Projekt o którym już pisałem rozwija się w mojej głowie. Jest to w pewnej mierze projekt tożsamościowy, pomysł na bycie czy jakoś tak. Nie jest to jednak droga którą możnaby określić jakoś prosto, czy nawet nie prosto. Starałem się już to zdefiniować, niestety (a może właśnie stety?) bezskutecznie. Być dzieckiem swoich czasów? Dojrzałym do swego czasu? Dojrzałym emocjonalnie? O dużym poczuciu własnej wartości? Nic z tego nie pasuje, każde z tych określeń coś charakterystycznego wyciąga z tego o czym myślę.
Przedewszystkim chodzi o projekt bycia sobą, jednostką całkowicie niezależną (lub też na tyle niezależną na ile to jest możliwe), maksymalnie więc wolną, jednostką myślącą, nie dającą się ponieść zwykłym oszustwom, matniom zagadek mających zbić z tropu, czy też najzwyklejszym niejasnością, niezamierzonym aktom ukrywania rzeczywistości. Znowu jednak nie całkiem. Życie nie może polegać przecież tylko na odkrywaniu prawdy. W Życiu najwięcej jest życia. Właśnie życie według wzorca bez wzorców. Własną oryginalną świadomą drogą. Świadomość, lub raczej samoświadomość odgrywa w tym projekcie dużą rolę. Chodzi tutaj o prostą wiedzę co jest moje, a co jest obce. Chodzi też o to, by niezależnie od tego co robię i co czuję miał świadomość (samoświadomość) reperkusji tożsamościowych moich poczynań. Nawet jeśli nie jestem w stanie na bieżąco obliczać wszystkich czynników, podejmować właściwych decycji, zabierać głosu w swoim imieniu. Muszę być zdolny do późniejszej świadomej oceny samego siebie, tak bym mógł zawsze mieć szansę zwalczyć, zmienić, zachowania obce, narzucone. Takie, które podjąłem nie pod wpływem projektu własnego ja, ale pod wpływem innych czynników. Funkcjonowanie w tłumie jako jednostka to wyzwanie do jakiego nie wystarczy deklaracja „ potrafię iść pod prąd” Pod prąd iść jest łatwo, oznacza to proste stawianie znaków przeciwnych przy wszystkim na co się natkniemy. Problem pojawia się, kiedy przyznasz sobie władzę do stawiania własnych znaków przed wszystkim i przyjmiesz wyzwanie oceniania rzeczy własną miarą, bez skrzywienia społecznego.
Obraz jaki mógł się wyłonić z tego co napisałem powyżej może wydać się ponury. Trochę diaboliczna perspektywa samotnika w tłumie, który jest sam dla siebie sędzią, i autorytetem, trochę na podobieństwo Zaratustry. Jednak ten projekt zawiera w sobie także część dotyczącą życia w świecie który został zastany. Wyraźne i własne określanie rzeczy może być fundamentem do budowy nowej, jasnej i świeżej tożsamości. Znającej swoje miejsce na płaszczyźnie buntu – przyzwolenia społecznego, ale również korzystającej z życia, z cudownych chwil bycia wszystkim czym można być (trywialne – właśnie chodzi o zdolność do trywializowania, unikania przegadanych, smutnych kawałków jakim jestem indiwidualistą).
Człowieka, który stworzył własną definicję rzeczy nie da się dotknąć. Nie da się określić, zdefiniować jego dumy, jak więc ją urazić? Unikanie bycia zranionym jednak nie może być jedynym celem życia. Co może być tedy jego najwyższym celem w świetle tego co wiem i znam? Jasno i rześko przebyte życie swojego autorstwa.
piątek, 22 grudnia 2006
Poważnie o życiu
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)