środa, 30 sierpnia 2006

Sen o mieście młodych

No coś jednak napisałem, to chyba nie taka straszna ta blokada. Wczoraj pani psychografolog powiedziała, że widzi niewykorzystany potencjał uczuć, i smutek. Jestem smutny? Staram się nie być, ale prawda jest taka, że im bliżej tego przeklętego domu, tym bardziej smutny jestem. Przeklęty, przezemnie. Co do potencjału... Nie wiem jak miałbym wykorzystywać mój potencjał uczuć. Być może coś tam drzemie, nie do końca uświadomionego. Być może ludzie są naprawdę tak bardzo ograniczeni, nie widzą jak niewiele trzeba – a ja im wierzę, że tak ma być.
Wczoraj ta pani powiedziała dużo innych ciekawych rzeczy. Z niektórymi się zgadzałem, z innymi mniej (pewnie, że wiem, że to zdanie niewiele znaczy), opisywać je wszystkie niesposób.
Sen który miałem dzisiaj był... brakuje mi słów. Był to jeden z tych snów, które miały całkiem dobrze poskładany wątek. Żyłem w mieście degeneratów. To było jakby państwo zapomniane przez cywilizacje. Całe społeczeństwo składało się z młodych ludzi, podzielonych na 4-6 osobowe grupy, każda z nich krążyła po mieście, a raczej jego ruinach pełna agresji i gotowa do walki z inną grupą w każdej chwili. Niektóre z tych grup miały broń palną i te były szczególnie groźne. Rozpoczynały strzelaniny z byle powodów i zabijały ludzi bez skrupułów. Moja grupa nie była uzbrojona. Walczyliśmy tylko na pięści, dlatego też staraliśmy się omijać tych z pistoletami. Wdaliśmy się w jedną z bójek, a obok nas walczyły dwie inne grupy. W jednej z tych grup znajdowała się dziewczyna. Jej grupa także nie miała broni, natomiast przeciwnicy naszych grup byli uzbrojeni. Zaczeli do nas strzelać – po kilka osób z naszych grup zginęło. Uciekaliśmy przed latającymi nabojami, i tak nasze grupy (moja i tej dziewczyny) natknęły się na siebie. Nie zważając na wspólne zagrożenie między resztkami naszych grup zaczęła się pyskówka, i mimo, że uciekaliśmy w tym samym kierunku walczyliśmy także ze sobą. Resztki mojej grupy znalazły schronienie na małej wysepce, po przepłynięciu rzeki. Dziewczyna, która już została sama ze swojej grupy, była bardzo dumna i próbowała nas dogonić wpław. Przekonywała nas, że jest bardzo dobrą pływaczką, ale trenowała na basenach, a tam jest zupełnie inna woda. Kiedy w końcu dopłynęła do nas – przyłączyła się do naszej grupy. Od tej chwili jedynym naszym celem było wydostanie się z tego piekła. Widzieliśmy zorganizowane karawany, które miały wyruszać w podróż do normalnego świata. Jednak udział w tych karawanach był bardzo drogi, a my nie mieliśmy pieniędzy. Inną drogą wydostania się stamtąd było przeskoczenie dużego płotu, zwienczonego drutem kolczastym. Trudność polegała na tym, że za tym płotem, była duża przepaść, a na jej dnie była woda. Niewielu śmiałków przeżywało upadek do tej wody, a najlepszy z nich podobno przebył połowę drogi do normalnego świata zanim utonął. Zatem droga ta była beznadziejna.
W tym momencie przestałem być sobą w tym śnie, i jak czasami mi się zdarza zacząłem obserwować wypadki w trzeciej osobie. Widziałem małego chłopca, który także nie potrafił się znaleźć w tym świecie agresji. By przeżyć i nie dać się zabić, odpowiadał zuchwale na zaczepki, ale tak naprawdę nie czuł nienawiści. Dojrzał go jakiś starszy chłopak z karabinem Uzi w dłoni. Kazał mu podejść i nie wiedzieć czemu postanowił mu pomóc. Powiedział mu, że nauczy go tajemniczej sztuczki, jak nie być głodnym w tym piekielnym mieście. By zademonstrować, że mówi prawdę pokazał chłopcu kilku ludzi. Wśród nich był jedyny starzec jakiego widziałem w tym śnie człowiek ten, w odróżnieniu od innych nie był wychudzony. Starszy chłopak spytał się starca czy jest głodny. Starzec powiedział, że ani trochę, na co tamten skinął głową z zadowoleniem. Widziałem, jak duży chłopiec pokazał małemu jak nie być głodnym w mieście nienawiści. Pokazał mu, jak wiele trupów codziennie leży na ulicach, jak trzeba je przyrządzać. Widziałem jak na twarzy małego chłopca maluje się przerażenie i wstręt. Duży chłopiec widząc to, pokazał mu swój karabin i powiedział, że ta tajemna sztuczka jest dopóty bezpieczna dopóki każdy kto ją zna, także ją stosuje. Po czym kazał małemu zjeść odciętą rękę trupa. Mały niewiele myśląc rzucił się do ucieczki. Widziałem jak próbował dostać się do karawany, ale tamci byli nieczuli i zatwardziali. Bez pieniędzy nie ma szans. W końcu udało mu się jakoś umknąć pogoni. Myśląc, że ściga go tylko jeden chłopak, miał nadzieje, że zginie w tłumie i już nigdy się nie spotkają, albo tamten zdąży zapomnieć o nim. Spotkał jednak swojego kolegę, który był w tym samym wieku. Kolega powiedział mu, że pół miasta go szuka i lepiej byłoby, gdyby ukrył się gdzieś na dłużej. Mały chłopiec jednak słysząc to wiedział już co ma zrobić. Pobiegł w stronę płotu zwieńczonego kolczastym drutem. Jego kolega próbował mu wyperswadować zamiar skakania do wody, mówił coś o śmiałkach, którym się nie udało, jednak mały był zdecydowany skakać. Wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Nadszedł jedyny dorosły człowiek, którego widziałem w tym śnie (nie licząc starca). Był to mężczyzna, który emanował tym, że był z normalnego świata. On był po prostu normalny. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że przypominał tatę Ani, Antoniego (z wyglądu). Nie pamiętam co powiedział do tych chłopców, pamiętam tylko, że ciągle się uśmiechał i niczym się nie przejmował. Wyciągnął kawał muru, tak jakby miał tam wykute specjalne, tajemne wejście o którym nikt nie wiedział (Mam silne wrażenie, że nie wiedział o tym także nikt z normalnego świata), przeszedł na drugą stronę płotu i trzymając się krawędzi poszedł wzdłuż niego aż zniknął chłopcom z oczu. Mały chłopiec niewiele myśląc także otworzył sobie to miejsce i przeszedł na drugą stronę. W tym samym czasie chłopcy usłyszeli odgłosy pogoni. Mały chłopiec nie wiedziąc jak zamknąć przejście (był to był kawał oderwanego tynku), poprosił o to swego przyjaciela. Ten zatkał przejście, po czym udawał przed pogonią, że nie widział małego. Co dalej działo się z nimi – nie wiem. Sen się skończył.

