Ta cała praca u podstaw, u fundamentów. Całe biadolenie o tym, że nie można wpuszczać pod swój dach zła... To wszystko jest bardzo ciekawe. Mam bardzo dużo fajnych pomysłów jak uleczyć swoje życie (siebie), ale nie bardzo pamiętam, bym siebie diagnozował. Tym samym przewróciłem wszystko do góry nogami. Próba leczenia bez diagnozy skończyła się stwierdzeniem, że: Ogólnie wszystko trzeba naprawiać, a najlepiej zacząć od początku. Trochę przejaskrawiam, ale sens uchwyciłem. Zamiast punktować co należy zrobić, żeby naprawić „mnie”, należałoby zacząć od punktowania co należy „we mnie” naprawiać. Zadanie jest trudne i wymagające. Trudne, bo trudne jest określenie co we mnie jest złe (zwłaszcza, że sam muszę o tym zdecydować), a co jest tylko efektem tego co jest złe. Podświadomie skupiałem się w próbach naprawiania samego siebie na życiu społecznym, i życiu emocjonalnym. Czy naprawdę życie społeczne jest moim slabym punktem. Nigdy nie byłem dobry w takim zwyczajnym obiegowym pieprzeniu kto z kim i dlaczego, a to jest, jak się wydaje esencja wielu społecznych spotkań. Takie tzw. gadanie o niczym, jako wyraz nieskrępowania (jakie to sztampowe). Nie chcę tak i jeśli tak miałbym się zmieniać to byłby to raczej krok w tył. Nie mniej problem pozostaje...
Emocjonalnie. Emocjonalnie nie jest dobrze. Problem jaki zauważyłem ostatnio u siebie jest taki, że nie zawsze potrafię szybko zareagować właściwie na sytuację (powinienem, i dodam coś takiego do autoafirmacji, i to na końcu bądź na początku). Chodzi o to, że wiem dokładnie, albo w miarę dokładnie jaki chcę być, tylko kiedy pojawia się szansa, okoliczność by zrobić coś w zgodzie z tym to czasami (nie zawsze) zawodzi mój refleks, bądź szybkie rozeznanie sytuacji i nie robię nic, bądź robię na opak. Wczoraj była taka sytuacja. Nie wiem jak mogłem nie zareagować. Dopiero potem doszło do mnie, co powinienem zrobić, by czuć się ok. Trudne to jest, ale o to chyba chodzi. By szybko reagować na sytuacje i potrafić się do nich dostosowywać. Na razie jedyne rozwiązanie jakie widzę, to mieć to cały czas na uwadze i ze świadomością zadawać sobie to pytanie: czy czuwam, czy jest dobrze, czy nie zapominam się i pozwalam sytuacji się kontrolować. Temu też będzie służyć dodanie tekstu do autoafirmacji. Całe to zamieszanie z reagowaniem, to na pewno jest sprawa właśnie emocji. Emocje powinny dać mi drogowskaz i najczęściej dają. Tyle, że za późno. Może to jest tak, że po prostu ich nie słucham i tłumie, bo się ich wstydzę, albo raczej boję? Prawdopodobnie tak właśnie jest. To jest prawdziwe zadanie, i to brzmi jak wyzwanie: Wyzwolić się z lęku przed własnymi emocjami. Pokochać je, i dać się im ponieść, to właśnie oznacza słuchanie swego serca, o którym pisałem już w tym i poprzednim miesiącu. Jeśli tłumię emocje, to może one gdzieś tam tworzą napięcie, na zasadzie hydraulicznego zbierania się ciśnienia (zalatuje to Freudem, ale chodzi o coś innego), i to napięcie musi znaleźć ujście i znajduje właśnie w innych sferach, gdzie nie jest to pożądane. Całkiem prawdopobne, jednak nieweryfikowalne (a może jednak...?). Tak czy owak to jest wyzwanie i temat do popracowania nad. Tak mi jeszcze wpadło do głowy, dlaczego miałbym bać się swoich emocji? Czyżbym obawiał się reakcji środowiska? Czy może być inny powód? Raczej nie. Więc znowu dochodzimy do pewności siebie. Zatem klucz do emocji leży w nich samych. Wyrażenie siebie bez strachu przed reakcją, znajdywanie siebie w odniesieniu do sytuacji i świata (pisałem już o tym. Nie mogę istnieć ja bez sytuacji, bez punktu odniesienia). Czy istnieje na to prosta i szybka recepta? Może i nie. Widzę to raczej jako drogę. Jeden z pierwszych kroków może być taki: Nauczyć się znajdywać przyjemność w tym czego się bałem. Kontakty interpersonalne i wyrażanie siebie. Tak naprawdę nie znam nawet siebie. Ponieważ nigdy nie dałem poznać siebie, ani sobie, ani nikomu innemu. Powinienem przestać rozmyślać tyle jaki powinienem być i co powinienem robić (jakkolwiek to nie brzmi).
Generalnie doszedłem do tych wniosków (zarzucenie prymatu koncepcji pracy u podstaw), kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie zbuduję żadnych fundamentów i umrę próbując. Życie jest wolnym opadaniem, jeśli ktoś próbuje w czasie opadania budować fundamenty, żyje w świecie iluzji. Nie oznacza to, że rezygnuję z tego całkowicie. Jakieś podstawowe wyobrażenie o sobie mam zamiar zbudować. Jednak praca nad szczegółami i ciągłe reagowanie na sytuacje jest nieodzowne i nie można tego zarzucać tłumacząc się jakąś enigmatyczną pracą u podstaw.