poniedziałek, 30 października 2006

Miasto duchów z morza

Śniło mi się, że ja i moich trzech towarzyszy (nierozpoznaję ich), byliśmy przybyszami w mieście na wybrzeżu. Miasto było strasznie zaniedbane i brudne, a wszędzie unosił się dym z kominów. W chwili kiedy przybyliśmy do tego miasta, wydawało się całkiem opuszczone i ciche. Wysiedliśmy z samochodu i chodziliśmy po ponurych ulicach. W pewnym momencie zauważyliśmy żołnierza w masce gazowej. W jednej chwili dotarło do nas, że w mieście musi obowiązywać godzina policyjna. Zaczęliśmy uciekać. Zgubiłem swoich towarzyszy. Uciekając wpadłem do jakiejś ciemnej sieni, i ukryłem się pod jakimiś brudnymi schodami. Leżał tam już ukrywając się, mały chłopiec. Leżeliśmy tam cicho, starając się nie oddychać zbyt głośno, i słyszeliśmy jak do sieni wchodzi żołnierz. Nasza kryjówka została odkryta i żołnierz zabrał nas na górę (ale nie jestem do końca pewien, czy żołnierz nas zabrał, czy sami tam poszliśmy). Na górze było kilka pomieszeń. W jednym z nich kilkanaście starszych kobiet odmiawiało różaniec. Weszłem tam i spytałem się kogoś co tutaj się dzieje. Dowiedziałem się, że miasto nawiedziły duchy z morza. Wszyscy się ich bali i ukrywali przed nimi, szczególnie nocami. Starsze kobiety modliły się by odegnać duchy z miasta. W drugim pomieszczeniu – znacznie większym od pierwszego, odbywała się impreza. Było tam dużo ludzi, pijących i palących. Ogólnie panowała wesoła atmosfera i ludzie zdawali się nie przejmować duchami, które nawiedziły miasto. Poczułem nagłą potrzebę, by przemówić właśnie do tych ludzi. Podobało mi się w jakiś sposób ich podejście do zagrożenia. Przemawiałem do nich lekko i płynnie. Czułem się naprawdę świetnie, a słowa same wychodziły mi z ust. Żartowałem z duchów, mówiłem coś w stylu: „Więc nie boicie się strasznych zjaw z morza? Nie drżycie przed duchami?” Drwiłem z duchów trochę. Ludziom się to bardzo podobało. Nie pamiętam co działo się potem.

Nie wiem, czy odnajdę sens w tym śnie, ale spróbuję. Jakkolwiek wiem, że na gorąco nie ma sensu nawet próbować zabierać się do rozmyślania nad sensem snu.

niedziela, 15 października 2006

Bez oparcia

Chyba cos jakby obudziła się wyobraźnia. Wracając do emocji; widzę wiele powiązań i ważnych problemów wynikających z nowego podejścia. Przedewszystkim chodzi mi o czas, czyż nie? Czas, który na przykład musiałbym zmarnować (no właśnie-to słowo już świadczy o moim słabym współczynniku reformowalności) na rozwijanie tzw. kontaktów społecznych. Inna sprawa czy tego naprawdę chcę, czy to jest to czego potrzebuję. Jeśli zaś (a przecież tak się stało wczoraj) stwierdzę, że tak właśnie jest, to muszę odżałować ten czas. Co więcej (dużo więcej), muszę sam siebie przekonać, że ten czas nie tylko nie jest marnowany, ale, że jest wykorzystywany z dziką rozkoszą i posuwa mnie (zaiste) naprzód.
Przedewszystkim nie mogę (tak piszę nie mogę, muszę, powinienem, wiem, że nie powinienem, ale czasami trzeba [wiem, że nie]) stwierdzić, że oto znalazłem problem, znalazłem rozwiązanie i mogę dać sobie spokój. W ten sposób zarzucę wszystko do czego doszedłem z takim trudem (oj, żebym sie nie przemęczył), w myśl zasady (nie ma żadnych zasad); jeśli nie idziesz naprzód to się cofasz.
Czy jest sens ustalać, czy cokolwiek z tego co udało mi się osiągnąć ma jakiś sens? Oczywiście, że nie. Po pierwsze brakuje kryteriów, a po drugie jeszcze mógłbym odkryć, że nie ma.