poniedziałek, 21 sierpnia 2006

Czy lubię się zmieniać?

Poszukiwania tożsamości nabrały jakiegoś kształtu. Ten pamiętnik służy tożsamości niewątpliwie. Jest to przecież cecha główna, bardzo charakterystyczna dla tożsamości. Że jest podmiot, który ma ciągłość. Pamiętnik pozwala tą ciągłość zachować, namacać, określić. Dzięki pamiętnikowi można zobaczyć jak ja się rozwijałem, czego się nauczyłem a co mi umknęło. Życie z dnia na dzień, bez rozwijania swojej świadomości istnienia na pewno jest przeciwnikiem tożsamości. Jestem tego pewien. Pamiętnik pozwala się wznieść ponad życie z dnia na dzień. Czy cechy które mnie określają, a które już zdyskwalifikowałem jako tożsamościowe (cechy charakteru, cechy nabyte), mogą być zastąpione przez zmianę i rozwój. Czy jednak w ten sposób odmawiam prawa do tożsamości komuś kto żyje z dnia na dzień. A może należałoby określić tą kategorię bliżej i zastanowić się czym jest tożsamość? Z pewnością nie jest to zadanie łatwe. Nie można przecież określić tożsamości jako zespołu cech, to byłoby nielogiczne. Tożsamość powinna mieć z pewnością coś wspólnego z ciągłością. Czy pamięć będzie tutaj odgrywała jakąś rolę? Myślę, że pamięć na tyle rozwinięta by pozwalała na prawidłowe myślenie i wyciąganie wniosków. Wspomnienia wyłączam całkowicie z mojego pojęcia tożsamości. Wspomnienia są zbyt ulotne i zbyt umowne. Stosunek do wspomnień może być częścią tożsamości, ponieważ jest odnawialny. Wszystko to, co jednostka jest w stanie wytworzyć ponownie, bez kopiowania samej siebie, ma duży udział w poczuciu tożsamości. Odnawialny stosunek do zjawisk, nie jest tym samym co np. Umiejętność rozwiązywania zadań matematycznych. Pozornie – mogę rozwiązać to samo równanie, i uzyskać powtarzalny wyniki kilka razy nie kopiując samego siebie, jest to jednak umiejętność, nie ma to związku z moim nastawieniem do tego działania. Jeśli natomiast nie pamiętając, że nie lubię jabłek, co jakiś czas będę się przekonywał, że tak jest. Będę mógł stwierdzić coś o sobie, o tym, jaki mam stosunek do jabłek. Jest to moja cecha charakterystyczna, utrzymująca się poprzez zmienne niezależne od mojej pamięci czy woli. Nie jestem pewien, czy taką cechę można przypisać do tożsamości. Tożsamość niewątpliwie jest poczuciem wyodrębnienia się ze środowiska. Świadomość, że istnieję ja, istota o ciągłym poczuciu bycia, o pewnych skłonnościach i właściwościach, daje mi odczucie wyodrębnienia. Jednak jeśli stracę niektóre z tych skłonności, czy nadal jestem tym samym człowiekiem, i czy tożsamość to jest to samo, co bycie w ogóle? Bycie człowiekiem lubiącym banany, to nie to samo co bycie człowiekiem nie lubiącym bananów, a przecież mogę zmieniać swój stosunek do bananów w ciągu mojego życia kilkakrotnie. A jeśli mamy do czynienia postawami uważanymi za daleko bardziej określające człowieka, jak np. Stosunek do aborcji, życia wiecznego itp. Które także mogą się zmieniać, musimy przyznać, ze proste bycie może się zmieniać. Szukając tożsamości, która powinna być czymś bardziej trwałym, musimy zrezygnować z zawierania w niej jakichkolwiek cech. Zatem tożsamość to coś więcej niż wyodrębnienie się ze środowiska, a jednocześnie mniej niż określenie siebie za pomocą cech pozornie mnie wyodrębniających z niego.
To tak samo, jak stwierdzenie, że to co tutaj napisałem to coś więcej niż zwykły bełkot, a jednocześnie mniej niż sensowny wywód. Dobranoc.

