Ludzki zapał do kształtowania otoczenia, w którym żyją wydaje się nie znać granic. Z jednej strony napędza to naszą cywilizację, dzięki naszej chęci do polepszenia sobie warunków bytowania możemy korzystać z szeregu wynalazków i usprawnień. Z drugiej strony jednak jest to też źródłem nieszczęść i samozniewolenia się człowieka. Człowiek jest niewolnikiem swojej natury. Filozoficzne cliche, a jednak rzadko zwracamy uwagę na proste wytłumaczenia, które są zwykle najlepsze. z jakiegoś powodu chcemy wierzyć, że jesteśmy bardzo skomplikowani i wyjątkowi, a tym samym potrzebujemy skomplikowanych i wyjątkowych rozwiązań. Cała sfera nauk społecznych jest rażącym przykładem nadmiernego wgłębiania się w niuanse, podczas gdy najważniejsze sprawy pozostają bez jednoznacznych odpowiedzi.
Polityka dzisiaj opiera się na jakimś dziwnym aksjomacie, że odgórne regulowanie społeczeństwem przez władze (im bardziej międzynarodowe tym lepiej), jest lepsze i będzie prowadzić do lepszych efektów niż zarządzanie lokalne, oparte o rzeczywiste potrzeby ludzi znających swoje codzienne problemy.
Człowiek jako gatunek swą siłę zawsze opierał na możliwościach przystosowania się do panujących warunków. Dzisiaj mu to nie wystarcza. Dziś politycy chcą zmieniać otaczające nas warunki. Klimat za ciepły? Schłódźmy go. Gospodarka nie działa jak powinna? Uregulujmy ją. Niesprawiedliwość społeczna? Zabierzmy bogatym, dajmy biednym, itd. itp. Niestety, podczas gdy na uniwersytetach trwa ciągle spór czym właściwie kieruje się człowiek podejmując swe decyzje, na piedestałach panuje przekonanie, że można zarządzić dobrobyt tysiącem dekretów. Najbardziej spójne i proste metody wykorzystania niespożytego potencjału pojedynczych przedsiębiorczych ludzi uważane są za niegodne naszego wysokiego stopnia rozwoju. Tymczasem ludzie w których pokładamy nadzieję, że wiedzą co jest dla nas lepsze, lub conajmniej znają kierunek w którym zdążamy, całą swą siłę upatrują w tym właśnie zaufaniu legitymowanym "demokratycznym" wyborem. Wyłania się obraz masowego szaleństwa. Politycy i rzesze urzędników wierzą, że uczestniczą w czymś rozumnym i zaplanowanym, ale chwilowo nikt nie rozumie tego planu. Przyznanie się do tej niewiedzy równa się politycznemu samobójstwu, więc nie oczekujmy, że ktoś to zrobi. Z kolei rządzeni (ci mający jeszcze złudzenia) zajęci swymi codziennymi zmaganiami uznają, że plan jest tak skomplikowany i zaawansowany, że trzeba być pełnoetatowym urzędnikiem ze stopniem doktora nauk społecznych by go zrozumieć.
Zauważyłem interesujące zjawisko, które utwierdziło mnie w tym co przed chwilą napisałem. Kiedy rozmawiam z ludźmi często podejmuje kwestie związane z absurdami jakie się dzieją wokół nas. Takimi jak ZUS, podatki, komisje śledcze, iluzja demokracji. Niemal wszyscy ludzie zagadnięci w ten sposób mają poglądy głęboko libertariańskie. W społeczeństwie tkwi potężna dawka zdrowego rozsądku, całym majstersztykiem władzy jest to, że ludzie zdrowy rozsądek stosują w życiu codziennym, ale jakimś cudem nie uznają za właściwe zastosowanie go w sferze publicznej.
Ewolucja polega na mutacjach, z których te pomagające przetrwać kumulują się, a te przeszkadzające umierają razem z nosicielem. Jesteśmy niewolnikami systemu, którego mechanizmy WYEWOLUOWAŁY w taki sposób, by chronić system. Dziennikarz sprzeciwiający się masowemu szaleństwu jest skazany na marginalizację, dzięki mechanizmom systemu. Polityk walczący z systemem jest przez system skazany na niebyt polityczny. Ludzie są angażowani w irracjonalne działania, których jedynym celem jest podtrzymanie systemu jako takiego. Szaleństwo trwa.
