środa, 4 lutego 2009

Czas uciekł

Zauważyłem, że gdy zastanawiam się co robić, planuję dzień, lub po prostu przepuszczam czas przez palce, jestem go bardzo świadomy. Niemal czuję jego upływ. Natomiast z chwilą gdy rozpocznę jedną z moich ulubionych aktywności, czas przestaje istnieć. Gdy spoglądam wstecz, nie widzę czasu, widzę chwile pomiędzy uświadamianiem go sobie, przeplatane bezczasowymi "dziurami", gdy wydaje mi się, że minęło 5 minut, a tak naprawdę minęły 2 godziny. Czy nie oznacz to dla mnie, że upłynęło tylko 5 minut? Dla mnie czas nie istniał. Nie jestem pewien, ale to powinno mieć coś wspólnego z prawą półkulą mózgową, która nie bardzo radzi sobie z czasem, za to wyśmienicie radzi sobie z kreatywnością.

Największy problem z czasem jest taki, że czasu nie ma. Dosłownie. Coś takiego jak czas nie istnieje. Dlatego też tak trudno jest zarządzać czasem. Nim się zarządzać po prostu nie da, jak każdą ideą bez ciała i sensu. Zamiast zarządzania czasem możemy mówić o zarządzaniu sobą, działaniami, zasobami, projektami, nigdy zaś czasem. Coś co potocznie ludzie nazywają czasem, ja nazywam znormalizowaną zmianą. Dlatego właśnie nieistotne jest, ile "czasu" poświęcisz danej czynności, bo ta nieistniejąca kategoria nie jest w stanie nam niczego konkretnego powiedzieć. Kluczowym pojęciem jest zmiana. To zmiana jest istotna w tym co robimy, a nie czas. Można robić coś bardzo długo nie popychając danej sprawy do przodu, albo w pięć minut dokonać rzeczy wielkich. Czy ktoś będzie pytał o czas? Ilość poświęconego "czasu" jest tylko wtedy miarodajna, jeśli unormujemy zmianę w stosunku do czasu. Robotnik przy maszynie może wykonywać 10 elementów na godzinę. O ile nie zdarzy się nic niespodziewanego, możemy liczyć, że robotnika czas jest tożsamy ze zmianą jaką on wprowadza. Jednak jeśli pracujemy nad czymś twórczym, gdzie kreatywność odgrywa dużą rolę, ilość spędzonego czasu nie mówi nam nic o osiągniętych efektach.

Pokażę to na trochę innym przykładzie. Powszechnie wiadomo, że samochody w pustynnym, suchym klimacie wolniej korodują niż w klimacie wilgotnym. Gdy zostawimy te same dwa samochody na działanie warunków atmosferycznych na Mazurach i na Saharze, po dziesięciu latach pierwszy będzie wrakiem, a drugi będzie miał się całkiem dobrze. Czy to oznacza, że czas mijał inaczej dla tych dwóch przedmiotów? Oczywiście że nie. Według powszechnie narzuconego nam zegara, ilość jego tyknięć dla obu będzie taka sama. Różnica polega na tym, że wilgoć na Mazurach przyśpieszyła korozję (zmianę). Wyobraźmy sobie ten sam samochód po spędzeniu 10 lat w doskonałej próżni, w doskonałej ciemności, w doskonałej ciszy. Według mojej wiedzy, taki samochód nie zmieniłby się w ogóle, albo bardzo niewiele. Wciąż przy takiej samej ilości tyknięć narzuconego nam zegara.

Dlatego właśnie twierdzę, że czas nie istnieje. Nauczyliśmy się odmierzać czas zmianą znormalizowaną, którą nazwaliśmy sekundą. Sekunda jest podyktowana szerszym kontekstem "czasowym" czyli prędkością naszej planety i szybkością jej ruchu obrotowego. To z kolei zależy od grawitacji. Nie mówmy więc o czasie jako o uniwersalnym bycie, którego nam brakuje. To jest wewnętrzna sprzeczność. Najwyraźniej brakuje nam zmian, a nie czasu. Zamiast tego proponuję mentalne przejście. Niech nie sekundy, a zmiana wprowadzana przez nas wyznacza nam rytm. Co jestem w stanie dzisiaj jeszcze zmienić?