sobota, 9 czerwca 2007

Dylemat konformisty

Aby utrzymać zdrowie psychiczne, muszę przyjąć, że większość ludzi obowiązują te same zasady logiki. Z tego samego powodu muszę stwierdzić, że większość ludzi po prostu nie przemyślała do końca sprawy swoich wierzeń. Może jest Bóg, może go nie ma z resztą, jakie to ma znaczenie tak naprawdę? Mam na myśli: Tu i teraz?

Jeśli masz chwilę, usiądź wygodniej i przeczytaj. Puść sobie miłą muzyczkę, może dzięki temu nie uznasz tego czasu za kompletnie stracony. Obiecuję, że nie będę agitował dla żadnych ze stron, a sytuacja jest wyssana z palca:

Staram się podtrzymywać obraz samego siebie jako człowieka w miarę sprytnego i inteligentnego. Z tego powodu, jeśli zapoznam się z ideą X, która wydaje mi się logiczna i koherentna, stwierdzam, że jest prawdziwa i się z nią zgadzam. Tym samym wysyłam przekaz do wszystkich myślących ludzi, którzy też popierają tą hipotetyczną teorię X: „Hej, jestem tutaj, tak samo sprytny jak wy. Uznaję te same zasady (np. logikę), co wy”. Tym samym, zauważony staję się częścią społeczności akceptującą teorię X, i sam biorę udział w akceptowaniu nowych członków teorii X. Nazwijmy to potrzebą aktualizacji obrazu własnego zdrowego rozsądku.
Poza byciem inteligentnym, mam też kilka innych celów, jednym z nich jest chęć bycia akceptowanym w rodzinnym kręgu. Chcę czuć wspólnotę z członkami mojej rodziny. Dlatego, że przypadkiem mam taką rodzinę a nie inną, innej mieć nie będę, dobrze jest czasami porozmawiać z nimi i czasami też nie naskakiwać na siebie z byle powodu. Jeśli jest to trudne o osiągnięcia, niekiedy jestem gotów do zrobienia kilku kroków do tyłu, w imię tejże wspólnoty, wartości, tradycji, czy jak to sobie ktoś tam wymyśli. Niech będzie to potrzeba bliskich więzów rodzinnych.
Jako istota społeczna, poza rodziną obracam się także w środowisku przyjaciół, znajomych, i mniej lub bardziej obcych ludzi. Z nimi także dobrze jest w miarę pokojowo współżyć. Choćby po to by mieć trochę spokoju od czasu do czasu. Choćby po to, żeby mieć z kimś wyjść na piwo czasem. Wreszcie po to, by móc uciec od wyżej wspomnianej rodziny kiedy okaże się, że nie jestem w stanie znieść bliższej z nią więzi. Tą chęć życia w najbliższym otoczeniu społecznym nazwę potrzebą społecznej akceptacji.
Pewnie można takich potrzeb wynaleźć jeszcze dużo, ale mi na razie te trzy wystarczą. Jeszcze raz: Potrzeba aktualizacji obrazu własnego zdrowego rozsądku, potrzeba bliskich więzów rodzinnych, i potrzeba społecznej akceptacji. Można powiedzieć, że uważam, te trzy rzeczy za najważniejsze w moim życiu. Zaspokojenie tych trzech potrzeb jest dla mnie niezbędne do dobrego samopoczucia. Wiedźcie również, że zostałem wychowany w Rzymsko-katolickiej tradycji, w miarę oświeconym państwie z całkiem niezłym (biorąc pod uwagę średnią światową) systemem edukacji. Światopogląd i religia nie jest tutaj sprawą życia i śmierci, nikt nie podkłada bomb by nawracać na swoją wiarę, nikt nie zamyka za przekonania w więzieniu. Nie czuję potrzeby, by jakoś szczególnie intensywnie rozmyślać nad tym jak powstał świat, po co żyję, i co będzie ze mną po mojej śmierci. Może jestem za bardzo zajęty pogonią za trzema wspomnianymi potrzebami i dodatkowo: karierą, pieniędzmi, przygodą, członkowstwem w mensie, czy tam jeszcze jakąkolwiek inną równie bezwartościową rzeczą.
