środa, 29 kwietnia 2009

Hałasujący mózg

Postanowiłem spróbować medytacji. Pierwsze co zauważyłem to: hałas. W książce o medytacji vipassana, którą czytałem ostrzegano, że każdy początkujący na początku przygody z medytacją dostaje „małpiego rozumu”. Z pierwszymi oznakami wyciszenia w naszych skołatanych głowach nadchodzą głosy i obrazy bez żadnego porządku. Słyszy się głosy ludzi, słyszane podczas całego dnia, a często z odległej przeszłości, urywki zdań, całe wypowiedzi. Ten hałas początkującym nie tylko uniemożliwia medytowanie – zazwyczaj jest on powodem zarzucenia dalszych ćwiczeń. Jak tu się wyciszyć jeśli mózg zamiast się wyciszyć „podgłaśnia się”.

Patrząc na to z drugiej strony dopiero po takim doświadczeniu możemy zobaczyć (usłyszeć) jak skołatane i zabałaganione są nasze mózgi. Dziesiątki spraw, często nieskończonych, setki spotkanych ludzi, mnóstwo problemów, rozmów i zarzuconych myśli. To wszystko gdzieś tam zostaje i próbuje dostać się na powierzchnie, by móc zostać przemyślanym, rozważonym. Jednak życie jest szybkie i brutalne. Nie przetrawiamy tego wszystkiego, zagłuszamy to następnymi rozmowami, sprawami, spotkaniami, a te z kolei jeszcze następnymi. Tego właśnie można doznać próbując medytacji. „Małpi rozum” to właśnie jest wysypisko spraw porzuconych w biegu, które nie pozwalają nam na osiągnięcie spokoju. Chyba, ze przez zagłuszanie innymi sprawami, alkoholem, muzyką, czymkolwiek. To nie tylko sprawia, że nie jesteśmy w stanie doznać życia na najbardziej podstawowym poziomie (przywalonym tysiącem śmieci), to także zmusza nas do jeszcze szybszego biegu i jeszcze bardziej nerwowego poszukiwania jakiegoś sensu.

Chciałbym napisać co jest dalej, ale póki co jestem na pierwszym, podstawowym poziomie. Próbuję przeczekać mój „małpi rozum” ponieważ podobno walka z nim jest beznadziejna. Tymczasem zauważyłem duże polepszenie się zdolności koncentracji.

Zachęcam do 20 minut wyciszenia. Zamiast telewizora, komputera, książki nawet. 20 minut sam na sam z samym sobą może czasami doprowadzić nas do zaskakujących wniosków.

