No coś jednak napisałem, to chyba nie taka straszna ta blokada. Wczoraj pani psychografolog powiedziała, że widzi niewykorzystany potencjał uczuć, i smutek. Jestem smutny? Staram się nie być, ale prawda jest taka, że im bliżej tego przeklętego domu, tym bardziej smutny jestem. Przeklęty, przezemnie. Co do potencjału... Nie wiem jak miałbym wykorzystywać mój potencjał uczuć. Być może coś tam drzemie, nie do końca uświadomionego. Być może ludzie są naprawdę tak bardzo ograniczeni, nie widzą jak niewiele trzeba – a ja im wierzę, że tak ma być.
Wczoraj ta pani powiedziała dużo innych ciekawych rzeczy. Z niektórymi się zgadzałem, z innymi mniej (pewnie, że wiem, że to zdanie niewiele znaczy), opisywać je wszystkie niesposób.
Sen który miałem dzisiaj był... brakuje mi słów. Był to jeden z tych snów, które miały całkiem dobrze poskładany wątek. Żyłem w mieście degeneratów. To było jakby państwo zapomniane przez cywilizacje. Całe społeczeństwo składało się z młodych ludzi, podzielonych na 4-6 osobowe grupy, każda z nich krążyła po mieście, a raczej jego ruinach pełna agresji i gotowa do walki z inną grupą w każdej chwili. Niektóre z tych grup miały broń palną i te były szczególnie groźne. Rozpoczynały strzelaniny z byle powodów i zabijały ludzi bez skrupułów. Moja grupa nie była uzbrojona. Walczyliśmy tylko na pięści, dlatego też staraliśmy się omijać tych z pistoletami. Wdaliśmy się w jedną z bójek, a obok nas walczyły dwie inne grupy. W jednej z tych grup znajdowała się dziewczyna. Jej grupa także nie miała broni, natomiast przeciwnicy naszych grup byli uzbrojeni. Zaczeli do nas strzelać – po kilka osób z naszych grup zginęło. Uciekaliśmy przed latającymi nabojami, i tak nasze grupy (moja i tej dziewczyny) natknęły się na siebie. Nie zważając na wspólne zagrożenie między resztkami naszych grup zaczęła się pyskówka, i mimo, że uciekaliśmy w tym samym kierunku walczyliśmy także ze sobą. Resztki mojej grupy znalazły schronienie na małej wysepce, po przepłynięciu rzeki. Dziewczyna, która już została sama ze swojej grupy, była bardzo dumna i próbowała nas dogonić wpław. Przekonywała nas, że jest bardzo dobrą pływaczką, ale trenowała na basenach, a tam jest zupełnie inna woda. Kiedy w końcu dopłynęła do nas – przyłączyła się do naszej grupy. Od tej chwili jedynym naszym celem było wydostanie się z tego piekła. Widzieliśmy zorganizowane karawany, które miały wyruszać w podróż do normalnego świata. Jednak udział w tych karawanach był bardzo drogi, a my nie mieliśmy pieniędzy. Inną drogą wydostania się stamtąd było przeskoczenie dużego płotu, zwienczonego drutem kolczastym. Trudność polegała na tym, że za tym płotem, była duża przepaść, a na jej dnie była woda. Niewielu śmiałków przeżywało upadek do tej wody, a najlepszy z nich podobno przebył połowę drogi do normalnego świata zanim utonął. Zatem droga ta była beznadziejna.