W drodze do zaspokojenia mych potrzeb, trafiłem na uniwersytet. W programie studiów była seria wykładów na temat teorii Darwina. Po jednym z takich wykładów, podczas dyskusji zostałem skonfrontowany z pytaniem, czy uważam teorię ewolucji za sensowną i wyjaśniającą dostatecznie jasno historię powstania gatunku ludzkiego. Stoję przed setką ludzi, ludzi światłych i logicznie myślących. Świadom tego, że gdybym nie zgodził się z teorią Darwina, zostałbym zmiażdżony za pomocą logicznych argumentów. Nie myślę jednak o tym, że się boję argumentów. Nie boję się ich, ponieważ są one logiczne, a ja chcę być uważany za człowieka logicznego. Dlaczego miałbym właśnie teraz udawać kogoś nielogicznego? Chcę być uznany za inteligentnego człowieka, czy nie po to właśnie przyszedłem tutaj, na uniwersytet? Odpowiadam tedy, zgodnie ze swoim sumieniem, wiedzą i potrzebą, że: „Uważam teorię Darwina za całkowicie spójną, jasną i wystarczającą do wyjaśnienia historii powstania gatunku ludzkiego”.
Tydzień potem są Święta Bożego Narodzenia. Wspaniałe, tradycyjne, w gronie rodzinnym. Może nie ubóstwiam tych wszystkich rytuałów, może nie jestem całkiem za tym, by hołdować tradycję w bezmyślny i powierzchowny sposób. Jednak przyjeżdżam do domu na święta. Wszyscy robią co mogą by było przyjemnie. Kobiety zrobiły mnóstwo wspaniałego jedzenia, w zamian za co mężczyźni im nie przeszkadzali. Sam chodziłem po sklepach cały dzień (coś czego nienawidzę), by wybrać dla wszystkich prezenty (jakby to wyglądało, gdybym dostał coś od wszystkich, a sam nic nie dał!). Wszystko jest zorganizowane, wszyscy są pięknie ubrani i zasiadamy do wigilijnego stołu. Po wspólnej modlitwie (czego to się nie robi dla tradycji) zaczynamy jeść. Nagle moja babcia, bardzo schorowana, bogobojna kobieta, zaczyna mówić o młodych ludziach, którzy nie wierzą w Biblię. Widziała w telewizji program o nich. Jeden z nich mówił, że nie wierzy nawet w Boga, że wszystko da się wytłumaczyć dzięki teorii Darwina, a Bóg jest niepotrzebny. Drogi czytelniku, postaw się w mojej sytuacji teraz. Naprawdę zepsułbyś tą pieczołowicie zbudowaną atmosferę, zranił bliską osobę, o której stan zdrowia się obawiasz, a przy tym zrobił z siebie co najmniej dziwaka (przed chwilą sam klęczałeś przy modlitwie), i powiedział to samo co na auli po wykładzie? Jeśli tak, to jesteś odważnym, nieustępliwym, niezważającym na nic twardogłowym dogmatykiem i nadajesz się do sejmu. Ja, zapytany przez babcię co o tym myślę, powiedziałem: „Tak, dzisiaj naukowcy uważają, że pozjadali wszystkie rozumy. Za nic mają tradycję i Boga”.
W drugi dzień świąt udałem się, tradycyjnie już, z przyjaciółmi na piwo. Z niektórymi nie widujemy się przez cały rok i jest to jedyna okazja do przekazania sobie wieści, powspominania starych, dobrych (tylko stare są dobre) czasów i takie tam. Po kilku godzinach, i kilku piwach, rozgorzała dyskusja na temat wiary w Boga (jak święta to święta). Jeden z moich przyjaciół okazał się przemienić w zagorzałego ateistę, który otwarcie atakuje ideę Boga. Chodzi na manifestacje i regularnie oddaje mocz na drzwi plebani. Niestety dla atmosfery całego spotkania, drugi od niedawna należy do wspólnoty religijnej „Pan z nami”, dwa razy w tygodniu chodzą grupą po mieście i pukają do drzwi ujawnionych ateistów. Dyskusja stawała się coraz gorętsza. Każdy z nich postawił sobie za punkt honoru by udowodnić drugiemu kto rządzi światem. Co prędzej czy później musiało się to stać, jeden z nich zwraca się do mnie: Co ty o tym myślisz? Ciebie też już całkiem przekabacili? No i co miałem zrobić mądrale? Nie chodzi o to, że bałem się bronić mojego stanowiska. Chętnie przyłączyłbym się do dyskusji, bo już zaczynało mi się nudzić podczas gdy oni skakali sobie do gardeł. Chętnie wziąłbym stronę któregoś z nich i zakończył ten durny pijacki spór. Bardzo nawet chętnie. Tylko, że kiedy chciałem powiedzieć cokolwiek, na przemian przypominały mi się: uniwersytet i wigilijny stół. Próbowałem to zbagatelizować i po prostu wybrać którąś opcję ot tak, ale nie mogłem. Oboje są moimi przyjaciółmi, i nie mogłem jednego z nich skrzywdzić bez powodu. Chęć zaspokojenia trzeciej potrzeby była silniejsza. Powiedziałem więc: „Naprawdę nie wiem, dużo o tym myślałem, i póki co jestem agnostykiem”.