Nie ma lekarstwa na raka systemu, który żywi się naszą interakcją z nim samym, ponieważ każde lekarstwo wymagałoby interakcji z nowotworem. Każda próba więc kończy się kolejnym wzmocnieniem moloha, Jedyna droga do walki o normalność wiedzie przez ignorowanie systemu tam gdzie to tylko możliwe. Omijanie go każdą z możliwych dróg, budowanie więzi lokalnych w żaden sposób nie opartych o mechanizmy hydry. Przebijanie się do ludzkiej świadomości zdroworozsądkowymi propozycjami i rozwiązaniami.
Polityka dzisiaj opiera się na jakimś dziwnym aksjomacie, że odgórne regulowanie społeczeństwem przez władze (im bardziej międzynarodowe tym lepiej), jest lepsze i będzie prowadzić do lepszych efektów niż zarządzanie lokalne, oparte o rzeczywiste potrzeby ludzi znających swoje codzienne problemy.
Człowiek jako gatunek swą siłę zawsze opierał na możliwościach przystosowania się do panujących warunków. Dzisiaj mu to nie wystarcza. Dziś politycy chcą zmieniać otaczające nas warunki. Klimat za ciepły? Schłódźmy go. Gospodarka nie działa jak powinna? Uregulujmy ją. Niesprawiedliwość społeczna? Zabierzmy bogatym, dajmy biednym, itd. itp. Niestety, podczas gdy na uniwersytetach trwa ciągle spór czym właściwie kieruje się człowiek podejmując swe decyzje, na piedestałach panuje przekonanie, że można zarządzić dobrobyt tysiącem dekretów. Najbardziej spójne i proste metody wykorzystania niespożytego potencjału pojedynczych przedsiębiorczych ludzi uważane są za niegodne naszego wysokiego stopnia rozwoju. Tymczasem ludzie w których pokładamy nadzieję, że wiedzą co jest dla nas lepsze, lub conajmniej znają kierunek w którym zdążamy, całą swą siłę upatrują w tym właśnie zaufaniu legitymowanym "demokratycznym" wyborem. Wyłania się obraz masowego szaleństwa. Politycy i rzesze urzędników wierzą, że uczestniczą w czymś rozumnym i zaplanowanym, ale chwilowo nikt nie rozumie tego planu. Przyznanie się do tej niewiedzy równa się politycznemu samobójstwu, więc nie oczekujmy, że ktoś to zrobi. Z kolei rządzeni (ci mający jeszcze złudzenia) zajęci swymi codziennymi zmaganiami uznają, że plan jest tak skomplikowany i zaawansowany, że trzeba być pełnoetatowym urzędnikiem ze stopniem doktora nauk społecznych by go zrozumieć.
Zauważyłem interesujące zjawisko, które utwierdziło mnie w tym co przed chwilą napisałem. Kiedy rozmawiam z ludźmi często podejmuje kwestie związane z absurdami jakie się dzieją wokół nas. Takimi jak ZUS, podatki, komisje śledcze, iluzja demokracji. Niemal wszyscy ludzie zagadnięci w ten sposób mają poglądy głęboko libertariańskie. W społeczeństwie tkwi potężna dawka zdrowego rozsądku, całym majstersztykiem władzy jest to, że ludzie zdrowy rozsądek stosują w życiu codziennym, ale jakimś cudem nie uznają za właściwe zastosowanie go w sferze publicznej.
Ewolucja polega na mutacjach, z których te pomagające przetrwać kumulują się, a te przeszkadzające umierają razem z nosicielem. Jesteśmy niewolnikami systemu, którego mechanizmy WYEWOLUOWAŁY w taki sposób, by chronić system. Dziennikarz sprzeciwiający się masowemu szaleństwu jest skazany na marginalizację, dzięki mechanizmom systemu. Polityk walczący z systemem jest przez system skazany na niebyt polityczny. Ludzie są angażowani w irracjonalne działania, których jedynym celem jest podtrzymanie systemu jako takiego. Szaleństwo trwa.
Nie ma lekarstwa na raka systemu, który żywi się naszą interakcją z nim samym, ponieważ każde lekarstwo wymagałoby interakcji z nowotworem. Każda próba więc kończy się kolejnym wzmocnieniem moloha, Jedyna droga do walki o normalność wiedzie przez ignorowanie systemu tam gdzie to tylko możliwe. Omijanie go każdą z możliwych dróg, budowanie więzi lokalnych w żaden sposób nie opartych o mechanizmy hydry. Przebijanie się do ludzkiej świadomości zdroworozsądkowymi propozycjami i rozwiązaniami.