W tym momencie przestałem być sobą w tym śnie, i jak czasami mi się zdarza zacząłem obserwować wypadki w trzeciej osobie. Widziałem małego chłopca, który także nie potrafił się znaleźć w tym świecie agresji. By przeżyć i nie dać się zabić, odpowiadał zuchwale na zaczepki, ale tak naprawdę nie czuł nienawiści. Dojrzał go jakiś starszy chłopak z karabinem Uzi w dłoni. Kazał mu podejść i nie wiedzieć czemu postanowił mu pomóc. Powiedział mu, że nauczy go tajemniczej sztuczki, jak nie być głodnym w tym piekielnym mieście. By zademonstrować, że mówi prawdę pokazał chłopcu kilku ludzi. Wśród nich był jedyny starzec jakiego widziałem w tym śnie człowiek ten, w odróżnieniu od innych nie był wychudzony. Starszy chłopak spytał się starca czy jest głodny. Starzec powiedział, że ani trochę, na co tamten skinął głową z zadowoleniem. Widziałem, jak duży chłopiec pokazał małemu jak nie być głodnym w mieście nienawiści. Pokazał mu, jak wiele trupów codziennie leży na ulicach, jak trzeba je przyrządzać. Widziałem jak na twarzy małego chłopca maluje się przerażenie i wstręt. Duży chłopiec widząc to, pokazał mu swój karabin i powiedział, że ta tajemna sztuczka jest dopóty bezpieczna dopóki każdy kto ją zna, także ją stosuje. Po czym kazał małemu zjeść odciętą rękę trupa. Mały niewiele myśląc rzucił się do ucieczki. Widziałem jak próbował dostać się do karawany, ale tamci byli nieczuli i zatwardziali. Bez pieniędzy nie ma szans. W końcu udało mu się jakoś umknąć pogoni. Myśląc, że ściga go tylko jeden chłopak, miał nadzieje, że zginie w tłumie i już nigdy się nie spotkają, albo tamten zdąży zapomnieć o nim. Spotkał jednak swojego kolegę, który był w tym samym wieku. Kolega powiedział mu, że pół miasta go szuka i lepiej byłoby, gdyby ukrył się gdzieś na dłużej. Mały chłopiec jednak słysząc to wiedział już co ma zrobić. Pobiegł w stronę płotu zwieńczonego kolczastym drutem. Jego kolega próbował mu wyperswadować zamiar skakania do wody, mówił coś o śmiałkach, którym się nie udało, jednak mały był zdecydowany skakać. Wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Nadszedł jedyny dorosły człowiek, którego widziałem w tym śnie (nie licząc starca). Był to mężczyzna, który emanował tym, że był z normalnego świata. On był po prostu normalny. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że przypominał tatę Ani, Antoniego (z wyglądu). Nie pamiętam co powiedział do tych chłopców, pamiętam tylko, że ciągle się uśmiechał i niczym się nie przejmował. Wyciągnął kawał muru, tak jakby miał tam wykute specjalne, tajemne wejście o którym nikt nie wiedział (Mam silne wrażenie, że nie wiedział o tym także nikt z normalnego świata), przeszedł na drugą stronę płotu i trzymając się krawędzi poszedł wzdłuż niego aż zniknął chłopcom z oczu. Mały chłopiec niewiele myśląc także otworzył sobie to miejsce i przeszedł na drugą stronę. W tym samym czasie chłopcy usłyszeli odgłosy pogoni. Mały chłopiec nie wiedziąc jak zamknąć przejście (był to był kawał oderwanego tynku), poprosił o to swego przyjaciela. Ten zatkał przejście, po czym udawał przed pogonią, że nie widział małego. Co dalej działo się z nimi – nie wiem. Sen się skończył.
Wczoraj ta pani powiedziała dużo innych ciekawych rzeczy. Z niektórymi się zgadzałem, z innymi mniej (pewnie, że wiem, że to zdanie niewiele znaczy), opisywać je wszystkie niesposób.
Sen który miałem dzisiaj był... brakuje mi słów. Był to jeden z tych snów, które miały całkiem dobrze poskładany wątek. Żyłem w mieście degeneratów. To było jakby państwo zapomniane przez cywilizacje. Całe społeczeństwo składało się z młodych ludzi, podzielonych na 4-6 osobowe grupy, każda z nich krążyła po mieście, a raczej jego ruinach pełna agresji i gotowa do walki z inną grupą w każdej chwili. Niektóre z tych grup miały broń palną i te były szczególnie groźne. Rozpoczynały strzelaniny z byle powodów i zabijały ludzi bez skrupułów. Moja grupa nie była uzbrojona. Walczyliśmy tylko na pięści, dlatego też staraliśmy się omijać tych z pistoletami. Wdaliśmy się w jedną z bójek, a obok nas walczyły dwie inne grupy. W jednej z tych grup znajdowała się dziewczyna. Jej grupa także nie miała broni, natomiast przeciwnicy naszych grup byli uzbrojeni. Zaczeli do nas strzelać – po kilka osób z naszych grup zginęło. Uciekaliśmy przed latającymi nabojami, i tak nasze grupy (moja i tej dziewczyny) natknęły się na siebie. Nie zważając na wspólne zagrożenie między resztkami naszych grup zaczęła się pyskówka, i mimo, że uciekaliśmy w tym samym kierunku walczyliśmy także ze sobą. Resztki mojej grupy znalazły schronienie na małej wysepce, po przepłynięciu rzeki. Dziewczyna, która już została sama ze swojej grupy, była bardzo dumna i próbowała nas dogonić wpław. Przekonywała nas, że jest bardzo dobrą pływaczką, ale trenowała na basenach, a tam jest zupełnie inna woda. Kiedy w końcu dopłynęła do nas – przyłączyła się do naszej grupy. Od tej chwili jedynym naszym celem było wydostanie się z tego piekła. Widzieliśmy zorganizowane karawany, które miały wyruszać w podróż do normalnego świata. Jednak udział w tych karawanach był bardzo drogi, a my nie mieliśmy pieniędzy. Inną drogą wydostania się stamtąd było przeskoczenie dużego płotu, zwienczonego drutem kolczastym. Trudność polegała na tym, że za tym płotem, była duża przepaść, a na jej dnie była woda. Niewielu śmiałków przeżywało upadek do tej wody, a najlepszy z nich podobno przebył połowę drogi do normalnego świata zanim utonął. Zatem droga ta była beznadziejna.