Gdy o tym teraz myślę – po prostu nie miałem gotowej odpowiedzi za każdym razem. Za to trzy potrzeby były tam, w mojej głowie. Gotowe do działania i modyfikowania mojego działania w każdej chwili. Wybrałem więc za każdym razem to co wydawało mi się ważniejsze. Czy postąpiłem źle? Poradziłem sobie w każdej sytuacji. Ukończyłem studia z niezłym wynikiem i jestem uważany za rozsądnego człowieka. Moja rodzina uważa mnie za dobrego jej członka i dobrze razem się czujemy. Nadal spotykam się z przyjaciółmi, nawet w pewnym sensie stałem się kimś w rodzaju rozjemcy, głosem rozsądku. Więc nie poszło tak źle. Tak naprawdę nie potrzebuję się decydować. Jeśli Bóg jest, to pewnie mnie zrozumie, jeśli go nie ma, to co za różnica.
Czasami tylko pojawia się to coś. Wiem, że to jest związane z moją postawą (a raczej jej brakiem) w wiadomej kwestii, ale na razie nie przeszkadza mi, więc nie będę się przejmował. Coś – to sen. W tym śnie stoję na środku auli i mówię: „Tak, dzisiaj naukowcy uważają, że pozjadali wszystkie rozumy. Za nic mają tradycję i Boga”, potem wyśmiany wracam do domu, staję przed moją biedną schorowaną babcią i wyznaję jej, że: „Uważam teorię Darwina za całkowicie spójną, jasną i wystarczającą do wyjaśnienia historii powstania gatunku ludzkiego”. W dodatku cały czas mam u boku swych wiernych przyjaciół, którzy z niedowierzaniem kręcą głowami. Przecież nie jestem chory psychicznie, nigdy bym czegoś takiego nie zrobił. Jak już ściemniać to w słusznej sprawie. Zastanawiam się tylko jeszcze nad dobrym powodem, dla którego mógłbym pociemniać samemu sobie. Przecież kiedyś będę musiał się zdecydować. Chyba, że niekoniecznie?

piątek, 8 czerwca 2007

Punkt bezbożnika

Dzisiaj miałem speaking CAE. Myślę, że nie było źle. Na pewno było lepiej niż na FCE. Tam była katastrofa, co potem miało odzwierciedlenie w ocenie. Tutaj przynajmniej przez cały czas mówiłem, chociaż sam słyszałem kilka błędów (oni pewnie więcej) to jednak chyba byłem komunikatywny.
Czytam cały czas tego Dawkinsa i jego God Delusion. To jest książka niesamowita. Naprawdę podoba mi się. Jest jasna, dowcipna. Niestety niczego mi nie udowodniła. Już dawno nie miałem wątpliwości co do tego, że boga nie ma, a agnostycyzm jest beznadziejną ucieczką od uczciwej odpowiedzi, na którą każde życie zasługuje. Książka ta niemniej pomogła mi w kilku sprawach. Po pierwsze i najważniejsze: Uświadomiła mi pewną prawdę.