czwartek, 17 sierpnia 2006

Zaklęcie

Czy nie chodzi mi cały czas o to Podniesiona głowa, duma i podniecenie z niej płynące. Szukam siebie ostatnio, tak to już wiemy. Napiszę SMSa... szukam siebie nadal. Szukam w zakamarkach tego dnia siebie... i nie widzę. Oczywiście pomijam tutaj proste rozróżnienie na chwile klęsk i zwycięstw. To jasne, że widzimy siebie w zwycięstwach, a w porażkach widzimy kogoś innego. Ale czy istnieję ja? Nie potrafię tego zobaczyć. Jakkolwiek bym się nie starał, nie potrafię powiedzieć, że jestem zbiorem takich a takich cech, skłonności czy emocji. Nic stałego, określającego mnie nie przychodzi mi do głowy, i chodzi mi tutaj o cechy charakteru, o tzw. Osobowość. Istnieje ona tylko w głowach ludzi, którzy na mnie patrzą, i wnioskują o niej, której nie ma, a wiem to tylko ja. To nic, że dzieje się to w głowie każdego myślącego człowieka. To nic jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że każdy uważa się za wyjątkowo wyjątkowego, wybranego do cierpienia za cały wszechświat. To dlatego zabrano nam osobowości, a ci wszyscy na około je mają. Próbują nam dać wskazówki, czyż nie? Naprowadzają nas chytrze każdym spojrzeniem, każdym ruchem na to jacy są. Jakże chętnie ich po tym poznajemy. My to co innego, nami rządzi przypadek. No chyba, że zdarzy się coś pomyślnego. To na pewno nasze umyślne działanie. Szukam czasami jakiejś drogi, by nie powiedzieć zaklęcia. Bo skoro wszystko zależy od nastawienia w naszej głowie, to czy nie może istnieć jakieś zaklęcie, które nas wprowadzi w nastrój zapewniający nam takie nastawienie do świata w którym nic nie stanie nam na przeszkodzie? Czy jeśli wszystko zależy od nastawienia, to czyż nie mogę zmienić się teraz, zaraz, bo tego chcę? Próbowałem znaleźć tą drogę i nie bardzo wychodzi mi to. Myślę jednak, że nie mylę się tak całkowicie i w istocie wszystko zależy od nastawienia. Nastawienia jednak nie da się zmienić tak sobie. Nie da się pić codziennie alkoholu, niedosypiać, mieć 100 nierozwiązanych problemów ciągnących się za tobą i jeszcze do tego jednym słowem zmieniać swoje nastawienie. Trochę to się wydaje naiwne i w istocie jest to naiwne myślenie. Dlaczego jednak mu nie hołdować skoro obiecuje tak wiele za tak niewiele? Wszak niewiele to znaczy, że z grubsza nawet wiemy jak się wprawić w dobre nastawienie. Wystarczy dbać o swoje zdrowie, szybko rozwiązywać swoje problemy, nie martwić się problemami których rozwiązać się nie da, i... to wszystko z grubsza. Tylko po co to robić, skoro istnieje mały płomyk nadziei, że jednak istnieje to zaklęcie. Wystarczy jeszcze tylko wystukać postanowienie, że od jutra zmieniam swoje nastawienie. Wystukać i z głowy. Można iść spać i niech życie toczy się dalej... Chyba jednak szkoda słów.