sobota, 14 października 2006

I jeszcze emocje

Ta cała praca u podstaw, u fundamentów. Całe biadolenie o tym, że nie można wpuszczać pod swój dach zła... To wszystko jest bardzo ciekawe. Mam bardzo dużo fajnych pomysłów jak uleczyć swoje życie (siebie), ale nie bardzo pamiętam, bym siebie diagnozował. Tym samym przewróciłem wszystko do góry nogami. Próba leczenia bez diagnozy skończyła się stwierdzeniem, że: Ogólnie wszystko trzeba naprawiać, a najlepiej zacząć od początku. Trochę przejaskrawiam, ale sens uchwyciłem. Zamiast punktować co należy zrobić, żeby naprawić „mnie”, należałoby zacząć od punktowania co należy „we mnie” naprawiać. Zadanie jest trudne i wymagające. Trudne, bo trudne jest określenie co we mnie jest złe (zwłaszcza, że sam muszę o tym zdecydować), a co jest tylko efektem tego co jest złe. Podświadomie skupiałem się w próbach naprawiania samego siebie na życiu społecznym, i życiu emocjonalnym. Czy naprawdę życie społeczne jest moim slabym punktem. Nigdy nie byłem dobry w takim zwyczajnym obiegowym pieprzeniu kto z kim i dlaczego, a to jest, jak się wydaje esencja wielu społecznych spotkań. Takie tzw. gadanie o niczym, jako wyraz nieskrępowania (jakie to sztampowe). Nie chcę tak i jeśli tak miałbym się zmieniać to byłby to raczej krok w tył. Nie mniej problem pozostaje...
Emocjonalnie. Emocjonalnie nie jest dobrze. Problem jaki zauważyłem ostatnio u siebie jest taki, że nie zawsze potrafię szybko zareagować właściwie na sytuację (powinienem, i dodam coś takiego do autoafirmacji, i to na końcu bądź na początku). Chodzi o to, że wiem dokładnie, albo w miarę dokładnie jaki chcę być, tylko kiedy pojawia się szansa, okoliczność by zrobić coś w zgodzie z tym to czasami (nie zawsze) zawodzi mój refleks, bądź szybkie rozeznanie sytuacji i nie robię nic, bądź robię na opak. Wczoraj była taka sytuacja. Nie wiem jak mogłem nie zareagować. Dopiero potem doszło do mnie, co powinienem zrobić, by czuć się ok. Trudne to jest, ale o to chyba chodzi. By szybko reagować na sytuacje i potrafić się do nich dostosowywać. Na razie jedyne rozwiązanie jakie widzę, to mieć to cały czas na uwadze i ze świadomością zadawać sobie to pytanie: czy czuwam, czy jest dobrze, czy nie zapominam się i pozwalam sytuacji się kontrolować. Temu też będzie służyć dodanie tekstu do autoafirmacji. Całe to zamieszanie z reagowaniem, to na pewno jest sprawa właśnie emocji. Emocje powinny dać mi drogowskaz i najczęściej dają. Tyle, że za późno. Może to jest tak, że po prostu ich nie słucham i tłumie, bo się ich wstydzę, albo raczej boję? Prawdopodobnie tak właśnie jest. To jest prawdziwe zadanie, i to brzmi jak wyzwanie: Wyzwolić się z lęku przed własnymi emocjami. Pokochać je, i dać się im ponieść, to właśnie oznacza słuchanie swego serca, o którym pisałem już w tym i poprzednim miesiącu. Jeśli tłumię emocje, to może one gdzieś tam tworzą napięcie, na zasadzie hydraulicznego zbierania się ciśnienia (zalatuje to Freudem, ale chodzi o coś innego), i to napięcie musi znaleźć ujście i znajduje właśnie w innych sferach, gdzie nie jest to pożądane. Całkiem prawdopobne, jednak nieweryfikowalne (a może jednak...?). Tak czy owak to jest wyzwanie i temat do popracowania nad. Tak mi jeszcze wpadło do głowy, dlaczego miałbym bać się swoich emocji? Czyżbym obawiał się reakcji środowiska? Czy może być inny powód? Raczej nie. Więc znowu dochodzimy do pewności siebie. Zatem klucz do emocji leży w nich samych. Wyrażenie siebie bez strachu przed reakcją, znajdywanie siebie w odniesieniu do sytuacji i świata (pisałem już o tym. Nie mogę istnieć ja bez sytuacji, bez punktu odniesienia). Czy istnieje na to prosta i szybka recepta? Może i nie. Widzę to raczej jako drogę. Jeden z pierwszych kroków może być taki: Nauczyć się znajdywać przyjemność w tym czego się bałem. Kontakty interpersonalne i wyrażanie siebie. Tak naprawdę nie znam nawet siebie. Ponieważ nigdy nie dałem poznać siebie, ani sobie, ani nikomu innemu. Powinienem przestać rozmyślać tyle jaki powinienem być i co powinienem robić (jakkolwiek to nie brzmi).
Generalnie doszedłem do tych wniosków (zarzucenie prymatu koncepcji pracy u podstaw), kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że nigdy nie zbuduję żadnych fundamentów i umrę próbując. Życie jest wolnym opadaniem, jeśli ktoś próbuje w czasie opadania budować fundamenty, żyje w świecie iluzji. Nie oznacza to, że rezygnuję z tego całkowicie. Jakieś podstawowe wyobrażenie o sobie mam zamiar zbudować. Jednak praca nad szczegółami i ciągłe reagowanie na sytuacje jest nieodzowne i nie można tego zarzucać tłumacząc się jakąś enigmatyczną pracą u podstaw.