Początkowo nie mogłem zrozumieć co oznacza to zdanie, o co w tym chodzi: „Świat boga jest zupełnie innym światem niż świat bez boga”. Dotychczas, na fali tzw. tolerancji, uważałem, że sprawa wiary lub niewiary w boga nie zmienia tak wiele w obrazie świata. Tym samym trochę żyłem w zawieszeniu – zagubieniu. Żyłem w świecie bożym, bez Boga. Obaliłem stwórcę i jego dzieło, zaprzeczyłem temu, że jestem mu wdzięczny bycie. Jednak mój system wartości, cała reszta nadbudowanych wartości, przyzwyczajeń, skrótów myślowych itp. pozostawała ta sama. Np. ciągle myślałem o mych czynach jako o „dobrych”, lub „złych”, ciągle z przyzwyczajenia pytałem się „sumienia”, co zrobiłem dobrze, do tego stosując chrześcijańską (oczywiście odpowiednio spersonalizowaną – inaczej się nie da) etykę. Stwierdzenie, że świat bez boga jest zupełnie innym światem trochę mnie na początku zdenerwowało (jak wszystko czego początkowo człowiek nie rozumie). Po jakimś czasie uderzyła mnie oczywistość tego stwierdzenia. Świat bez boga jest inny totalnie, tak inny, jak jeszcze nic przedtem. Jeszcze żadna rewolucja myślowa, pojęciowa, polityczna czy jakakolwiek inna nie przewróciła tak patrzenia na świat przez człowieka. Konsekwencje tego przewrotu są niemożliwe do przecenienia. Przewrót kopernikański, przy całym szacunku do jego wielkości, był sprawą w gruncie rzeczy techniczną, astronomiczną. Oczywiście pociągał za sobą przykre stwierdzenie, że nie jesteśmy pępkiem wszechświata, ale to nie przeszkadzało zachowywać się jakbyśmy nadal byli, bo przecież nie potrzebowaliśmy do tego jakiegoś ciała niebieskiego kręcącego się w którąkolwiek stronę. Mieliśmy zawsze boga, który nasz stworzył pępkiem. Odrzucenie boga równa się takiemu dużemu przewrotowi w myśleniu, że nie wiem czy do końca życia będę zdolny wykrzewić w sobie Judeo-chrześcijańską pokrętną logikę. Moje życie od tej pory nie jest nastawione na żaden wpływ aniołów, stróży, pokusy, ale przedewszystkim: żadne kary ni nagrody! Czy może być coś wspanialszego niż wziąć pełnymi piersiami oddech i nareszcie stwierdzić: Jestem odpowiedzialny za każdą cząstkę powietrza którą wciągnąłem do płuc. Jestem odpowiedzialny, jestem świadomy, jestem wolny. Do tego życie, które nigdzie się nie przedłuży, i nigdy się nie powtórzy (jeśli nie liczyć nietzschianskiego wielkiego powrotu) jest najwspanialszą przygodą jaka mogła się przydarzyć. Niczym więcej. Od tej chwili mogę sam tworzyć wartości, potem według nich żyć – to jest moje niebo. Sam mogę oceniać rzeczy, sam je mogę nazywać. Nie potrzebne mi do tego są żadne przykazania, żadne społeczne systemy etyczne. Jeśli będę chciał skończyć swe życie za chwilę, skończę je.
Tylko po co kończyć tak wspaniałe, przed chwilą zaczęte życie? Czyż nie lepiej iść do lasu, popatrzeć na cudowny splot miliardów przypadków, grę ewolucji? Czyż nie lepiej spotkać innego człowieka i popatrzeć na niego, jako na jeszcze jedno zwierzę, które otrzymawszy rozum, zwariowało na swoim punkcie?
Ktoś może powiedzieć, że to jest właśnie to czego się obawia, że religia jest pożyteczna bo kodyfikuje zestawy zasad moralnych i trzyma w ryzach krnąbrnych potencjalnych morderców i gwałcicieli w jakich zmieniłoby się większość ludzi gdyby im powiedzieć, że bóg nie istnieje. To jest właśnie cała esencja spojrzenia na świat ateisty! Wolność tworzenia to także możliwość niszczenia.
Jeśli ktoś uważa, że ludzie staną się krwiożerczymi bestiami bez religii, to czy nie przeczy samej religii, która mówi, że człowiek właśnie zwierzęciem nie jest? Jeśli ktoś mówi, że ludzi trzymać należy za mordy jak stado baranów, za pomocą tak „szlachetnego” wybiegu, to czy nie przeczy samej istocie tego wybiegu, który wpaja tym baranom, że stworzyciel dał im wolną wolę i umiejętność oddzielenia dobra i zła? Czyż nie jest o tym napisanych tysiące książek, cała historia Polski, że nawet najsłodszy zabór nie jest lepszy od gorzkiej wolności? Dlaczego wszyscy zachłystują się tą wizją, ale kiedy wręcza się im tą wizję w kategoriach osobistych, obawiają się „zepsucia moralnego”. Osobiście znam ludzi, którzy mówią, że za Hitlera nie było tak znowu źle, więc po co było z nim walczyć? By odzyskać wolność, dobre sobie. Po co komu wolność do bycia Polakiem, jeśli nie ma dosyć odwagi by wziąć na swoje barki wolności do bycia człowiekiem? Argumenty typu „kagańca moralnego”, nie tyle do mnie nie trafiają, co mnie oburzają. Jakim prawem ktoś nazywa mnie mordercą, zanim jeszcze pozwolił mi wziąć nóż do ręki?