W tym momencie przestałem być sobą w tym śnie, i jak czasami mi się zdarza zacząłem obserwować wypadki w trzeciej osobie. Widziałem małego chłopca, który także nie potrafił się znaleźć w tym świecie agresji. By przeżyć i nie dać się zabić, odpowiadał zuchwale na zaczepki, ale tak naprawdę nie czuł nienawiści. Dojrzał go jakiś starszy chłopak z karabinem Uzi w dłoni. Kazał mu podejść i nie wiedzieć czemu postanowił mu pomóc. Powiedział mu, że nauczy go tajemniczej sztuczki, jak nie być głodnym w tym piekielnym mieście. By zademonstrować, że mówi prawdę pokazał chłopcu kilku ludzi. Wśród nich był jedyny starzec jakiego widziałem w tym śnie człowiek ten, w odróżnieniu od innych nie był wychudzony. Starszy chłopak spytał się starca czy jest głodny. Starzec powiedział, że ani trochę, na co tamten skinął głową z zadowoleniem. Widziałem, jak duży chłopiec pokazał małemu jak nie być głodnym w mieście nienawiści. Pokazał mu, jak wiele trupów codziennie leży na ulicach, jak trzeba je przyrządzać. Widziałem jak na twarzy małego chłopca maluje się przerażenie i wstręt. Duży chłopiec widząc to, pokazał mu swój karabin i powiedział, że ta tajemna sztuczka jest dopóty bezpieczna dopóki każdy kto ją zna, także ją stosuje. Po czym kazał małemu zjeść odciętą rękę trupa. Mały niewiele myśląc rzucił się do ucieczki. Widziałem jak próbował dostać się do karawany, ale tamci byli nieczuli i zatwardziali. Bez pieniędzy nie ma szans. W końcu udało mu się jakoś umknąć pogoni. Myśląc, że ściga go tylko jeden chłopak, miał nadzieje, że zginie w tłumie i już nigdy się nie spotkają, albo tamten zdąży zapomnieć o nim. Spotkał jednak swojego kolegę, który był w tym samym wieku. Kolega powiedział mu, że pół miasta go szuka i lepiej byłoby, gdyby ukrył się gdzieś na dłużej. Mały chłopiec jednak słysząc to wiedział już co ma zrobić. Pobiegł w stronę płotu zwieńczonego kolczastym drutem. Jego kolega próbował mu wyperswadować zamiar skakania do wody, mówił coś o śmiałkach, którym się nie udało, jednak mały był zdecydowany skakać. Wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Nadszedł jedyny dorosły człowiek, którego widziałem w tym śnie (nie licząc starca). Był to mężczyzna, który emanował tym, że był z normalnego świata. On był po prostu normalny. Teraz, kiedy o tym myślę, wydaje mi się, że przypominał tatę Ani, Antoniego (z wyglądu). Nie pamiętam co powiedział do tych chłopców, pamiętam tylko, że ciągle się uśmiechał i niczym się nie przejmował. Wyciągnął kawał muru, tak jakby miał tam wykute specjalne, tajemne wejście o którym nikt nie wiedział (Mam silne wrażenie, że nie wiedział o tym także nikt z normalnego świata), przeszedł na drugą stronę płotu i trzymając się krawędzi poszedł wzdłuż niego aż zniknął chłopcom z oczu. Mały chłopiec niewiele myśląc także otworzył sobie to miejsce i przeszedł na drugą stronę. W tym samym czasie chłopcy usłyszeli odgłosy pogoni. Mały chłopiec nie wiedziąc jak zamknąć przejście (był to był kawał oderwanego tynku), poprosił o to swego przyjaciela. Ten zatkał przejście, po czym udawał przed pogonią, że nie widział małego. Co dalej działo się z nimi – nie wiem. Sen się skończył.