poniedziałek, 2 października 2006

Pewność siebie

Pewnie nie odkryłem Ameryki, ale dlaczego by tego nie napisać. Pewność siebie jest bardzo ważna. Właściwie bez niej nie można zrobić wiele. Nawet rady zawarte w najlepszej broszurze, najbardziej trafne, nic nie znaczą gdy nie można ich zastosować, a często nie można właśnie z powodu braku pewności siebie. Jeśli nie jestem pewien siebie, swojej wartości, planów itd. Nie mogę sprawnie zacząć ich wdrażać. Pytanie więc nie brzmi czy, ale jak? Czy pewność siebie można osiągnąć jakąś techniką, świadomą drogą, czy jest to może raczej wynik predyspozycji danej osoby, a może efekt jakiegoś trendu wznosząco – opadającego?
Rytm – niewątpliwie tak. Czasami czuję jakbym mógł wszystko i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Innym razem jestem o wiele mniej pewien swojej wartości i oczywiście przekłada się to na moje zachowanie. Chcę zaznaczyć, że pewność siebie nie jest remedium na wszelkie zło i oto znalazłem złoty środek na wszystko. Jest to tylko jedna z wielu zmiennych, mająca wpływ na zachowanie i jego jakość. Samą pewnością też wiele nie możemy osiągnąć. Sedno sprawy leży w tym, by znać swoją wartość i nie przeceniać jej, ale także nigdy jej nie niedoceniać. W świetle tego, że nie ma żadnej obiektywnej miary ile wart (i czego wart?) jest człowiek, ja sam mogę ustalić swoją wartość, i to w dowolnych jednostkach.
Dlaczego się tak dzieje, że w miłości jestem tak bardzo pewien siebie? Jeśli chodzi o związek nie mam żadnych wątpliwości ile jestem wart, kiedy się przeceniam a kiedy niedoceniam. Zawsze jeśli popełniam błędy to mam ich świadomość. Przełóżmy to na społeczeństwo. Przełóżmy to na wszelkie relację z innymi.
Pewność siebie to nie tylko świadomość swojej wartości, ale także umiejętność stania przy niej. Oznacza to, że nikt nie może być w stanie wmówić mi, że jestem gorszy niż uważam, że jestem (pomijając problem braku skali).
Pewność siebie to także o wiele większa odpowiedzialność. Jeśli nie dam sobie narzucić odgórnie swojej wartości, to znaczy, że będę musiał potrafić o nią walczyć. Do tego zaś potrzebne są argumenty, by je zdobyć niezbędna jest z kolei praca. Wytrwałość i dyscyplina w narzucaniu sobie własnej marszruty musi być podstawą tego podejścia. Nie mogę wymagać od innych by wierzyli we mnie, jeśli sam w siebie nie wierzę. Droga przekonywania ludzi czynami jest trudniejsza (nie mówię, że zbyteczna, jestem daleki od tego), ale czasami (szczególnie wobec wspomnianego wyżej braku skali), może prowadzić do niepotrzebnej straty czasu (kiedy chcę udowodnić coś czynem, podczas gdy jestem tego pewien i równie dobrze mógłbym przekonać kogoś słowem), a niekiedy jest nawet nie możliwe (kiedy nie tylko brak skali ustalonej, ale nawet jakielkolwiek).