sobota, 25 kwietnia 2009

Przestrzeń dzięki której rządzisz

Istnieje pewna przestrzeń, która jest kluczowa dla naszej wolności. Na pierwszy rzut oka to jest chwila, ale gdy o tym pomyślę, to widzę ją bardziej jako stan, niż okres czasu. Pojęcie tej przestrzeni wytworzyło się u mnie pod wpływem książki Seven habits of highly effective people. Oczywiście żadnej idei nie da się przyswoić po prostu ją czytając. Musi ona znaleźć odpowiednie miejsce w naszej głowie, dojrzeć tam i wpasować się w pozostałe myśli, tak byśmy mogli ją przyjąć i w pełni zrozumieć.
Kto czytał książkę pewnie wie już o czym piszę, ale to co napiszę dalej jest moim własnym rozwinięciem tego pomysłu. Chodzi o uzmysłowienie sobie faktu, że pomiędzy każdym bodźcem a odpowiedzią na niego istnieje maleńka przestrzeń. Czasami w kategoriach czasu ta przestrzeń jest nie do zauważenia. Kiedy pojawia się nagłe zagrożenie (np. na drodze podczas prowadzenia samochodu), czas naszej reakcji jest liczony w milisekundach, a nam się wydaje, że reagujemy „natychmiast”. Oczywiście w sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia najlepiej jest jeśli ten czas jest krótszy, a zakres reakcji jak najwęższy, przy jednoczesnym założeniu, że nasza reakcja będzie prawidłowa (co często nie jest oczywiste i wymaga długiego treningu). Jednak większość decyzji jakie podejmujemy na co dzień nie dotyczy bezpośredniego zagrożenia zdrowia. Są to zwykłe decyzje typu czy posmarować kromkę chleba masłem, czy położyć na nią tłusty kawałek baleronu itp. Niestety często te zwykłe decyzje traktujemy tak samo jak te zagrażające nam życiu – dokonujemy całkowicie mechanicznych wyborów bez kontemplacji ich następstw. Tak się dzieje w domu, w pracy, w relacjach międzyludzkich czy wreszcie podczas wyboru własnego nastroju na najbliższy wieczór (tak, tak, to też jest kolejny bezmyślny automat). Odbywa się to na zasadzie: Coś mnie zdenerwowało więc jestem zdenerwowany. Ten facet jest taki wkurzający, że zepsuł mi nastrój na cały dzień. W tych warunkach nie da się pracować. Ręce mi opadają jak na ciebie patrzę. Ludzka kreatywność w zakresie wynajdowania takich mechanizmów jest godna podziwu.
Teoria przestrzeni między bodźcem a reakcją mówi, że te mechanizmy są zupełnie sztuczne, a swoje istnienie zawdzięczają tylko nam samym. Jesteśmy zbyt leniwi by zatrzymać ten automat i skorzystać z wielkiej szansy jaką reprezentuje ta decydująca chwilka. W kategoriach czasu może to być zarówno sekunda jak i godzina, nie ma to znaczenia dla kogoś, kto i tak korzysta z tego samego wyuczonego mechanizmu (pamiętacie piosenkę Republiki „Psy Pawłowa”?), jednak w kategoriach horyzontalnego zakresu możliwych opcji, istnieje wielka różnica, gdzie wielość takich opcji niewątpliwie ma potencjał przejścia w jakość samej decyzji (reakcji). Innymi słowy osoba z niewielką przestrzenią bodziec –reakcja w odpowiedzi na np. „nierozumne” zachowanie partnera ma:
a) zrugać go
b) wyjść trzaskając drzwiami
Osoba z dużą horyzontalną przestrzenią bodziec – reakcja może:
a) jedna z powyższych opcji
b) próbować zrozumieć motywy takiego zachowania
c) wytłumaczyć swoje uczucia w sposób spokojny, nie wywołujący dalszego łańcucha negatywnych reakcji
d) inne warianty ograniczone tylko wyobraźnią.
Widzimy zatem jak przestrzeń bodziec – reakcja może wpłynąć na nasze życie. Jak zatem wykorzystać tą wspaniałą możliwość? Z początku wydaje się to być bardzo idealistycznym podejściem – nierealnym w rzeczywistym świecie, gdzie rządzą nasze emocje. Tymczasem w tym właśnie leży klucz. Przestrzeń bodziec – reakcja pozwala nam przejąć kontrolę nad emocjami, a nie odwrotnie.
Jak poszerzać swoją przestrzeń bodziec – reakcja? Poprzez myślenie. Złamanie każdego mechanizmu wymaga uwagi i innych mechanizmów gotowych do zastąpienia starego schematu. Takie nowe mechanizmy nie powstaną spontanicznie. Należy „na sucho” wyobrazić siebie w różnych sytuacjach przeszłych i przyszłych i zastanowić się: Jakie miałem – będę miał wyjścia. Czy można zareagować inaczej? Jaka reakcja byłaby lepsza od tej, która nasuwa mi się jako pierwsza? Początkowo niewielki obszar zacznie rosnąć i pęcznieć, aż zdamy sobie sprawę z oceanu różnych dróg jakie przed nami stoją. Czy nie tak właśnie wyobrażamy sobie wolność?
Kolejnym pomocnym punktem jest już całkiem dobrze udowodniona teza, że każda podejmowana decyzja w naszym życiu ma podłoże emocjonalne. Nawet wybory, które wydają się całkowicie logiczne i niezwiązane z emocjami jak np. wynik działania matematycznego, rodzą się za pomocą emocji (prawidłowy wynik na najbardziej podstawowym poziomie bardziej się nam „podoba”). Jeśli zatem każda decyzja ma związek z emocjami, to wszystko co musimy zrobić to „nafaszerować się” pozytywnymi emocjami, oczyścić się z niszczącego działania negatywnych uczuć takich jak zawiść, nienawiść, stres itp.
Osiągnięcie takiego zadania to nie lada wyczyn i pewnie nie udało się to nikomu w 100%, ale każdy krok w dobrą stronę wywrze ogromny wpływ na jakość życia.

sobota, 11 kwietnia 2009

Umarł faszyzm, niech żyje demokracja

Nasza „demokracja” jest nią tylko z nazwy. Po pierwsze w wyborach decyduje zazwyczaj jakieś 20-30% ogółu społeczeństwa (uprawnieni do głosowania minus niegłosujący). Po drugie listy wyborcze są tworzone odgórnie przez ludzi, którzy są już u władzy i tylko zmieniają barwy partyjne. Po trzecie Bez machiny partyjnej, która promuje karierowiczów i chamów, nie ma szans na przebicie się do władz (chyba, że jako niezależny rodzynek bez żadnej siły przebicia). Po czwarte dzisiaj o wyniku już i tak zawężonych wyborów decydują specjaliści od PR, czyli magicy socjotechnik lasujący mózgi telewidzów (95% populacji). Nie istnieje wybór pomiędzy programami wyborczymi (wyborcy ich nie czytają), spór w kampanii toczy się o ceny jabłek, a niezależnie od wybranej opcji kierunek jest ustalony z góry (np. kierunek UE). Partie, które nie zgadzają się z kierunkiem są wykluczane przez dziennikarzy i innych polityków z życia publicznego. Bez zaistnienia w życiu publicznym nie ma możliwości zmiany kierunku.

