłem gotowości pomocy w najbliższych wyborach lokalnych. Na tą decyzję złożyło się kilka powodów:
1) Tłumaczenie dla Instytutu Misesa przestaje mi wystarczać. Chciałbym robić coś o większym znaczeniu i bardziej widocznych i wymiernych efektach.
2) Może uda mi się poznać ludzi o podobnych poglądach, mieszkających blisko mnie. W ostatnich wyborach prezydenckich na JKM głosowało w moim okręgu 35 osób, a w całej gminie 98. Może przynajmniej kilku z nich uda się odnaleźć.
3) Uznałem, że chociaż poglądy JKM nie odpowiadają w 100% moim, to skupienie się wokół niego to jedyny w Polsce sposób by zarodek wolności mógł przerodzić się w szerszy ruch mogący cokolwiek zmienić. Libertarianie zawsze mieli bardzo zróżnicowane poglądy. Upieranie się przy tych różnicach jest ważne, ale jeszcze ważniejszym jest zjednoczenie się w sprawach fundamentalnych.