Bardzo nie chciałem pisać tutaj prostego za i przeciw ateizmowi. Zapędziłem się. Już wracam do tego, jak bardzo innym jest spojrzenie na świat ateisty.
Otóż kwestia braku życia po życiu jest bardzo ważna, ale przecież nie fundamentalna. W gruncie rzeczy, niczym kopernikański przewrót, to czy będzie się żyło po śmierci czy nie, jest sprawą czysto techniczną z punktu widzenia życia ziemskiego, które tak czy inaczej skończyć się musi. Tym samym nie odmawiam wierzącym prawa do życia pełnią życia. Nie mam do tego podstaw. Uważam nawet, że pewne mistyczne przeżycia mogą pogłębiać odczuwanie niektórych aspektów życia. Niemniej przecież nie chodzi o to by coś odczuwać głębiej bądź płycej. Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że narkomani prowadzą najlepsze życie, bo odczuwają mistyczne przeżycia naprawdę głęboko.
Jest jednak kwestia samopoczucia. Uczciwego spojrzenia na świat, na prawa biologii, ewolucji i powiedzenie sobie: To wszystko po prostu nie ma sensu! Nie ma sensu wydzieranie się w kościele „Baranku boży który gładzisz grzechy świata”, co to jest za baranek co gładzi grzechy nie dowiedziałem się przez całą moją chrześcijańską karierę. Rzymianie za święte zwierzęta uważali byki. Cóż, jaka religia takie bóstwa. W chwili kiedy opadały łuski z moich oczu, nie mogłem się nadziwić tym wszystkim absurdom. Tym śmiesznym dziwacznym malowidłom przedstawiającym półnagich tłustych mężczyzn bez źrenic, z kręconymi włosami. Te cherubinki, tłuste pokraki z harfami. Zaprawdę wiem teraz jak czuli się odkrywcy antycznych świątyń. Absurd goni absurd. Ktoś najprawdopodobniej pomylił się w tłumaczeniu (fakt), i napisał, że Maryja była dziewicą, widzimy tłumy, nieprzebrane tłumy baranków bożych, którzy drą się o dziewicy która urodziła syna. Drą się tak mocno i wierzą w to tak niezbicie, że dali by życie swoje. Żałosne. Już samo uwolnienie z tego kręgu absurdu, z tego poniżającego spektaklu w XXI wieku jest wspaniałym uczuciem.
Jest jeszcze kwestia tego, jak traktujesz innych ludzi. Czy mam, jako ateista, jakąkolwiek inklinację, wskazówkę by traktować innego człowieka jako zło konieczne, jako coś co muszę tolerować bo inaczej wtrącono by mnie do więzienia? Nie. Nie mam. Traktuję innego człowieka jako współtowarzysza w rozumnej egzystencji, współprzedstawiciela gatunku ludzkiego. Jestem w stanie w imię dobra tego gatunku poświęcić wiele, ale tylko i wyłącznie z własnej woli i z powodu własnych przekonań. Czy nie zasługuję przez to na więcej uznania niż Ci, którzy „kochają bliźniego jak siebie samego” bo tak im kazano, i zagrożono im ogniem piekielnym jeśli się nie zastosują? Zaprawdę jestem dumny z mojej postawy. Ta duma jest warta tego by wyrwać się z systemu durnych nakazów i zakazów, które często zaprzeczają sobie nawzajem, jednak dziwnym trafem się nie znoszą (oko za oko, nadstawiaj drugi policzek, by podać jeden przykład).
Tym samym deklaruję się radykalnym ateistą. Nie agnostykiem, nie ekumenicznym bebłotem, ale prawdziwym ateistą, który nie da się wodzić za nos za pomocą naiwnych bajek o kotłach pełnych siarki. Darujcie sobie świątobliwi. Tak jak darowaliście sobie swoje życie.