Wyższość narodu została zastąpiona wyższością kultury i „kierunku”. Właśnie dlatego wprowadzamy i finansujemy wprowadzanie tzw. demokracji wszędzie tam, gdzie to się jeszcze nie udało. Wychodząc z założenia, że nasz ustrój jest najlepszy na świecie, a nasza kultura prawna społeczna najbardziej rozwinięta, najeżdżamy zbrojnie lub izolujemy ekonomicznie bądź politycznie kraje nie chcące się przystosować (np. Iran, Białoruś, Kuba). Wróg dzisiaj nazywa się „terroryzm”. Podobnie jak w propagandzie komunistycznej wroga widać tylko w wiadomościach. Nikt nigdy terrorysty nie widział, ale bardzo się go boi. Dlatego od 13 kwietnia 2009 r. UE wprowadza kontrolę wszystkich emaili i rozmów przeprowadzonych przez Internet (rozmowy przez telefony stacjonarne i komórkowe już są rejestrowane od jakiegoś czasu). Wroga można rozpoznać po śniadej cerze. Oczywiście obezwładnienie go natychmiast byłoby krokiem zbyt pochopnym, ale szybkie oddalenie się i powiadomienie władz jest jak najbardziej wskazane. Obrona kraju, narodu i kulturowych wartości wymaga jedności w społeczeństwie, dlatego godzimy się ochoczo na ograniczenia naszych wolności.

Nikt dzisiaj (nawet prawnicy) nie jest w stanie objąć regulacji i przepisów jakie na co dzień trzymają nas w ryzach. Prawnicy muszą się wąsko specjalizować, żeby móc być obeznanymi chociaż w swoim zakresie zagadnień prawnych. Same przepisy podatkowe to gąszcz, który obejmuje każdą dziedzinę życia. Życie w przeregulowanym społeczeństwie wprowadza permanentny niepokój i obawę. Wszechwładne urzędy skarbowe i ZUS-y sieją postrach, patrząc na każdego obywatela jak na potencjalnego przestępcę. Jedno jest pewne: każdy z nas dzisiaj, wczoraj lub przedwczoraj w jakiś sposób złamał prawo. Jeśli niemożliwe jest życie bez łamania prawa to jedynym sposobem by uniknąć kary jest pozostawać niezauważonym przez organy ścigania. Tym właśnie charakteryzuje się państwo totalitarne.
Jeśli coś w międzyczasie nie wyjdzie to za każdym razem jest to powód by zwiększyć regulacje a winą obarczyć resztki wolności jakimi się jeszcze cieszymy. Przykładem jest obecny kryzys do którego doprowadzono lekkomyślną polityką ingerującą w prawa wolnego rynku, ale jako lekarstwo oferuje się dalsze jego ograniczanie.

Nienawiść i pogarda dla innych kultur i stylów życia jest głoszona cały czas przez środki masowego przekazu. Kiedyś potrzebą wojenną był przemysł ciężki i zbrojeniowy. Dzisiaj kładzie się nacisk na miękkie działania wojenne, takie jak wywiad, inwigilacja, grupy uderzeniowe, kontyngenty wojskowe. O wiele łatwiej i taniej jest zmylić ludność lokalną by sama połknęła haczyk niż, tak jak to robiono w pierwsze połowie XX, wpychać haczyk na siłę komuś do gardła.

Faszyzm zmienił imię i ma się coraz lepiej. Korporacje ręka w rękę z aparatem przymusu państwowego monopolizują globalną gospodarkę. Ceną jest skażone środowisko i produkty, które na siłę przystosowuje się do logistycznych wymogów korporacji (chemiczne wydłużone terminy ważności by produkt przetrwał długą drogę do hipermarketu, genetycznie modyfikowane rośliny by lepiej je było uprawiać mechanicznie i seryjnie, fermy drobiowe, których produktem jest twór mięsopodobny itp.). Lokalna przedsiębiorczość i spontaniczna ludzka kooperacja są podkopywane przez socjalne systemy solidarności społecznej i absurdalną redystrybucję dochodów, które stanowią coraz większy ciężar dla społeczeństw. Redystrybucja to oczywiście slogan mający na celu ukrycie prawdziwego celu opodatkowania – dostarczenia pożywki dla pasożytniczej klasy biurokratów i polityków. Jeśli przy okazji sprawia, że ludzie pracują od rana do nocy by móc po opłaceniu danin publicznych utrzymać swe rodziny to jest to jak najbardziej w interesie systemu.
Podstawowym błędem zwykłego człowieka jest to, że daje sobie za każdym razem wmówić, że władza wie lepiej.